Damy sobie radę

Wyobraź sobie następującą sytuację. Jesteś młody, wysportowany, sprawny, ba, jesteś nawet wyszkolonym żołnierzem, który poznał smak prawdziwej wojny. Idziesz ze swoją żoną do kina, aby się odrobinę rozerwać. W kinie bywa różnie, bo przecież towarzystwa się nie wybiera, więc czasem trafi się jakieś bydło, które nie umie się na filmie zachować. Zapłaciłeś za bilet i chcesz spokojnie obejrzeć film. Zwracasz gówniarzerii uwagę, ale ta nie bardzo chce słuchać, bo czuje się w grupie pewnie. Dopiero interwencja pracowników kina sprawia, że towarzystwo opuszcza seans i możesz obejrzeć film spokojnie. Zapominasz o sprawie.

Niestety, banda wyrostków nie zapomina. I tak nie ma nic lepszego do roboty. Czeka więc cierpliwie aż wyjdziesz z kina. I wtedy cała grupa atakuje. Padasz pod ciosami. Bandyci nie zadowalają się spuszczeniem ci łomotu, ale jeden z nich atakuje także twoją żonę, nokautując ją celnym ciosem.

Nagle atak kończy się, wyrostki rozbiegają się. Pojawia się policja, oczywiście za późno (gdyby byli na miejscu, nie doszło by do tego zdarzenia, bo bandyci nie atakują, gdy policja jest na miejscu), ale przynajmniej udaje im złapać kilku nastolatków.

Taką, mniej więcej, historię opowiada poniższe wideo:

Na samy końcu pada kluczowa informacja, która pozwala lepiej zrozumieć to, co się wydarzyło. Otóż napastnicy nie dlatego zrezygnowali z ataku na parę, bo się zmęczyli, czy znudzili. Jeden z postronnych świadków, jak się go określa – dobry Samarytanin – ruszył do swego samochodu, wyciągnął z niego pistolet i pokazał go napastnikom. Dopiero to spowodowało, że bandyci przestali atakować i zaczęli salwować się ucieczką.

Nie pomogła więc młodość, siła, a nawet wojskowe wyszkolenie. Potrzebny był ktoś z boku, kto miał narzędzie, które pozwoliło mu sprawnie zmierzyć się z dwudziestoosobową bandą, z którą nie miał szans nieuzbrojony marine.

Ale, po co nam broń, przecież zawsze damy sobie radę, no nie? Poza tym, przecież jest bezpiecznie, taka historia nie ma prawa wydarzyć się w naszym spokojnym kraju.

Akurat.


Komentarze (45)

Eee tam. Był jakiś taki film, na którym zdrowy/młody/piękny po powrocie z woja idzie do kina z dziewczyną, potem napadają ich bandyci, a dzielny wyszkolony chłopiec sobie z nimi radzi gołymi rękoma, aż jednemu przyłożył za mocno i tamten skręcił kark. Bandyci uciekają, oprócz tego martwego naturalnie, przyjezdza policja, chłopak idzie do kicia na iles tam lat i tam dalej intryga się snuje..

Przedstawia Pan pewną uproszczoną sytuację, Panie Maćku, w ten sposób, żeby uzasadniała ideę zasadniczo słuszną, ale przedstawienie tego w ten sposób robi niepotrzebny szum.
Można przecież dowodzić, że owe wyrostki, przynajmniej teoretycznie, nie miały pistoletów, bo broń była zakazana, a gdyby miały, boby nie była, to by zaciukały naszego dzielnego wojaka i jego pannę. A tak to broń była zakazana, dlatego zatem żołnierz miał, a bandyci nie, itd.
To jest pewne nieobiektywne uproszczenie jakie Pan tu stosuje. Filmik mógłby posiadać równie dobrze ścieżkę dźwiękową uzasadniającą stanowisko dokładnie odwrotne do Pańskiego. „Poprawną politycznie”, w zgodzie z „demokracją”, „nieagresją” itp. Albo ścieżkę z której wynikaloby jasno że najlepiej dla młodego człowieka jest zostać „żołnierzem, żołnierzem”, jak to peerelowska piosenka jedna leciała, bo żołnierz nie ma w życiu źle itp.
Albo uzasadnienie z którego wynikałoby, że należy podnieść podatki, bo policja nie daje rady i musi ich być więcej, żeby obstawiali kina. Żeby wszystkim żyło się lepiej, pardon, bezpieczniej.

