To taki komentarz do sprawy sprawy Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Temat ten dobrze wałkują inni, więc ja ograniczę się na razie do powyższego obrazkowego komentarza o ogólniejszym, choć bardzo związanym charakterze autorstwa Olega Volka.
Jacek Sierpiński wystosował do ministerstwa list, który (po drobnej modyfikacji) pozwolę sobie przytoczyć poniżej w całości. Zachęcam do wysyłania go do Departamentu Komitetu Rady Ministrów (dkrm@kprm.gov.pl), a także do innych przedstawicieli władzy wykonawczej i ustawodawczej. Nie sądzę, że to wiele zmieni, ale warto zrobić choć tyle, nie ruszając się z fotela.
W związku z pracami legislacyjnymi prowadzonymi nad projektem ustawy o zmianie ustawy o grach hazardowych oraz niektórych innych ustaw (przekazanego w dniu 8 grudnia br. na posiedzenie Komitetu Rady Ministrów w dniu 14 grudnia br.), który to projekt przewiduje przymusowe blokowanie użytkownikom Internetu dostępu do stron i usług wpisanych do Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, pragnę jako obywatel RP i wieloletni aktywny użytkownik Internetu wyrazić swoje zaniepokojenie i przekonanie o rażącej niekonstytucyjności tego pomysłu.
Po pierwsze, chciałbym zwrócić uwagę, że wpisanie strony internetowej lub usługi do rejestru, skutkujące obowiązkiem blokowania dostępu do niej przez przedsiębiorców telekomunikacyjnych miałoby nastąpić w wariancie I proponowanego projektu nie w wyniku wyroku sądu, lecz wskutek żądania organów ścigania (policja, ABW, wywiad skarbowy, Służba Celna). W takim przypadku jest możliwe, że zostanie zablokowany dostęp do treści, które w rzeczywistości nie są „treściami niedozwolonymi” w rozumieniu ustawy, a tylko zostaną uznane za takie przez funkcjonariuszy wyżej wymienionych służb.
Mogę się tu powołać na doświadczenie Jacka Sierpińskiego. W 2007 r. policja otrzymała donos, że na jego stronach internetowych w istniejącej wówczas domenie sierp.tc.pl znajdują się „treści pedofilskie”. Zostało w tej sprawie wszczęte śledztwo i po kilku miesiącach dostęp do plików całej domeny (a także do plików domeny libertarianizm.pl znajdujących się w podkatalogu) został zablokowany przez właściciela serwera, który był przesłuchiwany jako świadek (i prawdopodobnie obawiał się, że może zostać pociągnięty do współodpowiedzialności, jeśli byłyby tam naprawdę zabronione prawem treści). Po kilku kolejnych miesiącach, po uzyskaniu opinii biegłego, który uznał, że treści będące przedmiotem donosu nie miały charakteru pornograficznego, prokuratura umorzyła śledztwo z braku znamion przestępstwa, a właściciel serwera po przesłaniu mu postanowienia prokuratury odblokował dostęp do plików.
Dowodzi to faktu, że ocena funkcjonariuszy organów ścigania nie zawsze jest prawidłowa – co w przypadku proponowanych rozwiązań może doprowadzić do sytuacji, w której „na wszelki wypadek” użytkownikom Internetu będzie przymusowo blokowany dostęp do treści nie będących faktycznie treściami niedozwolonymi, bez związku z jakimkolwiek postępowaniem karnym umożliwiającym ocenę faktycznego stanu rzeczy zgodnie z ustaloną procedurą przez sąd, prokuratora lub biegłych. W mojej ocenie narusza to w sposób niedopuszczalny konstytucyjne prawo użytkowników Internetu do pozyskiwania informacji (art. 54, ust. 1 Konstytucji RP).
