Trzy błędne założenia które czynią cały filmik nielogiczny i niespójny:
1) raz powstała definicja nigdy nie może być zmieniona. Niezależnie od tego czy jej pierwotne założenie jest już dawno przedawnione z powodu postępu i czy powstały nowe definicje.
2) Przyjmując że idea nie jest zasobem rzadkim (o ilości skończonej), przyjmuje że w dowolnym momencie istnieje nieskończona ilość idei. W ten sposób podważa własny argument o braku postępu z powodu prawa patentowego gdyż nie można mówić o istnieniu lub braku postępu, skoro dowolna idea już istnieje.
3) Błędnym założeniem jest też że koszt powstania idei nie istnieje a jedyny koszt to powielanie idei. Jest to myślenie życzeniowe które prowadzi do typowego sofizmatu i argumentów „A gdybyśmy żyli w świecie w którym…” (… słonie byłyby żyrafami).
Jednym z fragmentów który mnie rozbawił najbardziej było stwierdzenie że „nie ma postępu bo firmy nie wymyślają nowych ideii tylko zbierają kasę z patentu na ideę którą już posiadają”, by po chwili dodać „firmy prześcigają się w wymyślaniu ideii żeby je opatentować”.
Nie wiem, co w tym fragmencie zabawnego. Często jest tak, że korporacje utajniają (i nie patentują, żeby nie ujawniać) technologie, nad którymi pracują, natomiast intensywnie patentują obszary, nad którymi pracuje konkurencja, lub obszary, w których węszą potencjał zagrażający im bezpośrednio. Oto chodzi w tym „wyścigu idei”. Nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek postępem czy rozwojem. Mój szwagier, chemik, pracował dla dużego koncernu chemicznego w Europie. Razem z kolegę odkryli innowacyjną metodą wytwarzania środka chemicznego szeroko stosowanego w przemyśle oraz farmacji. Firma, dla której pracowali, opatentowała ten wynalazek, ale nie dlatego, że chciała wdrożyć technologię. Tej firmie bardziej opłacało się zablokować innych, gdyż sama właśnie wydała kupę kasy na starą linię. To tylko jeden z zyliona scenariusz potencjalnego wykorzystania prawa patentowego. Być może intencje twórców tego prawa były szlachetne, ale efekty są tragiczne – zawsze tak jest, gdy ktoś chce robić światu „dobrze” i go „poprawiać”.
A co do pozostałych 3 pkt, to nie do końca łapie, o co ci chodzi. Jasne, że definicje mogą się zmieniać (a wraz z nimi postrzeganie świata) w wyniku odkryć naukowych. System ptolemejski a kopernikański i takie tam. Ale jak to się ma do „własności” intelektualnej – nie wiem.
Pkt 2 nie rozumiem.
„Błędnym założeniem jest też że koszt powstania idei nie istnieje a jedyny koszt to powielanie idei.”
Co to jest „koszt powstania idei”? Chodzi o twój wysiłek czy kapitał potrzebny do rozpoczęcia badań? Jeżeli o twój wysiłek, to sorry, ale to, że ty się napracowałeś, nijak się ma do tego, że należy ci się za te prace zapłata. Włożony w coś wysiłek nie implikuje odebrania zapłaty.
A co do kapitału potrzebnego na starcie, to po pierwsze, większość przełomowych wynalazków została wynaleziona przypadkiem (żeby daleko nie szukać – narkoza) i co więcej w kilku miejsca jednocześnie przez kilku różnych ludzi (koło, kamera filmowa, trójpolówka, kropka w rachunku dziesiętnym, pismo, geometria różniczkowa, rachunek algebraiczny, radio… no mógłbym wyliczać przez cały dzień), a po drugie – zawsze może pójść ze swoją ideą do bogatego sponsora, który wyłoży ten milionik czy dwa, żebyś sobie popracował. Kwestia innego, alternatywnego modelu biznesowego, który na 100% rozwinąłby się w świecie bez monopolu patentowego. Nie ma sensu straszyć ciemny lud, że gdyby nie patenty, to cofnęlibyśmy się do epoki średniowiecza, bo to argument z cyklu tych najprymitywniejszych z katalogu socjalistów (coś w stylu: „Bez przymusu emerytalnego ludzie będą umierać pod płotem, albo pod kościołem”).