Pojmuję Pańskie intencje, i w większości się z nimi zgadzam, ale cel nie uświęca środków. A ci, którzy nie pojmują, jeżeli później obejrzą ten sam lub podobny filmik „lansujący” jedną z hipotetycznych ściem jakie ja z kolei opisałem – pomyślą że Pan chciał ich oszukać, a autorzy hipotetycznej ściemy jaką ja opisałem – mieli rację.
Ale może przeczytają ten mój komentarz pod spodem, i zmusi ich to do myślenia :)

ukłony :)


Możemy sobie to interpretować do woli, ale film ten opowiada o obiektywnych faktach.

Fakt #1: Bandyci nie mieli broni, choć to USA – nie zawsze prawo do posiadania broni oznacza, że się ją ma. Nie każdy atak w USA jest atakiem z użyciem broni.

Fakt #2: Żołnierz nie dał rady. To fakt, przeczący tezie, że jak jesteśmy zbyczeni, znamy krawmagi, to jesteśmy bezpieczni, więc wystarczy siłka i sterydy, po co nam klamki.

Fakt #3: Atak przerwał dopiero uzbrojony świadek. W sytuacji, gdy świadkowie nie są uzbrojeni, nie ma co liczyć na dobrych Samarytan. Na pewno w Polsce nikt by palcem w bucie nie kiwnął.

Policja nie da rady niezależnie ile dostanie kasy – sam jesteś swoją pierwszą linią obrony. Czy je tego już gdzieś nie pisałem?


Niezależnie od obiektywnego faktu, że pozbawienie ludzi prawa do broni / odzwyczajenie ich od świata w którym ona istnieje, był kurestwem, dzisiejszy problem polega na tym, żeby ich na nowo do niej przyzwyczaić, a nie na tym, żeby po przyzwyczajeniu normalnego człowieka lub zwierzaka ( poprzez działanie sił trzecich posiadających złe intencje ) do – powiedzmy – wyżywienia się ziarnkiem ryżu, posadzić go w obliczu beczki żeby się nażarł i zdechł z przejedzenia, a tak by się prawdopodobnie stało. Zakaz posiadania broni to nie podatek dochodowy, żeby go można było wziąć, zlikwidować, i żeby zaraz było dobrze.. Tak sobie kombinuję, że aby to miało sens, i żeby wykluczyć jakieś nadużycia, trzeba by najpierw jednoznacznie wyznaczyć pewne ekstremum tj absolutną i całkowitą, nieodkładalną likwidację tego zakazu po upływie skończonego długiego czasu, powiedzmy wstępnie czterech lat, a następnie przez te cztery lata zbliżać się do efektu krok po kroku, tak żeby zindoktrynowane poprawnością polityczną społeczeństwo nie dostało amoku. Tak sobie myślę, że jakiś uczciwy projekt, to musiałby dokładnie i nieurchronnie tę ostateczną likwidację określić. W ten niwelujemy również masę innych kontr-argumentów. W praktyce, w takim układzie NAWET GDYBY jakiś bandyta radośnie zaplanował sobie, że on przeczeka jakoś te – powiedzmy – cztery lata olewając i „nie przyzwyczajając się”, a potem jak już będzie po karencji, to radośnie poleci i kupi RPG, to pewnym NATURALNYM BIEGIEM RZECZY ta jego „koncepcja” zweryfikowałaby się równie samoistnie co nieuchronnie. Sam czas to odrębna kwestia, może np. 8 lat, żeby wykluczyć jakieś wyborcze przepychanki? Albo 20 lat tj jakaś tam umowna „długość” życia jednego pokolenia, czy jak to tam? Albo np. założenie, że niech to będzie 20 lat i po 20 latach od dziś zakaz przestanie obowiązywać, ale z zastrzeżeniem że okres karencji w miarę rozwoju sytuacji można SKRÓCIĆ ale NIE WYDŁUŻYĆ? Jakoś tak..


ble, źle zamknąłem taga :)



Ja jestem zwolennikiem dostępu do broni, czyli przeciwnikiem przymusu jej nieposiadania. Natomiast nie będę zwolennikiem przymusu posiadania. Jak ktoś nie chce, boi się, nie lubi, albo wierzy w swoje pięści, to nie zamierzam go tej wolności pozbawiać.