W wariancie II proponowanego projektu przewidywana jest „uprzednia kontrola sądu” polegająca na tym, że wpisanie strony internetowej lub usługi do rejestru miałoby nastąpić wskutek postanowienia sądu na jednoosobowym posiedzeniu, na wniosek organów ścigania (policja, ABW, wywiad skarbowy, Służba Celna). Nie jest przewidziane jednak żadne postępowanie dowodowe (w tym możliwość powoływania biegłych), ani też umożliwienie uczestnictwa w posiedzeniu podmiotowi prowadzącemu daną stronę internetową lub usługę. W praktyce sąd miałby wydawać postanowienie wyłącznie na podstawie materiałów przedstawionych przez funkcjonariuszy organów ścigania. Od tego postanowienia miałoby przysługiwać zażalenie, nie jest jednak określone, komu. Ponadto zażalenie mogłoby być składane dopiero po wpisaniu strony lub usługi do rejestru. W tej sytuacji również i ten wariant narusza w sposób niedopuszczalny konstytucyjne prawo użytkowników Internetu do pozyskiwania informacji.
Po drugie, proponowane rozwiązania przewidują możliwość zablokowania dostępu do treści, których pobieranie i czytanie nie jest przestępstwem (np. propagujących faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa – w tym przypadku przestępstwem wg polskiego prawa jest tylko rozpowszechnianie takich treści). Oznacza to w szczególności, że dopuszcza się zablokowanie polskim użytkownikom Internetu dostępu do treści, które z jednej strony mogą być przez nich legalnie pobierane i czytane, z drugiej zaś strony mogą być legalnie rozpowszechniane zgodnie z prawem państwa, w którym znajduje się serwer z tymi treściami (teoretycznie może dotyczyć to nawet oficjalnych rządowych stron niektórych państw, takich jak np. Korea Północna, Kuba, Iran, Libia czy Wenezuela). Innymi słowy, dostęp może być zablokowany nawet wówczas, gdy z założenia nie może stanowić on żadnego przestępstwa zarówno ze strony odbiorcy, jak i nadawcy treści. W mojej ocenie narusza to wymienione wyżej konstytucyjne prawo użytkowników Internetu do pozyskiwania informacji w sposób niedopuszczalny i rażący.
Po trzecie, proponowane rozwiązania nie wykluczają możliwości, że adres elektroniczny wpisany do rejestru będzie wskazywał nie tylko na stronę internetową lub usługę zawierającą treści uznane za niedozwolone, ale również na inne, niezwiązane z nią strony lub usługi. Jest to możliwe w przypadku, jeśli tym adresem będzie adres IP (w postaci numerycznej) lub domena internetowa. Oznacza to, że blokowanie dostępu do stron i usług niedozwolonych może oznaczać również zablokowanie użytkownikom Internetu dostępu również i do innych, powiązanych adresowo stron i usług. Projekt przewiduje jedynie, że „wniosek (…) powinien wskazywać adres elektroniczny w sposób pozwalający na wykonanie obowiązku blokowania (…) z zachowaniem proporcjonalności i możliwie najmniejszej dolegliwości zakresu blokowania”, co faktycznie oznacza przyzwolenie na wpisywanie do rejestru adresów obejmujących np. całe platformy hostingowe przy uzasadnieniu, że „inaczej się nie da” i jest to „najmniejsza dolegliwość zakresu blokowania”. Również i to narusza wymienione wyżej konstytucyjne prawo użytkowników Internetu do pozyskiwania informacji w sposób niedopuszczalny i rażący.
Po czwarte, chciałbym zwrócić uwagę, że od wpisu strony internetowej lub usługi do rejestru, skutkującego przymusowym zablokowaniem dostępu do niej, nie przysługuje jakakolwiek procedura odwoławcza użytkownikowi Internetu, który został tego dostępu pozbawiony. Z uwagi na to, że zablokowanie dostępu do treści znajdujących się w internecie stanowi ograniczenie wymienionego wyżej konstytucyjnego prawa takiego użytkownika do pozyskiwania informacji, brak takiej procedury stanowi w mojej ocenie odebranie mu prawa do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez uzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd, przewidzianego w art. 45, ust. 1 Konstytucji RP, jak również narusza art. 77, ust. 2 Konstytucji RP, stanowiący, iż ustawa nie może nikomu zamykać drogi sądowej dochodzenia naruszonych wolności lub praw.
