Wczoraj była setna rocznica urodzin Roberta A. Heinleina. Pisarz science-fiction miły chyba każdemu wolnościowcowi. U mnie pojawiały się cytaty z tego klasyka:
- “Powstrzymywanie ludzi od czynienia tego, co chcą, musi być głębokim pragnieniem ludzkiego serca[...]“
- “TANSTAAFL - There Ain’t No Such Thing As A Free Lunch - Nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad[...]“
- “Zrodził się w tym kraju w umysłach pewnych grup koncept, ze skoro człowiek czy korporacja czerpali ze społeczeństwa przez kilka lat profity[...]“
A dziś cytat z RAH, ale nie polityczny:
Motyle to kwiaty z własnym napędem.
Warto odnotować jubileusz 25-lecia premiery jednego z najlepszych filmów science-fiction wszechczasów, czyli “Blade Runnera” (zwanego u nas “Łowcą androidów”).
Pogoda nie sprzyja poważnym wpisom, więc walnę teraz taki rekreacyjny, zbiorczy wpis z kategorii fantastyka. Głównie na pożytek wyszukiwarkom.
Powróćmy to Alastaira Reynoldsa, którego „Przestrzeń objawienia” bardzo chwaliłem, ale kolejne tomy trylogii już znacznie mniej. Zaliczyłem niedawno tzw. spin-off tej serii, czyli „Chasm City”. W Polsce książka ta wydana została jako „Migotliwa Wstęga”, tyle że w dwóch tomach, czyli znacznie drożej. Naprawdę wkurza mnie ten obyczaj polskich wydawców dzielenia sporych dzieł SF na więcej tomów, niż miał ich oryginał. W ten sposób oryginalna książka może kosztować nawet mniej niż jeden z takich podzielonych tomów. Ja wiem, że to sprytny sposób, aby zarobić więcej, ale bez przesady. Wracając do tematu – „Chasm City” jest świetna, wyraźny powrót do formy.
Również pozytywnie zaskoczył mnie Reynolds w innej książce – „Century Rain”. Kupiłem wydanie w sztywnych okładkach w American Bookstore, z spore pieniądze, i nie żałowałem. Jest to znakomite połączenie detektywistycznej powieści noir z lat 40-tych ubiegłego wieku z nowoczesną techniką przyszłości. Ze sporo jednak przewagą powieści detektywistycznej dziejącej się w czymś w rodzaju alternatywnej wersji naszej przeszłości. Polecam.
Nie ukrywam, że po lekturze 6-tomowej trylogii Petera F. Hamiltona, urósł on w mych oczach do aktualnego mistrza space opery. Stąd z chęcią sięgnąłem po jego inne książki. „Fallen Dragon” raczej mnie rozczarował, choć to dość solidne militarne SF, ale zabrakło w nim takiego rozmachu, jakiego się spodziewałem. Natomiast „Pandora’s Star” i kontynuacja „Judas Unchained” to Hamilton w swojej pełnej space operowej formie. Międzygwiezdna Wspólnota składająca się z setek planet połączonych bramami (wormhole’ami) „otwiera” planetę Pandory, wypuszczając na wolność agresywną rasę obcych, których jedynym celem jest zawładnięcie wszechświatem. Oprócz militarnych rozgrywek, z którymi Hamilton daje sobie znakomicie radę, mamy sporo eksploracji rozmaitych światów, trochę intryg i ponad 1500 stron do przeczytania. Tak, tak, to lubię.
Jakiś czas temu obejrzałem sobie film „Serenity” zachęcony pozytywnymi recenzjami, szczególnie tymi, które podkreślały lekko antypaństwowy charakter tego filmu. Nie byłem przekonany do koncepcji westernu SF, ale film był całkiem niezły. Kilka miesięcy później postanowiłem zapoznać się 14 odcinkami serialu „Firefly”, który był podstawą owego filmu. Warto był – serial jest znacznie lepszy. Muszę powiedzieć, że formuła westernu w serialu sprawdziła się znacznie lepiej. Postacie były znacznie lepiej zarysowane niż w filmie, całe tło także, plus ciekawe fabuły. Świetny serial, naprawdę szkoda, że został zlikwidowany właśnie po tych 14 odcinkach – czasem komercyjne decyzje amerykańskich telewizji bywają zupełnie niezrozumiałe. Jeśli ktoś jeszcze nie widział serialu i filmu, niech obejrzy je w takiej właśnie kolejności – zapewni to znacznie lepsze doznania.
