To, że prawa autorskie mogą dawać rozmaitym organizacjom uprawnienia cenzorskie mówi się od jakiegoś czasu. Były przykłady wstrzymywania publikacji książek, gdyż ktoś rościł sobie prawa do czyjegoś dzieła, a ostatnio mamy ciekawy przykład dotyczący filmu Sita sings the blues. Filmu, o którym już pisałem.
Film jest swobodnie dostępny w całości na YouTube, gdyż jest to dzieło dystrybuowane na bardzo wolnej licencji CC. Autorka poświęciła sporą sumę własnych pieniędzy i znaczny wysiłek organizacyjny, aby uwolnić zawartą w filmie muzykę z jarzma praw autorskich. Jej umowa z Sony opiewa na terytorium całego świata, ale organizacja zarządzania prawami autorskimi w Niemczech – GEMA – ma na ten temat inne zdanie i zablokowała dostęp do filmu użytkownikom z Niemiec. Oczywiście twierdząc, że film nie został poprawnie wylicencjonowany, czyli GEMA nie dostała haraczu, który jej się zupełnie zresztą nie należy.
Oczywiście niemieckie zapisy prawne dotyczące organizacji zbiorowego zarządzania mogą twierdzić coś innego i dawać organizacji GEMA prawa cenzurowania materiałów, których twórcy nie zapłacą haraczu, ale to jedynie jest świetny przykład, że w prawach autorskich wcale nie chodzi o autorów – w tym wypadku Nina Paley nie życzy sobie, aby GEMA działała w jej imieniu – ale chodzi o kontrolę tego, jak korzystamy z własnych urządzeń oraz z opłacanych przez nas łączy.
Chodzi o przeciwstawienie się nowej koncepcji (no, koncepcja nie nowa, ale próba nowa) ocenzurowania internetu na poziomie Unii Europejskiej poprzez zainstalowania powszechnego systemu blokowania dostępu do „nielegalnych” witryn. Czy kolejne podejście do wprowadzenia, jak zwykle kuchennymi drzwiami, mechanizmu powszechnej cenzury informacji w internecie, na modłę chińskiego „Wielkiego Firewalla”. Deklaracja ma formę zmodyfikowanego przemówienia Churchilla „This was their finest hour„:
The finest hour
February 2011, MAFIAA Lobbyists began a massive attack against the European Union.
Defending the union were seeds and peers of The Pirate Bay along with the Telecomix, Anons, and the Pirate parties. The MAFIAA relied on an aggressive battle plan, utilizing modern communications such as radio and telefax to direct troops in the field. The Allies, for their part, assumed a defensive posture, just as they had done at the start of World Internets War of 2003, and in many cases still relied on irc.
As a result, the MAFIAA blitzkrieg caught the Allies off-guard. MAFIAA’s smooth talks and bribes against key players in the EU staged a surprise attack, then turned northward and soon surrounded the bulk of the EU headquarters in Belgium.
After just a few weeks of battle, MAFIAA’s armies had conquered the right, the left and the liberal parties.
I expect that the Battle of Internets is about to begin. Upon this battle depends the survival of an Uncensored civilization! Upon it depends our own free life, and the long continuity of our sites and our trackers. The whole fury and might of the enemy will very soon be turned on us.
MAFIAA knows that they will have to break us in Brussels or lose the war. If we can stand up to them, all Europe may be free and the life of the world may move forward into broad, sunlit uplands. But if we fail, then the whole world, including all that we have known and cared for, will sink into the abyss of a new Dark Age made more sinister, and perhaps more protracted, by the lights of perverted science.
Let us therefore brace ourselves to our duties, and so bear ourselves that if the free internets and its multitude of sites last for a thousand years, citizens will still say, This was their finest hour.
Yours Winston Bay
Kilka dni temu miały miejsce głośne dość zajęcia przez agencje amerykańskiego rządu kilkudziesięciu domen, pod pretekstem akcji zwalczającej naruszania praw autorskich i handlu podróbkami. Nie była to pierwsza akcja, w której rząd amerykański, zamiast przejmować się jurysdykcją, zasadnością itp. po prostu wykorzystał fakt, że system nazw domenowych (DNS) zarządzany jest centralnie przez jedną instytucję na świecie (ICANN), na dodatek amerykańską i zamiast bawić się z wyrokami, likwidacją hostów i serwerów, bo prostu przejął domenę przekierowując ją na swój serwer z ładnym obrazkiem.
Oczywiście, kontrowersje budzi zarówno kwestia zasadności takich działań – na jakich podstawach wytypowano domeny, czy ich skuteczności – serwisy wciąż działają i dostępne są bezpośrednio poprzez adres IP, czy też inne, nie zajęte jeszcze domeny. Co gorsza, skoro można przejmować domeny na podstawie samych podejrzeń, to co stoi na przeszkodzie, aby użyć tego mechanizmu do cenzurowania treści, jak choćby takich, które pojawiają się w serwisie Wikileaks?
Oczywiście, to działanie połowiczne, nastawione na doraźny zysk i przeszkodzenie mniej umiejętnym użytkownikom internetu. Co gorsza, mają one szanse na powodzenie jedynie w sytuacji istnienia scentralizowanego systemu nazw domen. Sam fakt, że jest on pod kontrolą instytucji amerykańskiej dodatkowo ułatwia sprawę, ale to nie jest największa wada tego systemu.