Procedura odwoławcza nie przysługuje również przedsiębiorcom telekomunikacyjnym, którzy obowiązani są blokować dostęp do stron i usług wpisanych do rejestru, jak również – w praktyce – tym z podmiotów prowadzących strony internetowe, które nie dysponują i nie mogą dysponować dokumentami potwierdzającymi ich tytuły prawne do tych stron (co jest sytuacją nagminną, np. w przypadku blogerów korzystających z publicznie dostępnych, darmowych platform blogowych, na których rejestracja nie wymaga ani zawarcia pisemnej umowy, ani nawet podawania większości danych osobowych). Dodatkowo nawet w przypadku podmiotów dysponujących takimi dokumentami procedura dopuszcza możliwość odwołania się do sądu dopiero od decyzji odmawiającej wykreślenia strony lub usługi z rejestru, a nie od samego wpisu. Również i to stanowi w mojej ocenie naruszenie art. 45, ust. 1 Konstytucji RP.
Dodatkowo, w wariancie II projektu nie jest przewidziana możliwość złożenia wniosku o wykreślenie strony internetowej lub usługi z rejestru przez kogokolwiek poza organem, na którego wniosek sąd wydał postanowienie o wpisie. Oznacza to, że ocena, czy ustały przesłanki do dokonania wpisu danej strony czy usługi do rejestru pozostawałaby nadal w gestii funkcjonariuszy organów ścigania, nie zaś sądu. W tym wariancie nie jest też określone, komu przysługuje zażalenie na postanowienie sądu o wpisie strony do rejestru – co czyni prawo do takiego zażalenia fikcją.
Po piąte i najważniejsze – proponowane rozwiązania stanowią cenzurę prewencyjną, wprost zakazaną w art. 54, ust. 2 Konstytucji RP. Zablokowanie dostępu do strony internetowej i usługi nie oznacza tylko zablokowania dostępu do określonych treści już po ich opublikowaniu – wtedy byłaby to cenzura represyjna – ale również do wszelkich innych treści, jakie mogą pojawić się później pod zablokowanymi adresami. W praktyce bardzo często zdarza się (blogi, fora internetowe, portale), że treści znajdujące się pod danym adresem szybko ulegają zmianie. W przypadku wpisania takiego adresu do rejestru, dostęp do wszelkich nowych treści, które pojawią się pod tym adresem byłby możliwy dopiero po wykreśleniu go z rejestru na wniosek podmiotu prowadzącego stronę (wariant I) lub z własnej inicjatywy organu, na którego wniosek dokonano wpis (wariant II) – przy czym organ podejmujący decyzję o wykreśleniu badałby, czy nadal pod tym adresem nie ma treści uznanych za niedozwolone. Jest to typowa cenzura prewencyjna (zakaz publikowania bez zgody instytucji cenzurującej).
W związku z tym apeluję o usunięcie wymienionych rozwiązań z przygotowywanego projektu ustawy.
Ktoś dał rozkaz, aby spróbować zawalczyć z wolnością w sieci, to się rozkaz wykonuje. Ochoczo ruszył premier Tusk, a dziś portal Gazeta.pl, a właściwie dziennikarze radia TOK FM. Nic tak dobrze nie działa w słusznej sprawie, jak „uderzenie z pedofila”, czyli ponowne zastosowanie „akcji pedofil„. Na stronie głównej pojawił się artykuł pt. „Jak dobrze gwałcić dzieci? Pedofil radzi”
Chodzi w nim oczywiście o system TOR, w którym domniemanego pedofila rzeczywiście spotkać łatwo. To rzeczywiście najciemniejszy zakątek internetu, gdzie można spotkać najgorsze robactwo. Niemniej jednak, jest to też sposób, aby móc podziałać w sieci anonimowo także w niewinnej i słusznej sprawie. Jeśli pod pretekstem robactwa pozbawimy ludzi uczciwych możliwości pozostawania anonimowymi, to z pewnością wolności nam od tego nie przybędzie. Chyba że myślimy po tuskowemu i poczujemy się „uwolnieni” od możliwości pozostania anonimowymi.