Wątpiącym w sens zniesienia zakazu posiadania broni polecam film „Funny Games” z 1997 roku, oraz zastanowienie się nad odpowiedzią na pytanie jakie ten film zadaje. Film jest wyjątkowo drastycznym, szokującym wyrazem ( o ile mogę wyrokować co poeta miał namyśli ) bezradnej, rozpaczliwej beznadziei pt. „Dlaczego jest tak źle chociaż powinno być dobrze?”. Nawet hipotetycznie najgorszy przebieg wydarzeń jaki mógłby mieć miejsce w wyniku ewentualnych negatywnych konsekwencji posiadania broni w domu, byłby, jak sądzę, lepszy, od przebiegu jaki wyznacza scenariusz. Dla ludzi o mocnych nerwach, nie wymagający jednocześnie mocnego żołądka, ewentualnie dla kompletnych betonów-ciemniaków nie kumających gdzie góra a gdzie dół – tych pierwszych o mocnych nerwach prawdopodobnie przekona, a tym drugim nie zniszczy psychiki. Ja się uważam za twardziela, ale szczerze mówiąc nie wiem czy mam chęć obejrzeć remake z 2007.. ( scenariusz ten sam, pierwsza wersja oryginalna, niemieckojęzyczna, remake anglojęzyczny z innymi aktorami )
Sugeruję nie zapoznawać się bliżej z góry z dokładnym przebiegiem fabuły..

http://www.imdb.com/title/tt0119167/

http://www.imdb.com/title/tt0808279/

brr.


„nie wiem czy mam chęć obejrzeć remake z 2007..”

nie warto. oryginał lepszy – mimo iż fabularnie niczym nie różni sie od remake’u.


Będę złośliwy i zapytam „dlaczego żaden z tych wyrostków nie miał przy sobie broni ?”. Czytając komentarze z tego bloga można odnieść wrażenie, że statystycznie to co najmniej połowa z tych „bandytów” powinna być uzbrojona po zęby :)

Po za tym to tylko pojedynczy przypadek. Zadałem sobie ten trud i na tym samym serwisie (abc.news) znalazłem z dzisiaj 5 news’ów powiązanych z bronią. 14 latek zginął od kuli wystrzelonej z po za jego domu. 10 latek zastrzelił matkę z .22. Mąż zabił żonę strzałem w głowę. Jakiś murzyn napadł na sklep i sterroryzował bronią obsługę. Aresztowano kobietę oskarżaną o współudział w strzelaninie na parkingu.
To są newsy z dzisiaj i tylko z kilku miast. Więcej mi się już nie chciało :)

Czy każdy z tych news’ów czegoś dowodzi ? Moim zdaniem nie. Ale patrząc na to całościowo, skoro w US mają jednego dnia tyle news’ów związanych z bronią, a u nas się słyszy o tym raz na ruski miesiąc, to chyba warto się zastanowić czy warto zamieniać „może mnie w ciągu 50 lat raz napadną a ja się nie obronię”, na „cholera zapomniałem wziąć broni… byle dojść do samochodu” .

I tak zupełnie przy okazji, jest też news, że Iowa od nowego roku pozwala na noszenie odkrytej broni :)


Ciekawe że wp wyciął mi tag :) Na końcu drugiego zdania było „evil grin” :)


Lewackie media zazwyczaj nie pokazują broni z dobrej strony, a u nas w TV zawsze lecą tematy zastępcze.

http://www.karasmierci.info.pl/mord.html


@ed “Ale patrząc na to całościowo, skoro w US mają jednego dnia tyle news’ów związanych z bronią, a u nas się słyszy o tym raz na ruski miesiąc, to chyba warto się zastanowić czy warto zamieniać „może mnie w ciągu 50 lat raz napadną a ja się nie obronię”, na „cholera zapomniałem wziąć broni… byle dojść do samochodu”.”

Nikt nie neguje, że w kraju, gdzie stosunkowo mało ludzi ma broń prawdopodobieństwo, że zginiesz akurat od kuli jest mniejsze. Jakie to jednak ma znaczenie, kiedy napastnik ma do wyboru setki innych – legalnych i łatwych do zdobycia – narzędzi, którymi może pozbawić życia bezbronną ofiarę? Żeby być rzetelnym w dyskusji, na zbrodnie należałoby spojrzeć właśnie całościowo a nie wyławiać wyłącznie zbrodnie z użyciem broni i nagłaśniać je w szczególny sposób, tak jak to permanentnie i cynicznie robią lewacy.


jest rzeczą znamienną, że jeszcze nie spotkałem osoby, która podałaby mi sensowne argumenty przeciw broni palnej – prócz naturalnie takich, które wypływają z podsycanego strachem przeświadczenia, że „guns kill people”.

tymczasem to nie „guns kill people”, ale „poeple kill people – with guns”

różnica jest ogromna.

ale po kolei.

