Jeśli ktoś podchodzi z pewną dozą ostrożności poglądów kopyrajtowych abolicjonistów (takich, jak ja), powinien poświęcić 1,5 godziny na obejrzenie poniższego wideo, gdzie Cory Doctorow (taki kopyrajtowy liberał) opowiada o aktualnych problemach z prawem autorskim i poważnych konsekwencjach podejmowanych prób „naprawienia” tej sytuacji:
Jakiś czas temu pisałem o jednym, dla mnie dość oczywistym, rozwiązaniu problemu powstawania kosztownych produkcji gier wideo przy braku monopolu „własności intelektualnej”. Chodziło o serwis OnLive, który oferuje gry komputerowe nie jako oprogramowanie uruchamiane na naszych własnych komputerach czy konsolach, ale jako usługę uruchamianą na sprzęcie usługodawcy, z której korzystamy przez szybki internet. Byłem wtedy zdziwiony, że ktoś postanowił ten pomysł urzeczywistnić w praktyce już teraz i, przyznaję, przyjmowałem informację o nowej usłudze z pewnym sceptycyzmem. Ale serwis OnLive istnieje i działa naprawdę – oczywiście na razie w bardzo ograniczonym zakresie, ale to jest znakomity dowód, że pomysł sprawdza się w praktyce.
Oczywiście, mamy tu do czynienie z „software as a service”, czyli czymś, co zwolennikom wolnego oprogramowania może się nie podobać (i słusznie). Oczywiście, SaaS niesie ze sobą mnóstwo niebezpieczeństw, niemniej jednak, daje naprawdę sporo korzyści, które często skutecznie rekompensują niebezpieczeństwa, szczególnie w sytuacji, gdy mamy do czynienia z nieskrępowaną konkurencją pomiędzy dostawcami usług. Jak państwo zacznie się wtrącać i regulować, oczywiście w naszym interesie, to sytuacja może ulec zmianie (patrz Net Neutrality).
Niemniej jednak, dopóki jest to coś, na co godzimy się dobrowolnie, nie widzę powodu, aby się temu pryncypialnie sprzeciwiać. Tym bardziej, że pokazuje to alternatywę dla jedynie słusznego obecnie poglądu, że prawa autorski muszą istnieć, bo inaczej nie powstawałyby kosztowne produkcje.
Dziś wpis gościnny – Krzysztofa Kożuchowskiego:
Dwadzieścia lat temu, twórcy programów komputerowych cieszyli się, gdy ktoś zainteresował się wytworami ich pracy, zależało im na maksymalnych ułatwieniach w rozpowszechnianiu swojej pracy i sławy. Dzisiaj taka postawa, choć przetrwała w niektórych niszach rynkowych, traktowana jest jako dziwactwo. Żyjąc w naszym świecie ograniczonego dostępu do własności intelektualnej, nie sposób nie spostrzec trendu dalszego jej ograniczania. Proces ten zauważa, komentuje, jak również akceptuje Jordan Pollack, sławny amerykański naukowiec zajmujący się sztuczną inteligencją.
Pollack beznamiętnie konstatuje fakty:
… zmienia się sposób myślenia o własności. Własność to już nie złoto czy biżuteria, własność staje się informacją o prawie do użycia, które jest przenaszalne w sposób wykluczający jego utratę lub replikację. Jedyną różnicę między biedakiem a bogaczem – pomijając stan ich uzębienia – stanowi to, co mówią o nich komputery bankowe i brokerskie!
Kluczowe jest tutaj sprzeczne z intuicją stwierdzenie „…w sposób wykluczający jego utratę lub replikację…” oznacza ono, że przekazując innej osobie np. książkę w postaci elektronicznej, jednocześnie sami pozbawimy się do niej dostępu (tak się faktycznie dzieje tylko w przypadku przedmiotów materialnych). Dzisiejsza technologia umożliwia jednak podobne sztuczki potocznie znane pod ogólną nazwą DRM (Digital Rights Management). Jednakże przeciętny użytkownik komputera preferuje tradycyjne podejście do wymiany informacji umożliwiające jej replikację (File Sharing).
Jak widać społeczeństwo informatyczne stoi dziś na rozdrożu przyjęcia dwóch wzajemnie wykluczających się interpretacji własności intelektualnej.