W odpowiedzi na takie działania, z pewnością nie ostatnie, rozpoczęto prace na alternatywnym, rozproszonym systemem nazw domen – dot-p2p.org – oparty o zasadę P2P, czyli wymiany informacji o nazwach pomiędzy komputerami uczestniczącymi w systemie bez pośrednictwa systemu centralnego przy pomocy protokołu podobnego do bittorrent. Czy system powstanie i będzie działał, to się okaże, ale obserwując działania rządu USA i nowe cenzorskie prawo tamże uchwalane, ma duże szanse na powodzenie w walce z cenzurą. Na razie rząd wygrywa potyczki, ale jeszcze nie wygrał wojny z wolnością słowa w internecie.
Wiadomo, internet to siedlisko zła, przed którym trzeba chronić przede wszystkim dzieci (choć nasz rząd chce chronić także dorosłych). A dzieci trzeba chronić za wszelką cenę.
Czyhają w internecie na dzieci pedofilie, pornografia, narkotyki, hazard i całe to zło. Najlepiej więc będzie, gdy z jednej strony tych, którzy głoszą poglądy, które można uznać za „złe” (np. „propagujące” poglądy pedofilskie – to chyba wciąż projekt) odpowiednio się potraktuje, czyli jakoś przykładnie ukarze, z drugiej jak się odpowiednio internet ocenzuruje, aby zakneblować tych, których nie może łatwo dosięgnąć ręka sprawiedliwości. Już nie trzeba popełniać czynów, które mogą budzić wątpliwości nawet dość libertyńskich osobników, wystarczy, że coś tam będzie na rzeczy – jak przypadku „propagowania zachowań pedofilskich”, czy posiadaniu rysunków, które przedstawiają osoby wyglądające na małoletnie i poddające się czynnościom seksualnym.
Wiadomo, cenzura jest łatwiejsza, bo można, po wdrożeniu odpowiednich mechanizmów, nie ruszać się zza biurka i paroma kliknięciami „robić porządek”. Nic dziwnego, że koncepcja ta co rusz powraca w jakiejś nowej odsłonie, z nową tematyką wymagającą właśnie takich działań.
Powiększa się też lista tematów, które można uznać za niebezpiecznie dla dzieci, a więc będącymi dobrymi kandydatami zarówno do ocenzurowania, jak i przykładnego karania tych, którzy o takich tematach mówią. Najnowsze tematy niebezpieczne to Ana i Mia, czyli anoreksja i bulimia. Bo, jak się okazuje, to jakiś problem, z którym trzeba walczyć, najlepiej ograniczając wolność słowa, cenzurując internet i wsadzając do więzień za głoszone poglądy. Francja na czele postępu, gdzie już można zostać ukaranym za propagowanie chudości. Brawo Francja – wydawało mi się, że nie potrzebuję więcej powodów by pałać szczerą nienawiścią to tego narodu, ale patrzcie, Francuzi nie ustają w wysiłkach, abym ich nie polubił.
Jak napisałem w jednym z komentarzy: nie ma takiej tyranii, której by się nie dało jakoś uzasadnić troską o dzieci. Kiedyś cenzura broniła ustroju, teraz ma bronić dzieci – totalniactwo takie samo.
Wysłuchałem debaty „internautów” z premierem Tuskiem. Było słabo, i gdyby nie komentarze Martina, byłoby nie do zniesienia.
Niestety, nie była to debata o próbie wprowadzenia cenzury i proteście przeciwko temu. Poruszono za dużo tematów pobocznych, głównie dlatego, że próbowano chyba wykorzystać okazję spotkania z Premierem, aby mu się wyżalić w pewnych tematach, które, bądźmy szczerzy, mało go obchodzą. Rozmydlanie tematu było jak najbardziej na rękę przedstawicielom rządu, którzy równie ochoczo sprowadzali dyskusję na te tematy poboczne i w typowy dla siebie sposób, marnowali czas długimi, nudnymi i treściowo pustymi wypowiedziami. No i Premier się o nas naprawdę troszczy i nie chce czynić tego tylko w „realu”.
Zawiódł Vagla, bo nie spytał o to, kto z nazwiska odpowiada za nazwę (i cały pomysł) Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych (podobno spytał, ale się nie dowiedział), a skoncentrował na poruszeniu zbyt wielu spraw, aż mu czasu zabrakło – porządek w serwisach rządowych nie jest najważniejszą kwestią. Blackout Europe też nie sprowadził dyskusji na temat, a podrzucił hasło Pobieraczka.
Ze strony „internautów” – EPIC FAIL. Rząd na pewno po spotkaniu przybije sobie piątkę i pogratuluje sobie, jak to umie „internautów” załatwiać. A właściciele tych legalnych firm hazardowych, które pozostaną w kraju, będą spać spokojnie, bo rząd załatwia im właśnie konkurencję. A ustawę trzeba po prostu przepchnąć, bo czas kogoś goni („musieliśmy się śpieszyć”), ale Premier obiecał, że może te kontrowersyjne kwestie rząd z ustawy usunie, aby o nich dłużej podyskutować. No, ale to dopiero się okaże, po konsultacjach z prawnikami, i w ogóle, to pan Tusk nie jest znany przecież ze słowności.
I tak się kończy łagodne i kulturalne gadanie o kwestiach fundamentalnych, czyli w tym wypadku o cenzurze. O hazardzie nawet nie wspomnę.
To taki komentarz do sprawy sprawy Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Temat ten dobrze wałkują inni, więc ja ograniczę się na razie do powyższego obrazkowego komentarza o ogólniejszym, choć bardzo związanym charakterze autorstwa Olega Volka.

