Poza tym zadaj sobie pytanie, co w prawie patentowym takiego niby naturalnego i sprawiedliwego i czym różni się ono od taryf celnych czy narzuconego ustawowo monopolu?
Wg mnie niczym.
Sytuacja z patentem jest analogiczna do następującej: znalazłeś idealne miejsce na otwarcie sklepu. Brak konkurencji i dużo klientów. Już w głowie liczysz zyski ze swojego pomysłu. Zaczynasz budować sklep, a tu ktoś bezczelnie „skopiował” twój pomysł i stawia sklep po drugiej stronie ulicy. I nagle zyski topnieją o połowę (albo i więcej aż do średniej stopy zwrotu na rynku). Czujesz się okradziony i biegniesz do państwa, prosząc o pomoc i ustanowienie monopolu (np. wymóg spełnienia jakichś tam z dupy wziętych „standardów”, które ty oczywiście spełniasz). W efekcie siłą zmuszasz tamtego, żeby ci nie robił konkurencji, bo ty jako pierwszy wpadłeś na pomysł postawienia sklepu i to ty włożyłeś w to wysiłek, zainwestowałeś kupę środków i teraz się nie zwrócą, a tamten tylko ordynarnie skopiował. Ba, twierdzisz więcej: jak państwo nie będzie przyznawać nikomu ochrony tego typu, to świadomość takiej możliwości spowoduje, że nikt nigdy nie postawi żadnego sklepu i cofniemy się do paleolitu.
Czy to rozumowanie ma jakikolwiek sens?
@kawador:
„…to, że ty się napracowałeś, nijak się ma do tego, że należy ci się za te prace zapłata. Włożony w coś wysiłek nie implikuje odebrania zapłaty…”
To zależy od punktu widzenia. Laborystyczna teoria Karola Marksa mówi coś dokładnie odwrotnego
Jak powołujesz się na Marksa, to albo się zabij albo spuścimy KelThuza.
Laborystyczna teoria Karola Marksa mówi coś dokładnie odwrotnego
Dla mnie Marks i jego teorie, nazwijmy to, ekonomiczne to jest religia, a nie nauka, w dodatku religia, której co rusz trzeba robić upgrade, inaczej się wysypie. Jeśli jesteś „wyznawcą pracy”, to możesz oczywiście wyceniać swoje towary wedle godzin pracy, jakie poświeciłeś na ich wykonanie, ale to ci raczej nie przysporzy klientów (no chyba że oni również będą „wyznawcami pracy”). Przy czym nawet wtedy cena nie będzie pochodną samej pracy, a jedynie pochodną metafizycznej/religijnej wartości, jaką przypisałeś wykonanej przez siebie robocie. To jest moim skromnym zdaniem absurd i niewiele ma wspólnego z poważną nauką.
@kawador
Przepraszam, ale chyba kogoś tu przeceniłem.
Moja wypowiedź miała być odebrana jako żartobliwa, ironiczna i z akcentem humorystycznym.
Pozdrawiam.
Wiem.
Ale inni mogli nie wiedzieć
„Laborystyczna teoria Karola Marksa mówi coś dokładnie odwrotnego.”
To znaczy co?
Sarek3:
Masz problem z negacją dwóch zdań?
Czy też może google nie zwracają u Ciebie wyników dla hasła „Laborystyczna teoria Karola Marksa”?
Dodaj swój komentarz
Jeśli komentarz nie ukaże się pod wpisem, to oznacza, że został zatrzymany do moderacji.
master_craftsman: negocjacje mają zasadność tylko wtedy, kiedy są…przymusowe dla wszystkich =) tzn „przymusowe” – jak nie akceptujesz, to jesteś poza...
Andrzej Bućko: Fajna zabawa nic więcej. Osobiście widziałem już multum takich usług. Nie wiem jak sprawa wygląda np. w stanach, ale w Polsce życzę powodzenia osobie, która...