Dla normalnego człowieka wybór wydaje się oczywisty: brak ograniczeń w kopiowaniu jest lepszy niż ograniczenia. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w Rajskim Ogrodzie, w którym można bez wysiłku i bez ponoszenia kosztów tworzyć kopie istniejących przedmiotów (np. można podarować komuś krzesło i nadal je mieć). Nieoczekiwanie w świecie owym pojawia się mistyk, który proponuje powrót do archaicznych idei sztucznych barier kopiowania (licencje, opłaty za kopiowanie). Oczywiście w tej nowej wizji musi pojawić się konieczny, a dotąd w rajskim świecie nieistniejący, element przemocy. (Aparat kontroli, grzywny, więzienia dla opornych, itp.) Bez wątpienia mistyk uznany zostałby za szaleńca na tej samej zasadzie, na której za szaleńca zostałby dzisiaj mistyk proponujący przymusowy powrót do archaicznych metod transportu konnego.
Jednak Pollack uważa inaczej:
Zarówno zwolennicy Digital Rights Management jaki i zwolennicy File Sharing działają przeciwko własności (rozumianej jako coś co się posiada dopóki się tego czegoś nie sprzeda). Uważam, że największym zagrożeniem dla rodzaju ludzkiego, nie są tanie roboty, ale koniec własności, czyli sytuacja, kiedy nasze książki, nagrania, filmy, programy nie będą już należeć do nas („Do nas” ma oznaczać: do autorów; przypis KK). (zob. http://www.edge.org)
W zbiorze „Nowy renesans, Granice nauki” (wydawnictwo CIS 2005) Pollack rysuje swoją wizję mrocznej (choć dla niego oczywistej, koniecznej i pożądanej) przyszłości:
… Pewnego dnia Ford przestanie być koncernem samochodowym – stanie się właścicielem praw intelektualnych, który będzie udzielał licencji na konkretne projekty uporządkowania materii. Twój T-Bird rocznik 2030 nie będzie tak naprawdę twój, jedynie na mocy licencji będziesz miał prawo przez trzy lata utrzymywać atomy w określanej konfiguracji…
W tym sprzecznym z intuicją stanowisku, które de facto pozbawia nas fizycznej własności do wszystkiego, przyszłościowy DRM zdaje się naruszać „jedynie” własność materialną, z czym „niestety trzeba będzie się pogodzić” natomiast „złowrogi” File Sharing narusza własność intelektualną, z czym „w przyszłości będzie się walczyć”.
Mam nadzieję, że karykaturalna postawa intelektualna Pollacka pozwoli niektórym na jej tle zrozumieć niegodziwość DRM. Jej zwolennicy przybliżają nas tylko do orwelowskiej totalitarnej antyutopii.
Chodzi oczywiście o klipy-parodie oparte o znany fragment filmu „Upadek„. Pojawiają się one na każdy możliwy temat i często są nawet śmieszne i dowcipne. Nikt rozsądny nie ma wątpliwości, że mamy tutaj do czynienia z dozwolonym użytkiem (fair use), który w żaden sposób nie godzi w interesy twórców filmu, a raczej stanowi jego doskonałą reklamę i sprawia, że sporo ludzi w ogóle dowiaduje się, że taki film istnieje.
Niestety, właściciele praw autorskich do filmu uznali, że godzi to w ich „własność” i uruchomili proces automatycznego usuwania tych parodii (Content ID Match). YouTube posiada odpowiedni mechanizm, który pozwala automatycznie wykrywać treść, co do której ktoś zgłasza swoje roszczenia i takie filmiki mogą być z automatu blokowane. Teraz padło na parodie z Hitlerem. Śpieszmy się je oglądać, tak szybko znikają… a Hitler nie będzie zachwycony.
Dziś mija 300 lat od wejście w życie prawa, które dało początek całego prawodawstwa dotyczącego praw autorskich. 300 lat wydaje się długo, ale gdy spojrzymy na to przez pryzmat znacznie dłuższego czasu, w którym ludzkość tworzyła dzieła obecnie uznawanie za przedmioty „własności intelektualnej”, to argument o niezbędności praw autorskich dla tworzenia nowych dzieł nie wydaje się taki znów mocny.
Oczywiście, przez te ostanie 300 lat rozwój dzieł był znacząco większy niż w całej poprzedniej historii ludzkości, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że korelacja nie oznacza przyczynowości. Miliardy stworzonych przez użytkowników dzieł, z którymi możemy obcować w tysiącach serwisów, nie powstało dlatego, że mamy wyjątkowo mocne i zachęcające do tworzenia prawa autorskie, ale raczej wbrew nim. Oraz głównie dzięki nowym technologiom, których rozwój byłby jeszcze lepszy, gdyby nie ograniczenia praw autorskich i patentowych.
















