Panowie politycy, szczególnie aspirujący do miana wolnościowców, tak to się robi:
Mocny i jasny przekaz, zajebista forma. Popatrzcie na swoje spoty, zapłaczcie i idźcie poklęczeć na grochu.
Nie tylko polityką człowiek żyje, więc dziś, dla odmiany, wpis lifehackowy. O zrobionej własnoręcznie zakrytej kuwecie dla naszych kotów.
Pomysł nie jest mój – zobaczyłem to w znakomitym serwisie Lifehacker.com. Dzięki globalizacji mogłem wykonać go dokładnie wedle przepisu. No, może niezbyt dokładnie, bo manualnych zdolności raczej nie mam. Rezultat wygląda tak:
Oto przepis wykonania:
- Ruszamy do najbliższego sklepu IKEA – to może być najdroższa część tego przepisu.
- Kupujemy tam pudełko SNÅLIS za 19,99 PLN plus pokrywkę SNÅLIS za 7,99 PLN. To wyczerpuje listę materiałów.
- Wracamy do domu i wyszukujemy ostry nóż. Ja użyłem typowego noża technicznego z odłamywanymi ostrzami.
- Nożem wycinamy otwór wejściowy do kuwety. Ważnie, aby nie zejść z otworem za nisko (jak ja), bo nam będą koty piasek trochę wysypywać. Materiał pudełka dobrze daje się obrabiać nożem, ale trzeba jednak uważać, aby nie zrobić sobie przy okazji krzywdy.
- Po wycięciu otworu kuweta jest gotowa. Wystarczy napełnić żwirkiem i przykryć pokrywką.
Własnoręcznie wykonana kuweta jest niedroga, łatwa w obsłudze, mieści 56 litrów kotów (w praktyce jednego, rzecz jasna), pozwala niemalże wyeliminować rozsypywanie piasku. Koty lubią na niej przysiadać lub polegiwać. Same zalety.
Taki przystępny filmik dla młodzieży, po angielsku:
I nie chodzi o erotyczne zabawy na trybunach (18+), ale o coś znacznie mniej przyjemnego, czyli dymanie nas, podatników pod pretekstem budowania niezbędnego nam Stadionu Narodowego.
O bezsensowności budowania tego przybytku szkoda się rozpisywać. Jak to słusznie zauważył Robert Gwiazdowski, musimy mieć swojego Misia XXI wieku, a uzasadnienie zawsze się znajdzie. Bo tu przecież nie o Misia się rozchodzi, ale to co można na tym ugrać. A ugrać można zapewne bardzo dużo, bo cała ta zabawa ma kosztować 1,9 mld złotych.
Jest to na tyle abstrakcyjna suma, że w zasadzie nie zwracałem na nią już uwagi, gdyby nie to, że pewien wpis na blogu uświadomił mi prawdziwą skalę naciągactwa w tej imprezie. Otóż najwyższa obecnie budowla na świecie, wieżowiec Burdż Chalifa w Dubaju kosztował około 4 mld złotych, czyli jedynie 2 razy tyle, co zupełnie niepotrzebny i całkiem bezużyteczny Narodowy!
Wydaliśmy połowę kwoty niezbędnej do postawienia architektonicznego cacka na stadion, który przez większość roku będzie stał całkowicie bezużyteczny i powoli niszczał, wymagając jeszcze dodatkowym milionów na zamaskowanie tego nieuchronnego procesu. Rozumiem rozrzutność w Dubaju, bo tam bogactwo robi się im samo pod stopami, ale my na wywalenie w błoto 2 mld złotych musieliśmy się sporo napracować. Oj boli dupa, boli.
Nie, nie chodzi o poważny wpis o działaniu prywatnego wymiaru sprawiedliwości w społeczeństwie anarchokapitalistycznym. Choć, jeśli kogoś temat ten interesuje, niech sobie przeczyta The Role of Personal Justice in Anarcho-capitalism.
W tym wypadku chodzi o dość powszechną w obecnym systemie sytuację, gdy stajemy się ofiarą kradzieży i tracimy laptopa. Przytrafiło się to Seanowi Powerowi, autorowi z Kanady, podczas wizyty w USA. Laptop, plus dokumenty, pieniądze i takie rzeczy. W sumie nieprzyjemna sprawa. Na szczęście, na laptopie uruchomione było oprogramowanie – Pray – którego zadaniem jest śledzenie naszegeo laptopa, gdy dostanie się w niepowołane ręce. Złodziej/znalazca uruchomił laptopa, a oprogramowanie poinformowało o tym właściciela, pozwalając mu dość szybko i sprawnie zidentyfikować miejsce, w którym się znajdował.
W takim przypadku pozostaje jednak pytanie co zrobić, szczególnie gdy przebywa się 800 km od miejsca pobytu swojego sprzętu? Trzeba poprosić społeczność, w tym wypadku za pośrednictwem sieci Twitter. Zaraz znaleźli się ludzie chętni do udzielenia porady, a nawet pomocy. Nowy posiadacz używał sprzętu w swojej własnej knajpie, więc na miejsce udali się tajni agenci.
Niestety, monopol na załatwianie tych spraw ma państwo i jego urzędnicy. Znaczy policja, w tym wypadku. Właściciel skradzionego laptopa zadzwonił na posterunek najbliższy miejscu pobytu złodzieja, poinformował o sprawie, o tym jak złodziej został namierzony i poprosił o interwencję. Policja zgłoszenia wysłuchała i… nie zrobiła nic. Podczas ponownej rozmowy telefonicznej poinformowała, że nie zrobiła nic, bo nie zostało złożone formalne zawiadomienie. I to właśnie tym urzędnikom powierzamy swoje życie i mienie.
Tymczasem osoby na miejscu nakłoniły nowego posiadacza, który tłumaczył, że jedynie znalazł torbę i „tylko sprawdzał”, aby oddał mienie właścicielowi i wszystko dobrze się skończyło. Technika i ludzie dobrej woli: 1, państwo i jego urzędnicy: 0. Ciekawe, za co biorą pieniądze?
Oni, czyli funkcjonariusze państwa. Warto o tym pamiętać w kolejną rocznicę wydarzeń w Waco. Zawsze mogą zabić nas dla naszego dobra.

