Jarek: W PRL też był podatek dochodowy dla prywaciarzy.
Ahk4iePaiv8u: Podatek dochodowy obowiązuje od połowy 1991 roku. Czyli Electro Body ( początek 1992 ) „spóźniło” się raptem nieco ponad pół roku na okres...
Maciej Miąsik: Były, były. Podatek dochodowy płaciłem, zus także, VATu nie było, ale był podatek obrotowy. Fakt, że wielkość tych podatków oraz luz prowadzenia działalności był...
Trzy błędne założenia które czynią cały filmik nielogiczny i niespójny:
1) raz powstała definicja nigdy nie może być zmieniona. Niezależnie od tego czy jej pierwotne założenie jest już dawno przedawnione z powodu postępu i czy powstały nowe definicje.
2) Przyjmując że idea nie jest zasobem rzadkim (o ilości skończonej), przyjmuje że w dowolnym momencie istnieje nieskończona ilość idei. W ten sposób podważa własny argument o braku postępu z powodu prawa patentowego gdyż nie można mówić o istnieniu lub braku postępu, skoro dowolna idea już istnieje.
3) Błędnym założeniem jest też że koszt powstania idei nie istnieje a jedyny koszt to powielanie idei. Jest to myślenie życzeniowe które prowadzi do typowego sofizmatu i argumentów „A gdybyśmy żyli w świecie w którym…” (… słonie byłyby żyrafami).
Jednym z fragmentów który mnie rozbawił najbardziej było stwierdzenie że „nie ma postępu bo firmy nie wymyślają nowych ideii tylko zbierają kasę z patentu na ideę którą już posiadają”, by po chwili dodać „firmy prześcigają się w wymyślaniu ideii żeby je opatentować”.
Nie wiem, co w tym fragmencie zabawnego. Często jest tak, że korporacje utajniają (i nie patentują, żeby nie ujawniać) technologie, nad którymi pracują, natomiast intensywnie patentują obszary, nad którymi pracuje konkurencja, lub obszary, w których węszą potencjał zagrażający im bezpośrednio. Oto chodzi w tym „wyścigu idei”. Nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek postępem czy rozwojem. Mój szwagier, chemik, pracował dla dużego koncernu chemicznego w Europie. Razem z kolegę odkryli innowacyjną metodą wytwarzania środka chemicznego szeroko stosowanego w przemyśle oraz farmacji. Firma, dla której pracowali, opatentowała ten wynalazek, ale nie dlatego, że chciała wdrożyć technologię. Tej firmie bardziej opłacało się zablokować innych, gdyż sama właśnie wydała kupę kasy na starą linię. To tylko jeden z zyliona scenariusz potencjalnego wykorzystania prawa patentowego. Być może intencje twórców tego prawa były szlachetne, ale efekty są tragiczne – zawsze tak jest, gdy ktoś chce robić światu „dobrze” i go „poprawiać”.
A co do pozostałych 3 pkt, to nie do końca łapie, o co ci chodzi. Jasne, że definicje mogą się zmieniać (a wraz z nimi postrzeganie świata) w wyniku odkryć naukowych. System ptolemejski a kopernikański i takie tam. Ale jak to się ma do „własności” intelektualnej – nie wiem.
Pkt 2 nie rozumiem.
„Błędnym założeniem jest też że koszt powstania idei nie istnieje a jedyny koszt to powielanie idei.”
Co to jest „koszt powstania idei”? Chodzi o twój wysiłek czy kapitał potrzebny do rozpoczęcia badań? Jeżeli o twój wysiłek, to sorry, ale to, że ty się napracowałeś, nijak się ma do tego, że należy ci się za te prace zapłata. Włożony w coś wysiłek nie implikuje odebrania zapłaty.