Na koniec Dan Simmons. To oczywiście też jeden z autorów SF, który zna znaczenia „rozmach” w kreacji swoich światów. „Ilion” był niezmiernie zachęcający i z pewną niecierpliwością czekałem na kontynuację – „Olimp”. Niestety, doczekałem się jej w dwóch tomach, czyli drożej. Na dodatek kontynuacja jest znacznie słabsza niż tom pierwszy, co jest chyba jest dość charakterystyczne dla Simmonsa. Ale mało kto tak potrafi zaskoczyć i zachwycić pomysłami, jak Simmons – tu najbardziej urzekł mnie Eiffelbahn, czyli kolejka linowa oplatająca znaczną część Ziemi oparta o połączone kablami repliki wieży Eiffla. Lubię zagłębiać się w światy, które Simmons odważnie kreuje, ale tego odnośniki do literatury plus filozoficzne dysputy często mnie po prostu nudzą. Dziś przypadkiem wpadłem na Ilionowe Wiki, to sobie coś poczytam.
Ja tu się zachwycam “Revelation Space” Reynoldsa, a książka ta jest od dawna dostępna po polsku: “Przestrzeń objawienia“. Kto nie czytał, nie leci i kupuje. Polecam.
Zachęcony przeczytaniem znakomitej książki Alastaira Reynoldsa “Revelation Space”, skorzystałem z dostępności jego innych książek w American Bookstore i kupiłem sobie dwa tomy, które są kontynuacją pierwszej książki - “Redemption Ark” i “Absolution Gap”. I przeczytałem, a to sporo czytania, bo każda ma ponad 600 stron.
Hmm… trochę jestem rozczarowany. Kreacja świata bez zarzutu. Ale wszystko pozostałe znacznie gorsze niż w pierwszym tomie. Oczywiście, wypada przeczytać kontynuację, jeśli interesują nas losy niektórych bohaterów pierwszego tomu. Ale, poza tym, wszystko jest gorsze.
Po pierwsze akcja - najciekawsze rzeczy dzieją się gdzieś indziej, niż nasi bohaterowie właśnie przebywają. Często nawet te akcje, w których biorą bezpośredni udział, zostają przez autora pominięte i jedynie zdawkowo zrelacjonowane. Coś się w tych tomach dzieje, oczywiście, ale spodziewałem się więcej akcji. Zdecydowanie, biorąc pod uwagę rozmiar tomów.
Po drugie - postacie. Wraca trochę postaci z pierwsze cześci, co jest miłe. Pojawia się trochę nowych. No i tu jest główny problem - nie wiadomo, po co większość z nich się pojawia. Autor poświęca im sporo czasu, ale nic z tego nie wynika - równie dobrze mogłoby ich nie być. Nie ogrywają żadnej istotnej roli w fabule. Nawet jeśli miałby to być jedynie postacie tła, to zdecydowanie za dużo o nich się dowiadujemy. To rozczarowywujące, bo po coś się postacie wstawia i zarysowuje, nie tylko dlatego, aby sobie zniknęły.
Aha, zapomniałem dodać - dalsze tomy obiecywały rzucenie światła na inne frakcje ludzkości, czyli Demarchistów i Conjoinerów, bo Ultranautów poznaliśmy dość nieźle w pierwszym tomie. No cóż, owszem, autor poświęca im trochę więcej czasu niż w pierwszym tomie, ale głównie poprzez stworzenie wiodącej ekipy z różnych reprezentantów tych frakcji. Akcja generalnie toczy się poza obszarami zainteresowań owych zwaśnionych frakcji.
Ale jest dla autora nadzieja - czytam właśnie kolejną jego powieść (cholernie drogi hardcover) - “Century Rain” - i muszę powiedzieć, że się ładnie rehabilituje. Połączenie detektywistycznej historii w stylu noir z nowoczesną fantastyką. Bardzo ciekawe.
