Prywatny wymiar sprawiedliwości

Nie, nie chodzi o poważny wpis o działaniu prywatnego wymiaru sprawiedliwości w społeczeństwie anarchokapitalistycznym. Choć, jeśli kogoś temat ten interesuje, niech sobie przeczyta The Role of Personal Justice in Anarcho-capitalism.

W tym wypadku chodzi o dość powszechną w obecnym systemie sytuację, gdy stajemy się ofiarą kradzieży i tracimy laptopa. Przytrafiło się to Seanowi Powerowi, autorowi z Kanady, podczas wizyty w USA. Laptop, plus dokumenty, pieniądze i takie rzeczy. W sumie nieprzyjemna sprawa. Na szczęście, na laptopie uruchomione było oprogramowanie – Pray – którego zadaniem jest śledzenie naszegeo laptopa, gdy dostanie się w niepowołane ręce. Złodziej/znalazca uruchomił laptopa, a oprogramowanie poinformowało o tym właściciela, pozwalając mu dość szybko i sprawnie zidentyfikować miejsce, w którym się znajdował.

W takim przypadku pozostaje jednak pytanie co zrobić, szczególnie gdy przebywa się 800 km od miejsca pobytu swojego sprzętu? Trzeba poprosić społeczność, w tym wypadku za pośrednictwem sieci Twitter. Zaraz znaleźli się ludzie chętni do udzielenia porady, a nawet pomocy. Nowy posiadacz używał sprzętu w swojej własnej knajpie, więc na miejsce udali się tajni agenci.

Niestety, monopol na załatwianie tych spraw ma państwo i jego urzędnicy. Znaczy policja, w tym wypadku. Właściciel skradzionego laptopa zadzwonił na posterunek najbliższy miejscu pobytu złodzieja, poinformował o sprawie, o tym jak złodziej został namierzony i poprosił o interwencję. Policja zgłoszenia wysłuchała i… nie zrobiła nic. Podczas ponownej rozmowy telefonicznej poinformowała, że nie zrobiła nic, bo nie zostało złożone formalne zawiadomienie. I to właśnie tym urzędnikom powierzamy swoje życie i mienie.

Tymczasem osoby na miejscu nakłoniły nowego posiadacza, który tłumaczył, że jedynie znalazł torbę i „tylko sprawdzał”, aby oddał mienie właścicielowi i wszystko dobrze się skończyło. Technika i ludzie dobrej woli: 1, państwo i jego urzędnicy: 0. Ciekawe, za co biorą pieniądze?


OnLive w praktyce

Jakiś czas temu pisałem o jednym, dla mnie dość oczywistym, rozwiązaniu problemu powstawania kosztownych produkcji gier wideo przy braku monopolu „własności intelektualnej”. Chodziło o serwis OnLive, który oferuje gry komputerowe nie jako oprogramowanie uruchamiane na naszych własnych komputerach czy konsolach, ale jako usługę uruchamianą na sprzęcie usługodawcy, z której korzystamy przez szybki internet. Byłem wtedy zdziwiony, że ktoś postanowił ten pomysł urzeczywistnić w praktyce już teraz i, przyznaję, przyjmowałem informację o nowej usłudze z pewnym sceptycyzmem. Ale serwis OnLive istnieje i działa naprawdę – oczywiście na razie w bardzo ograniczonym zakresie, ale to jest znakomity dowód, że pomysł sprawdza się w praktyce.

Oczywiście, mamy tu do czynienie z „software as a service”, czyli czymś, co zwolennikom wolnego oprogramowania może się nie podobać (i słusznie). Oczywiście, SaaS niesie ze sobą mnóstwo niebezpieczeństw, niemniej jednak, daje naprawdę sporo korzyści, które często skutecznie rekompensują niebezpieczeństwa, szczególnie w sytuacji, gdy mamy do czynienia z nieskrępowaną konkurencją pomiędzy dostawcami usług. Jak państwo zacznie się wtrącać i regulować, oczywiście w naszym interesie, to sytuacja może ulec zmianie (patrz Net Neutrality).