A co do kapitału potrzebnego na starcie, to po pierwsze, większość przełomowych wynalazków została wynaleziona przypadkiem (żeby daleko nie szukać – narkoza) i co więcej w kilku miejsca jednocześnie przez kilku różnych ludzi (koło, kamera filmowa, trójpolówka, kropka w rachunku dziesiętnym, pismo, geometria różniczkowa, rachunek algebraiczny, radio… no mógłbym wyliczać przez cały dzień), a po drugie – zawsze może pójść ze swoją ideą do bogatego sponsora, który wyłoży ten milionik czy dwa, żebyś sobie popracował. Kwestia innego, alternatywnego modelu biznesowego, który na 100% rozwinąłby się w świecie bez monopolu patentowego. Nie ma sensu straszyć ciemny lud, że gdyby nie patenty, to cofnęlibyśmy się do epoki średniowiecza, bo to argument z cyklu tych najprymitywniejszych z katalogu socjalistów (coś w stylu: „Bez przymusu emerytalnego ludzie będą umierać pod płotem, albo pod kościołem”).
Poza tym zadaj sobie pytanie, co w prawie patentowym takiego niby naturalnego i sprawiedliwego i czym różni się ono od taryf celnych czy narzuconego ustawowo monopolu?
Wg mnie niczym.
Sytuacja z patentem jest analogiczna do następującej: znalazłeś idealne miejsce na otwarcie sklepu. Brak konkurencji i dużo klientów. Już w głowie liczysz zyski ze swojego pomysłu. Zaczynasz budować sklep, a tu ktoś bezczelnie „skopiował” twój pomysł i stawia sklep po drugiej stronie ulicy. I nagle zyski topnieją o połowę (albo i więcej aż do średniej stopy zwrotu na rynku). Czujesz się okradziony i biegniesz do państwa, prosząc o pomoc i ustanowienie monopolu (np. wymóg spełnienia jakichś tam z dupy wziętych „standardów”, które ty oczywiście spełniasz). W efekcie siłą zmuszasz tamtego, żeby ci nie robił konkurencji, bo ty jako pierwszy wpadłeś na pomysł postawienia sklepu i to ty włożyłeś w to wysiłek, zainwestowałeś kupę środków i teraz się nie zwrócą, a tamten tylko ordynarnie skopiował. Ba, twierdzisz więcej: jak państwo nie będzie przyznawać nikomu ochrony tego typu, to świadomość takiej możliwości spowoduje, że nikt nigdy nie postawi żadnego sklepu i cofniemy się do paleolitu.
Czy to rozumowanie ma jakikolwiek sens?
@kawador:
„…to, że ty się napracowałeś, nijak się ma do tego, że należy ci się za te prace zapłata. Włożony w coś wysiłek nie implikuje odebrania zapłaty…”
To zależy od punktu widzenia. Laborystyczna teoria Karola Marksa mówi coś dokładnie odwrotnego
Jak powołujesz się na Marksa, to albo się zabij albo spuścimy KelThuza.
Laborystyczna teoria Karola Marksa mówi coś dokładnie odwrotnego
Dla mnie Marks i jego teorie, nazwijmy to, ekonomiczne to jest religia, a nie nauka, w dodatku religia, której co rusz trzeba robić upgrade, inaczej się wysypie. Jeśli jesteś „wyznawcą pracy”, to możesz oczywiście wyceniać swoje towary wedle godzin pracy, jakie poświeciłeś na ich wykonanie, ale to ci raczej nie przysporzy klientów (no chyba że oni również będą „wyznawcami pracy”). Przy czym nawet wtedy cena nie będzie pochodną samej pracy, a jedynie pochodną metafizycznej/religijnej wartości, jaką przypisałeś wykonanej przez siebie robocie. To jest moim skromnym zdaniem absurd i niewiele ma wspólnego z poważną nauką.
@kawador
Przepraszam, ale chyba kogoś tu przeceniłem.
Moja wypowiedź miała być odebrana jako żartobliwa, ironiczna i z akcentem humorystycznym.
Pozdrawiam.
Wiem.
Ale inni mogli nie wiedzieć
„Laborystyczna teoria Karola Marksa mówi coś dokładnie odwrotnego.”
To znaczy co?
Sarek3:
Masz problem z negacją dwóch zdań?
Czy też może google nie zwracają u Ciebie wyników dla hasła „Laborystyczna teoria Karola Marksa”?
Jeśli komentarz nie ukaże się pod wpisem, to oznacza, że został zatrzymany do moderacji.