Czyli “Red Dwarf”, żadnych politycznych aluzji. Kultowy, i słusznie, serial angielski, znakomicie łączący komedię i fantastyką naukową. Właśnie skończyłem oglądać wszystkie 8 sezonów. Było warto przypomnieć sobie to, co kiedyś przyuważyłem w telewizji regionalnej. Bardzo dobre scenariusze, niezły humor, dobre aktorstwo - praktycznie cały serial opiera się na czwórce, no piątce, aktorów. Kto może, powinien poświęcić temu serialowi trochę czasu.
Mieszkanie w Warszawie ma też swoje zalety. Poza oczywistymi, czyli pracą, do zalet niewątpliwie należą sklepy, a w nich sklepy sieci American Bookstore (coś koło 7 punktów sprzedaży, np. w Arkadii i Blue City). Książki tam może nie są zbyt tanie, ale nie odbiegają specjalnie ceną od tych, które możemy kupić w naszych księgarniach. Z pewnością taniej jest kupować je tam, niż sprowadzać z Amazon.com. Co najważniejsze, są tam książki, na które trzeba będzie w Polsce jeszcze długo poczekać, o ile ukażą się w ogóle.
Wpadłem, zajrzałem na półkę z fantastyką i nie bardzo wiedziałem, co wybierać, bo tyle atrakcji. Nie mogłem kupić wszystkiego, co mnie zaciekawiło, więc na pierwszy ogień poszedł Peter F. Hamilton, znany z opisywanego przeze mnie cyklu “Night’s Dawn”. Zachęcony tą trylogią, nawiasem mówiąc, dostępną w całości w sklepach American Bookstore, wybrałem nową powieść tegoż autora - “Pandora’s Star” - także space operę. Wiadomo przynajmniej za co się płaci - prawie 1000 stron solidnego czytania. Niestety, czego powinieniem się spodziewać, historia nie kończy się na tym tomie i na jej zakończenie - “Judas Unchained” - będę musiał sobie jeszcze poczekać, gdyż premiera wersji paperback ma być w październiku tego roku. A niech to!
Oczywiście warto było książkę kupić i przeczytać, szczególnie jeśli jest się fanem space opery, a za takiego definitywnie się uważam. Jest galaktyczny konflikt, tajemniczy obcy, spisek i rozwinięta ziemska cywilizacja. Zdziebko za dużo polityki, a właściwie opisów politycznych knowań, ale poza tym czyta się tę cegłę całkiem gładko. I z niecierpliwieniem czekam na dalszy ciąg.
Czas oczekiwania umilą mi 2 dalsze tomy (”Redemption Ark” i “Absolution Gap”) serii, której pierwszy tom - “Revelation Space” - ściągnięty torrentem, bardzo mnie zaciekawił. Zdecydowanie książek mi w Warszawie nie zabraknie, nawet bez uciekania się do nielegalnego ściągania ich wersji elektronicznych.
Larry Niven popełnił czwarty tom cyklu Ringwold (Pierścień) pod tytułem “Ringworld’s Children”. O ile pierwsze dwa tomy bardzo mi się podobały, a trzeci znacznie rozczarował, szczególnie z powodu nadmiernego koncentrowania się autora (i bohaterów) na uprawianiu międzygatunkowych stosunków seksualnych, to czwarty tom za to wcale nie jest lepszy.
Odmłodzony Louis Wu i ekipa, ograniczona praktycznie do towarzyszącego mu Kzina przez jakieś 2/3 tomu sprawia wrażenie widzów niesamowicie szybkich wydarzeń, których motorem są Protektorzy broniący Pierścienia przed zagładą, tym razem z rąk rywalizujących o niego cywilizacji, w tym ziemskiej. Jak się należy domyślać, jakoś dają sobie radę.
Co do rozczarowania, to głównie brakuje tego, co podobało mi się w poprzednich tomach najbardziej - eksploracji fantastycznego świata. Niech już będzie ten seks pomiędzy hominidami różnych gatunków, ale przynajmniej niech poznamy trochę nowych miejsc i mieszkańców. A tutaj praktycznie nic. Dopiero w finalnej 1/3, gdy Louis Wu bierze trochę sprawy w swoje ręce, poznajemy trochę nowych lokacji i książka przestaje być dość lakoniczną relacją z tego, co wyprawiają superszybcy, supersilni i superinteligetni Protektorzy.