Niemniej jednak, dopóki jest to coś, na co godzimy się dobrowolnie, nie widzę powodu, aby się temu pryncypialnie sprzeciwiać. Tym bardziej, że pokazuje to alternatywę dla jedynie słusznego obecnie poglądu, że prawa autorski muszą istnieć, bo inaczej nie powstawałyby kosztowne produkcje.


Websajt dla każdego

Okazjonalnie ktoś pyta mnie jak zbudować/założyć/mieć własny sajt WWW, coś minimalnie ambitniejszego niż pojedyncza strona na jakimś darmowym serwerze. I odpowiedź na to jest zawsze trudna, bo:

  1. Wybór hostingu nie jest rzeczą łatwą. W Polsce zazwyczaj kończy się to rozczarowaniem. Za granicą z kolei też bywa różnie, choć tam trochę lepiej klientów traktuje. Mam tutaj sporo różnych doświadczeń.
  2. Potem wybór oprogramowania, najczęściej jakiegoś systemu CMS czy blogowego. W tym momencie dla wielu zaczyna być zbyt technicznie i niezrozumiale.
  3. A na koniec dostosowanie tego wszystkie go własnych potrzeb – wygląd i funkcjonalność. Bez pomocy jakiegoś zaprzyjaźnionego geeka raczej się nie obejdzie, bo w tej dziedzinie królują rozmaite skróty: PHP, HTML, CSS.

Dla zwykłego użytkownika komputera i internetu to po prostu za wiele. Okazuje się, że technika poszła do przodu i nie trzeba już się tak męczyć. Istnieją gotowe serwisy, które za niewygórowaną opłatą rozwiązują wszystkie powyższe problemy, a do tego sposób obcowania z naszym sajtem od kuchni, jest przystępny raczej dla każdego, kto umie w miarę sprawnie posługiwać się komputerem i oprogramowaniem. Z ciekawością obejrzałem sobie rozwiązania oferowane przez 2 przykładowe serwisy i muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem:

Własny serwis składamy tam z klocków, które oferują rozmaitą funkcjonalność: blogi, galerie, strony statyczne, połączenia z innymi serwisami. Wygląd załatwiają nam dostępne szablony, które potem sobie do woli modyfikujemy. Całość hostowana jest przez dostarczyciela usługi, więc nie musimy się zastanawiać gdzie i jak to wszystko uruchomić. Można łatwo i szybko stworzyć estetyczną stronę prywatną albo też całkiem niezłą wizytówkę małej firmy, bez konieczności ponoszenia jakichś spektakularnych wydatków. Niestety, nie wiem, czy są gdzieś spolonizowane alternatywy.


Rynek daje radę

Firma Apple w swoim najnowszym produkcie – iPadzie – w wersji wyposażonej w internet mobilny zastosowała nietypową (bo jednak ustandaryzowaną) kartę micro-SIM. Ruch ten miał na celu „zachętę” do skorzystania z internetu oferowanego przez konkretnego z amerykańskich operatorów, z którym Apple łączą dobre biznesowe stosunki. Taka próba ograniczenia konkurencji i sterowania rynkiem.

Ale rynek tego nie lubi – najpierw hakerzy pokazali jak szybko i sprawnie przyciąć „normalną” kartę SIM, aby przypominała wersję micro, bo kontakty elektryczne i działanie jest identyczne niezależnie od rozmiaru karty. A teraz ma pojawić się wygodne narzędzie, którym można łatwo i masowo przycinać SIMy dowolnych operatorów, aby pasowały do iPada.

Tak, tak, rynek nie lubi, gdy się go próbuje oszukiwać. I działa, o ile jakiś mądrala prawnie nie wesprze takich prób ograniczania niewidzialnej ręki rynku, rozmaitymi prawami mającymi chronić „własność” intelektualną czy równowagę rynkową itp.


Muzyka ambient i transmisja z kosmosu

Internetowe radio Soma FM nadaje kanał z muzyką ambient zmiksowaną z nadawanymi na żywo transmisjami z misji promu kosmicznego. Fantastyczny pomysł.


