Jako uzupełnienie dyskusji do wpisu o zależności pomiędzy ceną, a sprzedażą, no i piractwem, przytoczę dane sondy przeprowadzonej przez serwis Lifehacker. Zapytano tam prawie 10 tysięcy czytelników ile powinna kosztować książka w wersji elektronicznej. Z odpowiedzi wynika, że 70% ankietowanych nie chce płacić za taką książkę więcej niż $10, co potwierdza tezę, że wyrównywanie cen e-booków i tradycyjnych książek nie jest mile widziane przez potencjalnych klientów i nie będzie raczej prowadzić do oczekiwanych efektów.
Obróbka wideo stała się obecnie chlebem powszednim na wielu użytkowników komputerów. Coraz nowsze kodeki (H.264, MPEG-4, czy trochę starszy MPEG-2) pozwalają na tworzenie i publikację materiałów w bardzo dobrej jakości, o której parę lat temu można było jedynie pomarzyć, a dzięki szeroko dostępnej technice, obraz HD stał się już czymś całkiem oswojonym. Jeśli wideo traktujemy poważniej, to najczęściej inwestujemy w lepsze oprogramowanie, nierzadko kosztujące spore pieniądze, które zapewnia nam przy okazji możliwość stosowania tych najnowocześniejszych technik kompresji obrazu. A jak robimy coś poważnie, to zdarza się, że nasze dzieła nabierają komercyjnego charakteru – ktoś nam za nie płaci, albo też służą do promocji jakichś innych naszych form zarabiania. I tu, jak się właśnie dowiedziałem, czeka nas niespodzianka – na to wszystko potrzeba specjalnej licencji!
Nikt nie czyta umów licencyjnych dołączanych do programów, ale jeden człowiek zadał sobie trud i odnalazł takie interesujące zapisy dotyczące kodeków H.264 i MPEG-4. Kodeki te dołączone do tak zaawansowanych pakietów jak Final Cut Pro pozwalają użyć się jedynie do tworzenia wideo o charakterze osobistym, niekomercyjnym. Podobne zapisy są także w systemie Windows 7. Co więcej, obostrzenia nie tylko dotyczą sposobu tworzenia nowego materiału, ale także wymagają, aby oglądane (dekodowane) przez nas wideo zostało dostarczone przez licencjonowanego dostawcę.
Ciekawe, ale jestem przekonany, że nie jest specjalnie trudno znaleźć przedsiębiorcę, który dystrybuuje wideo w którymś z formatów w gestii MPEG LA i nie ma pojęcia, że powinien mieć na to licencję. Ciekawe, czy nie dałoby się złapać na tym występku jakiegoś urzędu i złożyć wtedy jakiś donosik… Albo jeszcze lepiej, złapać na tym jakąś organizację zbiorowego zarządzania prawami autorskimi – to byłoby smakowite.
Trwa obecnie spór pomiędzy księgarnią Amazon.com, a wydawnictwem Macmillan o ceny książek tego wydawnictwa w wersji elektronicznej. Amazon chciał, aby cena książki elektronicznej nie przekraczała $9,99, bo zainteresowany jest rozwojem tego rynku dystrybucji: sprzedaje przecież swój czytnik, a i same książki w formie elektronicznej nie wymagają kosztownych magazynów i wysyłki. Wydawnictwo natomiast wciąż chce działać wedle schematów książek papierowych, czyli sprzedawać różne edycje po różnych cenach, rozpoczynając od ceny najwyższej – $15 (będącej odpowiednikiem wydania w twardej oprawie), a potem, z czasem, obniżając cenę (odpowiednik miękkiej oprawy). W efekcie sporu Amazon usunął ze swojego katalogu wszystkie książki wydawnictwa Macmillan, także tradycyjne. Oburzyli się autorzy oraz ci, którzy nie zwracają uwagę na cenę. Amazon się w końcu ugiął i ma przywrócić książki i przystać na politykę cenową wydawnictwa.
Szkoda, bo polityka cenowa przeniesiona z tradycyjnych książek w przypadków e-booków nie ma innego uzasadnienia niż chęć wydrenowania maksymalnej ilości pieniędzy od tych, na których cena nie robi większego wrażenia, po to, aby potem sprzedać książkę reszcie gawiedzi po cenie “masowej”. Oczywiście takie działanie miało jeszcze jakiś sens w świecie książek na drewnianej pulpie, gdzie wydawnictwo sterowało podażą i decydowało o tym, kiedy pojawiała się jaka edycja. W świecie cyfrowej dystrybucji nie sposób kontrolować podaż i tworzyć sztuczne niedobory – DRM trochę w tym pomaga, ale to rozwiązanie na krótką metę, bo przecież pirat czai się za każdym rogiem.