Teraz wykształciuchom TOR ma kojarzyć się wyłącznie z pedofilią, a potem to już się z nim zrobi porządek, gdy przy okazji „uwalniania” internetu dopisze się jakoś protokół TOR do indeksu stron i innych rzeczy zakazanych. Przecież wiadomo, że tam tylko pedofile.
Nie tylko nasz dzielny premier zamierza zrobić porządek w internecie i uwolnić go od wszelkiego zła, ale także posłowie starają się coś zrobić w tej sprawie.
Jest czas na porządki, to trzeba być aktywnym i doświadczony w pracy terenowej poseł Gosiewski zapytał w interpelacji rząd, co ten zamierza zrobić w sprawie anonimowości wypowiedzi na rozmaitych internetowych forach, no i w sprawie brzydkiego języka, którego się tam anonimowo używa. Sytuacja w internecie jest karygodna, jak twierdzi poseł. Nie dość, że czasem nie wiadomo, kto sobie pozwala krytykować różnych ludzi, czy nawet ich pomawiać i obrażać, to na dodatek czyni to w sposób niewybredny i urągający językowi. Tak nie może być i „byłoby wskazanym”, aby sprokurować jakieś prawo, które to zaraz załatwi i przykładnie winnych ukara.
Jak domyślam się, to akurat poseł skierował do siebie i swoich kolegów, wszakże oni stanowią tu prawo, ale rządowego ministra konkretnie zapytał „co Pan zamierza uczynić, aby podnieść poziom kultury słowa języka polskiego w Internecie?” Bardzo jestem ciekawy, to ten minister odpowie. To takie tęgie głowy, że wszystko pewnie umieją załatwić, tylko trzeba im grzecznie przypomnieć.
Jak widać, zaraz nam tutaj internet uregulują. Może jakieś prawo jazdy na internet? Poprzedzone egzaminem z języka polskiego? I obowiązkowe rejestrowanie się z dowodem osobistym na każdym forum.
Dzielne chłopaki, tak się starają, ale może ktoś by wyedukował najpierw Gosiewskiego, aby wiedział, z czym walczy.
Tak się martwiłem, że będę musiał ocenzurować swoje witryny, a tutaj na ratunek ruszył rząd dzielnego premiera Tuska. W tempie ekspresowym majstruje nowe prawo, które ma „zrobić porządek” z hazardem, czyli pod pretekstem ocalenia hazardzistów napędzi interes swoim, koncesjonowanym kasynom. Jakiś Rysio zadzwonił do kogo trzeba i będzie porządek. A przy okazji postanowiono rozprawić się ze złem w internecie poprzez wprowadzenie cenzury, czyli swoistego indeksu stron zakazanych, które będą mieli obowiązek blokować wszyscy krajowi dostawcy internetu. Wszakże rząd zapowiedział, że uwolni internet od zła, to uwolni.
Nad całą koncepcją oraz proponowanymi zapisami prawnymi pastwi się znakomicie Olgierd Rudak, więc nie widzę potrzeby dodawania czegoś specjalnie od siebie. Mi będzie łatwiej ocenić, czy moje wpisy są nieodpowiednie, czy nie, bo w razie czego zauważy to stosowny „organ uprawniony” i moja strona zniknie, a mnie pozostanie dziwaczny proces odwoławczy.
Przy okazji afery z cenzurą sajtu The Pirate Bay przez włoskich dostawców internetu (gdzie lamenty o prawach człowieka, wolności słowa, demokracji, itp?), ciekawy cytat:
Koniec końców, to zawsze kończy się na zabranianiu ludziom bezpośredniego komunikowania się i wymieniania informacjami, aby móc im sprzedać je kopia po kopii. To po prostu interes na prohibicji. Aby dało się robić interes na wykonywaniu i sprzedaży kopii, musisz wpierw innym zabronić robienia własnych kopii.

