Apple iPad

Stało się, Apple obwieści światu swój nowy produkt – iPad. Tablet, lekki – 680 gramów, 10 godzin pracy na ładowanie, ekran 9,7 cala z rozdziałką 1024×768, multitouch. Nieźle. Ceny w dolarach całkiem przystępne, jak na produkt Apple.

Z pewnością nie kupię sobie kolejnego iPoda touch, ale właśnie iPada, bo dla mnie jest to taki iPod na sterydach, pasujący dokładnie do tego, do czego używam mojego toucha. Do tego świetny firmowa okładka, która służy także za podpórkę do ustawiania w różnych konfiguracjach.

Niestety, zamknięty produkt: tylko App Store i iTunes. Brak wielozadaniowości – to największe rozczarowanie. Spora dopłata za 3G, więc pewnie będzie mi szkoda kasy.

Z dobrego tekstu wypunktowane wady iPada:

  • It’s a closed platform. As with the iPhone, development for the iPad means reliance on Apple’s tools, on the use of proprietary Apple hardware and software just to build an app. Now, those could be worthy sacrifices for a great product. But it also means that Apple alone distributes applications, and decides which applications developers will be allowed to create – something that has never been true on a computing OS. Since the unveiling of the iPhone SDK, Apple apologists argued that somehow this was a decision made by phone carriers, that surely their beloved Apple was not to blame. Yet Apple has chosen that path for a device that, while it lacks a keyboard, otherwise looks for all the world like a computer – like something that could have been a Mac, with all the power and freedom of a Mac, instead of an iPhone.
  • It has no standard ports. Like the iPhone, the iPad has only a proprietary dock connector, ensuring Apple has control over the hardware made for the device. You can throw away decades of the lessons of the value of standard connectors, of the freedom to connect a computer as – to use a phrase Apple popularized – a digital hub. There’s not even HDMI to connect to a display.Correction: video out will be possible, albeit with a proprietary adapter. And *access* to that video port from software has been a huge problem on the iPhone.
  • It’s tied to iTunes. As with the iPhone, you can’t use the iPad’s drive as a drive. You can’t connect it to a computer and put on it what you like. You’re limited to using third-party apps as conduits or servers – and even then, you’re limited; critical files for media and reading are controlled by Apple’s market-dominating iTunes app. It’s a storage device you own, but that someone else controls. Maybe that’s acceptable for game consoles, but, again, the iPad has the appearance of a computer. (Except, of course, it’s actually not.)
  • Apple alone controls the distribution of media. Apple already has a dangerously dominant position in the consumption of music and mobile software, and their iTunes-device link ensures that content goes through their store, their conduit, and ultimately their control. This means that developers are limited in what they can create for the device when it comes to media – a streaming Last.fm app is okay, but an independent music store (like Amazon MP3 on Android) is not. Now, you can add to that Apple dominating book distribution. At a time when we have an opportunity to promote independent e-book publishing, the iPad is accompanied by launch deals from major traditional publishers. What does that mean for independent writers and content?
  • It’s not an open computer. It’s not a Mac. The bottom line: you can’t do the things that an open computing experience allows. You can’t connect the hardware you want, develop or run the software you want, or have the open-ended experience computers have provided. That’s not to say a tablet or slate or pad or whatever you want to call it needs to be exactly like other computers. On the contrary: if you believe in the computing experience, you believe it should work in new and creative form factors. (There was a time when the clamshell laptop was a new idea, remember, a time when computers were giant bricks you plugged into a TV.)

Video na stronie Apple jest jednak dość przekonywujące.

Bardzo ciekawe spojrzenie na drugą stronę tego produktu:

Apple’s not actually selling a computer. Or a flash drive or multitouch. They needed to make those things for their product, but that’s not what the product is. The product is, simply put, a magical screen that can do anything you ever want it to, no matter what that is.

Here you go. It’s five hundred dollars. If you pay me that, I will give you this magical thing that can do anything. You don’t have to read a manual. It will do anything, and it will do it right now, out of the box.

Other companies are selling computers. Apple’s selling magic. Which one would you rather have?

W kwestii Flasha – dobry obrazek.


« Późniejsze wpisy · Wcześniejsze wpisy »

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo