Gdyby nie to, że nie posiadam talentu do prac manualnych, to chętnie bym sobie coś takiego zrobił. Póki wolno.
Świetne wystąpienie i znakomite ostatnie zdanie. Nie chodzi o to, kto będzie nosił w kieszeni klamkę. Chodzi o kwestie fundamentalne.
tl;dw – „That’s not a point of Second Amendment [...] it’s about all of our rights to be able to protect ourselves from all of you guys up there”.
Dziś odbyło się w Szwajcarii referendum w sprawie ograniczenia dostępu do broni i 56% głosujących, głównie z niemiecko- i włoskojęzycznych kantonów opowiedziało się przeciwko rozbrojeniu. Za rozbrojeniem byli francuskojęzyczni młodzi i wykształceni z wielkich miast. Podobnie jak u nas, wyjątkowo wrażliwi na wciskanie ciemnoty.
Siły lewicowego postępu nie ustają w wysiłkach rozbrajania ludzi, aby w przyszłości stali się łatwiejszymi ofiarami. Teraz na cel obrano sobie Szwajcarię, która jest solą w oku przeciwników dostępu do broni palnej. W lutym odbędzie się tam referendum, w którym obywatele opowiedzą się w kwestii odebrania im przechowywanej w domu broni służbowej i przekazania jej do państwowych magazynów.
Uzasadnieniem jest, że „guns kill people”. Znaczy, broń jest źródłem przemocy i służy samobójcom. A przemocy i samobójstw przecież nikt nie chce, nieprawdaż?
A co mówią w jest sprawie fakty? Z 1,5 – 2 mln sztuk broni przechowywanych w Szwajcarskich domach ginie niecałe 300 osób rocznie. W 2007 roku zginęło 291, a w 2008 259 osób. Z tego samobójstwo popełniły odpowiednio 264 i 239 osób, więc przemoc z udziałem broni w Szwajcarii jest niska, mimo olbrzymiego nasycenia bronią, której liczba nie jest dokładnie znana, bo nie ma mechanizmu rejestracji. Jak wiadomo, nic tak nie odstrasza samobójców, jak brak broni.
Niemniej jednak, ci, którzy dążą do uczynienia nas łatwiejszymi ofiarami bandytów rodzimych i obcych, nie zadowolą się niczym, oprócz pełnego rozbrojenia. Mają demokracje i nie zawahają się jej użyć. Ostatecznie, nie ma lepszego sposobu, aby 51% rozbroiło pozostałych 49%. Wystarczy jeden głos przewagi.
Wyobraź sobie następującą sytuację. Jesteś młody, wysportowany, sprawny, ba, jesteś nawet wyszkolonym żołnierzem, który poznał smak prawdziwej wojny. Idziesz ze swoją żoną do kina, aby się odrobinę rozerwać. W kinie bywa różnie, bo przecież towarzystwa się nie wybiera, więc czasem trafi się jakieś bydło, które nie umie się na filmie zachować. Zapłaciłeś za bilet i chcesz spokojnie obejrzeć film. Zwracasz gówniarzerii uwagę, ale ta nie bardzo chce słuchać, bo czuje się w grupie pewnie. Dopiero interwencja pracowników kina sprawia, że towarzystwo opuszcza seans i możesz obejrzeć film spokojnie. Zapominasz o sprawie.
Niestety, banda wyrostków nie zapomina. I tak nie ma nic lepszego do roboty. Czeka więc cierpliwie aż wyjdziesz z kina. I wtedy cała grupa atakuje. Padasz pod ciosami. Bandyci nie zadowalają się spuszczeniem ci łomotu, ale jeden z nich atakuje także twoją żonę, nokautując ją celnym ciosem.
Nagle atak kończy się, wyrostki rozbiegają się. Pojawia się policja, oczywiście za późno (gdyby byli na miejscu, nie doszło by do tego zdarzenia, bo bandyci nie atakują, gdy policja jest na miejscu), ale przynajmniej udaje im złapać kilku nastolatków.
Taką, mniej więcej, historię opowiada poniższe wideo:
Na samy końcu pada kluczowa informacja, która pozwala lepiej zrozumieć to, co się wydarzyło. Otóż napastnicy nie dlatego zrezygnowali z ataku na parę, bo się zmęczyli, czy znudzili. Jeden z postronnych świadków, jak się go określa – dobry Samarytanin – ruszył do swego samochodu, wyciągnął z niego pistolet i pokazał go napastnikom. Dopiero to spowodowało, że bandyci przestali atakować i zaczęli salwować się ucieczką.
Nie pomogła więc młodość, siła, a nawet wojskowe wyszkolenie. Potrzebny był ktoś z boku, kto miał narzędzie, które pozwoliło mu sprawnie zmierzyć się z dwudziestoosobową bandą, z którą nie miał szans nieuzbrojony marine.
Ale, po co nam broń, przecież zawsze damy sobie radę, no nie? Poza tym, przecież jest bezpiecznie, taka historia nie ma prawa wydarzyć się w naszym spokojnym kraju.
Akurat.
