Klienci nie wiedzą dlaczego właściwie mają płacić ceny porównywalne z cenami książek tradycyjnych, skoro nie ma ani papieru, ani okładki, ani kosztów druku, transportu i składowania. W zasadzie cena powinna być odzwierciedleniem kosztów wytworzenia (zysk autora, redakcja, jakaś grafika na “okładkę”) i zysku dla wydawcy. Wiedząc, że wydawca nie ponosi tych wcześniej wymienionych kosztów, klienci spodziewają się znacząco niższej ceny, a gdy zaproponowana wydaje się im za wysoka, zaczynają się rozglądać za alternatywą, co w tym wypadku nie oznacza przecież, że muszą kupić wagon papieru i wybudować sobie drukarnię. Wystarczy zostać piratem.
Przy obecnych cenach czytników książek elektronicznych, gdy sam czytnik kosztuje równowartość 25-30 książek, ceny samych książek w formie elektronicznej mają, moim zdaniem, spory wpływ na szybkość adopcji tych urządzeń i nowego sposobu dystrybucji. 30 tradycyjnych książek do dla mnie kilka lat czytania, a za kilka lat czytniki i mechanizmy dystrybucji będą sporo różnić się od obecnych. To wielu zniechęca, o DRM nawet nie wspominając.
Pozostaje pytaniem, czy autorzy powinni stać po stronie wydawnictw i ich przestarzałych polityk cenowych, bo przecież to wydawnictwa płacą im pieniądze, czy jednak postulować dość radykalne zmiany. Jeden z pisarzy, który sprzedaje książki poprzez kanały cyfrowej dystrybucji, postanowił podzielić się cenną wiedzą na temat faktycznych wpływów, które otrzymuje.
Autor publikuje swoje książki na platformie cyfrowej dystrybucji firmy Amazon.com za pośrednictwem wydawnictwa stosującego dość tradycyjną politykę cenową w stosunku to wersji elektronicznych – ceny wahają się od $3,96 do $7,99. Z 5 tytułów sprzedawanych tym sposobem w ciągu 6 miesięcy sprzedało się 1237 kopii. Autor sprzedaje też 4 tytuły samodzielnie (jest ich wydawcą) także poprzez Amazon.com, oferując je w bardzo przystępnej cenie – $1,99. Te książki sprzedały się w tym samym czasie w ilości 9800 kopii. Oznacza to, że średnia sprzedaż książek tego autora w cenie $8 to 342 sztuki rocznie, a w przypadku ceny $2 jest to 4900 sztuk – 4 razy taniej skutkuje 14 razy większą sprzedażą! Przy atrakcyjnej cenie piractwo przestaje być problemem – dla większości potencjalnych klientów niska cena i łatwość dostępu do dzieła jest wystarczającym powodem, aby zakupić go od autora i nie uciekać się do innych, bardziej kłopotliwych i często nielegalnych metod.
To dość dobry przykład na to, że trzymanie się starych metod prowadzenia biznesu w dobie zmian technologicznych nie ma sensu. Próba zatrzymania zegara historii skazana jest na porażkę i pozostaje cieszyć się, że wygrają na tym ci, którzy szybko zauważą ten fakt i odpowiednio się dostosują.
Pozostałość po upadłym multiblogu Copyfight.pl, czyli domena o tej właśnie nazwie za 3 dni będzie dostępna dla każdego, kto zechce ją zarejestrować, o ile nie weźmie jej jakiś cybersquatter.
Dziś remix piosenki, którą już kiedyś prezentowałem:
Polecam policjantom i urzędnikom ze stosownego ministerstwa.
A to smaczne. HADOPI – francuskie komando, które ma zajmować się wyszukiwaniem piratów w internecie, a następnie odcinaniem ich od tegoż, popełniło małe fopa na na starcie swojej kampanii PR. Zaprezentowano logo tej nowej organizacji, które zostało stworzono z użyciem spiraconej czcionki. Autor czcionki zauważył to, jednocześnie pamiętając, że czcionka została wykonana wyłącznie do korporacyjnego użytku France Telecom/Orange, o czym nie omieszkał powiadomić świata. Hadopi desperacko szukało nowej czcionki, a FT wspaniałomyślnie zapowiedziało, że wybaczy wpadkę. Autor czcionki ponoć nie i zamierza wystąpić na drogę sądową.
Można się, oczywiście, z tego pośmiać, ale to pokazuje, że każdy z nas może (i każdy z nas jest) zostać piratem. Często nieświadomie, często bez złych intencji. O ile w tej sprawie ktoś tam się może zaczerwieni, ale z pewnością nikt HADOPI nie odetnie od internetu. My nie mamy takiego luksusu (na razie mamy, ale kto wiem, kiedy i u nas wprowadzi się te nowe wynalazki).














