Wyrok

Wojewódzki Sąd Administracyjny wydał wyrok, który stwierdza, że faktura przesłana klientowi elektronicznie (np. w formie PDFa) i wydrukowana u niego fakturą nie jest. I już. Bo faktura elektroniczna to co innego (podpis elektroniczny i takie tam). Tak więc, gdy ktoś dokonuje takiej operacji, dopuszcza się zapewne przestępstwa karno-skarbowego.

Być może sąd nie mógł stwierdzić inaczej, bo rzeczywiście definicja faktury elektronicznej jest określona i nie spełnia jej przesłany mejlem PDF. Z drugiej jednak strony, ten PDF to jedynie sposób zakodowania informacji w drodze do drukarki. Przecież dla każdego rozgarniętego człowieka nie ma różnicy pomiędzy fakturą wydrukowaną na miejscu u wystawcy, a następnie dostarczoną odbiorcy osobiście, przez wytresowanego psa, gołębia poczytowego, dyliżansem, kurierem rowerowym czy w bardziej tradcyjny sposób: pocztą państwową, a fakturą wydrukowaną zdalnie, u odbiorcy, z użyciem udostępnionej drukarki, lub poprzez wirtualną sieć prywatną (VPN), albo pulpit zdalny z użycie oprogramowania odbiorcy, albo po prostu z dostarczonego pocztą elektroniczną pliku w uzgodnionym formacie.

Można przedstawić sądowi kilkanaście faktur dostarczonych odbiorcy w każdy z wymienionych tu sposobów i są nie będzie w stanie ich odróżnić. Czy sąd nie ma co robić? Po co tworzyć prawną fikcję?


Pedofilsko-prawne paradoksy

Para nastolatków (17 lat on, 16 lat ona) zabawiała się nago i pstryknęli sobie przy tej okazji fotki. Następnie parę tych fotek przesłali z komputera dziewczyny na konto pocztowe chłopaka, a potem na jego komputera. I tu mogła się sprawa zakończyć. Niestety, o zdjęciach dowiedziała się jakoś policja i sprawa się skomplikowała. Młodzież aresztowano i oskarżono oboje działania w celu produkcji, reżyserii i promocji zachowań seksualnych z dziećmi. Chłopak jeszcze zaliczył zarzut posiadania pornografii dziecięcej na swoim komputerze. Obrona próbowała argumentować, że celem prawa jest ochrona dzieci przed wykorzystywanie przez dorosłych. Sędziowie (w stosunku 2:1) mieli inne zdanie: młodzi mogli przecież kiedyś te zdjęcia sprzedać, pokazać znajomym, albo pozwolić komuś włamać się do komputera i w ten sposób doprowadzić do ich rozpowszechnienia. A do tego przecież nie można dopuścić, wszakże chodzi o dzieci! O dzieci!

Ciekawe, że utrwalanie czynności, która nie jest zabroniona, jest zabronione.

U nas, niestety, nie jest lepiej, bo pedofilia jest dyżurnym straszakiem, niczym Czarna Wołga w czasach mojego dzieciństwa. Co rusz to pedofil tu czy tam, a w sieci to już tragedia. Łapanie pedofilii to jakieś lukratywne zajęcie, bo policja i dziennikarze co chwila chwalą się jakąś udaną akcją. A wplątać się w ich sidła łatwo, o czym przekonał się Jacek Sierpiński, którego odwiedziła i przeszukała policja, właśnie na okoliczność posiadania czy wspierania pedofilii, a to wszystko za sprawą artykułu krytykującego obowiązującą wykładnię w tym temacie. Oczywiście nic nie znaleźli (Jacek ma teraz “oficjalne” potwierdzenie, że nie jest pedofilem), ale niesmak jakiś pozostaje.

Co gorsza, ja również wygłaszałem jakieś takie “pro-pedofilskie” komunikaty, nawet w komentarzach pojawił się Mały Książę, wróg publiczny nr 1. Pewnie też muszę się spodziewać się wizyty…