Nie jest to, niestety, powrót do formy pierwszych tomów, na co w duchu liczyłem.
Bardzo zabawny filmik Grocery STORE WARS. Produkty organiczne wszczynają rebelię przeciwko złemu imperium sztucznych/sztucznie wzmacnianych produktów. Jest wersja streamowana, ale też można sobie filmik najpierw ściągnąć.
Całość na licencji Creative Commons. I to mi się podoba.
Zachęcony świetną space operą Hamiltona, o której pisałem wcześniej, zaguglowałem sobie trochę i wyszukałem innych potencjalnych kandydatów do przeczytania w ramach tego gatunku. Ponieważ nie są to książki wydawane zbyt często na naszym rynku, wiedziałem, że trzeba będzie poszukać innymi, nowocześniejszymi sposobami niż transport przez ocean zadrukowanych prostopadłościanów z papki drzewnej. Coś tam się znalazło. Niestety, papier wciąż się przydał, bo czytanie z ekranu jest niewygodne, a sprytopapier (to powinno być polskie tłumaczenie e-ink, czy e-paper) jest wciąż mało rozpowszechniony.
Zacząłem od przeczytania “Revelation Space” autorstwa Alistaira Reynoldsa. Recenzje były bardzo zachęcające, a sama książka okazała się bardzo ciekawa. Nie jest to może klasyczna space opera, gdyż jest dość kameralna, jeśli chodzi o rozmiar akcji. Nie, dzieje się w niej bardzo dużo, ale nie ma podróży przez galaktyki, wielkich bitew kosmicznych i konfliktów obcych cywilizacji. Pod tym właśnie względem książka jest kameralna - śledzimy losy zaledwie trójki bohaterów i kilkorga towarzyszących im osób, ale ich efekty ich działań mają galaktyczną skalę. Ten pozorny brak rozmachu jest konsekwencją pewnego technologicznego zabiegu, na który zdecydował się autor. Mianowicie, w tym świecie przyszłości, zaawansowanych technologii, lotów kosmicznych, kolonizacji, nanotechniki, itp. nie istnieje kosmiczne podróżowanie z prędkością większą od prędkości światła (nie ma FTL travel, czy faster than light travel). Loty międzyukładowe odbywają się gigantycznymi statkami (bohaterowie podróżują statkiem o wdzięcznej nazwie “Nostalgia za nieskończonością”), które osiągają prędkość bliską prędkości światła, ale jednak poniżej. Z tego powodu ludzkość opanowała technologie przedłużania życia i hibernacji, aby móc korzystać z podróży międzygwiezdnych trawających nierzadko dziesiątki lat.
Z obcych cywilizacji zostały jedynie ruiny oraz kosmiczne artefakty o niezłębionym działaniu. Jak się okazuje w finale, wszystko to ma jednak właściwe wytłumaczenie. Powieść ma dość mroczny charakter, jednak bardziej cyberpunkowy niż gotycki - poza lotami kosmicznymi technologia posunęła się dość sporo do przodu.
Śledzimy losy archeologa badającego pozostałości zaginionej przed setką tysięcy lat cywilizacji obcych, najemnej zabójczyni, która ma go zgładzić, oraz kobiety dowodzącej (wraz w z dwójką towarzyszy - to triumwirat) olbrzymim, czterokilometrowym statkiem kosmicznym, która ma interes do wcześniej wymienionej dwójki. Ekipy dopełniają: żona archeologa, komputerowa symulacja jego ojca, komputerowa symulacja zleceniodawcy zabójstwa, pozostali triumwirzy i kilku załogantów. No i tajemnicza plaga, pochłaniająca powoli statek i zahibernowanego kapitana, oraz obcy wirus starający się opanować statek i wielki skład broni o olbrzymiej sile rażenia na jego pokładzie. Trup lekko się ściele, jest trochę potyczek i strzelanin. No i, jak napisałem wcześniej, nie brakuje olbrzymich artefaktów obcego pochodzenia, szczególnie w finale.
Jeśli ktoś zna angielski, polecam. Niezła lektura. A kto nie zna angielskiego, może przeczytać po polsku.
