poniżej przedstawiam DWA OBIEKTYWNE FAKTY:

1. W USA broń jest powszechnie dostępna, a liczba morderstw z jej użyciem duża (podobnie jak duża jest liczba nagłaśnianych przypadków strzelanin, napadów itp)

2. W III RP broń jest słabo dostępna, a liczba morderstw z jej użyciem stosunkowo niewielka.

to są FAKTY.

teraz INTERPRETACJE FAKTÓW:

1. W USA broń jest powszechnie dostępna, CO POWODUJE, że liczba morderstw z jej użyciem jest duża, podczas gdy w III RP broni jest niewiele, A CO ZA TYM IDZIE – niewiele jest przemocy z jej użyciem.

jak widać z faktu, że w jednym kraju jest więcej broni, a w drugim mniej wyprowadziłem związek przyczynowy, jakoby broń palna prowadziła do intensyfikacji przemocy. dokonałem INTERPRETACJI – intuicyjnej, niewymagającej żadnej głębszej refleksji.

niestety takie rozumowanie zawsze albo prawei zawsze prowadzi do wyciągania całkowicie błednych wniosków.

jeśli chce się bowiem dokonać wyboru jednej spośród dwu konkurencyjnych i wzajemnie się wykluczających interpretacji faktów (1. broń zwiększa poziom przemocy; 2. broń zmniejsza poziom przemocy), to można tego dokonać, ale tylko pod warunkiem, że dysponuje się TEORIĄ albo przynajmniej TEORETYCZNYM TWIERDZENIEM, którego prawdziwość nie zależy od faktów ani statystyk, lecz przysługuje mu a priori, tzn. raz na zawsze, ze względu na twarde, niezmienne reguły rządzące rzeczywistością.

kilka przykładów tego, co rozumiem przez teoretyczne twierdzenia a priori, tj. zdania aprioryczne (H.H. Hoppe przywołuje je w swojej książce „Demokracja – bóg, który zawiódł”, a ja będę go dalej parafrazował): Linia prosta jest najkrótszą linią łączącą dwa punkty. Człowiek nie może znajdować się fizycznie w dwu różnych miejscach jednocześnie. Jeśli A jest częścią B, a B jest częścią C, to A jest częścią C.

powyższe twierdzenia wyrażają pewne proste, acz fundamentalne prawdy na temat rzeczywistości. kogoś, kto chciałby te twierdzenia „poddać testowi” albo przedstawiłby „fakty” przeczące im, uznałbym za pomylonego.

w naukach społecznych również można odnaleźć liczne przykłady twierdzeń apriorycznych, zwłaszcza w dziedzinie ekonomii i filozofii. Produkcja musi poprzedzać konsumpcję. Większa ilość określonego dobra jest ceniona wyżej niż mniejsza ilość tego samego dobra. Demokracja (rządy większości) jest nie do pogodzenia z prywatną własnością. Każdy podatek oznacza utworzenie dwu różnych, nierównouprawnionych klas: płatników podatków oraz odbiorców-konsumentów podatków. Pieniądz to towar, itd.

wszystkie powyższe twierdzenia jako takie mogą być zilustrowane danymi historycznymi albo statystycznymi, ale dane te nie mogą stanowić dla nich podstawy ani nie mogą ich podważyć, bo obalenie dowolnego z tych twierdzeń wymagałoby powołania się na inne, jeszcze bardziej podstawowe twierdzenie teoretyczne.

zmierzam do tego, że teoria a priori ma pierwszeństwo względem doświadczenia i koryguje doświadczenie (a logika podważa spostrzeżenie), a nie na odwrót. dlatego raz dokonane teoretyczne ujęcie problemu może służyć jako stała i niezmienna norma „weryfikująca”, czyli norma umożliwiająca korygowanie, sprawdzanie, odrzucanie i potwierdzanie interpretacji faktów oraz relacji zachodzących między zjawiskami.

w przypadku broni palnej istnieją co najmniej DWA TEORETYCZNE TWIERDZENIA A PRIORI, które NAJPIERW należałoby obalić, aby w ogóle móc mówić o tym, że broń przyczynia się do eskalacji przestępczości tudzież powoduje wzrost ilości morderstw.

w skrócie zatem: twierdzenie, jakoby powszechny dostęp do broni zwiększał liczbę zabójstw, mogłoby być prawdziwe jedynie w sytuacji, gdyby prawdziwe były dwa inne twierdzenia (albo przynajmniej jedno z nich):

1. że większość ludzi skłonna jest do przemocy i na nic innego nie czeka, jak tylko na broń palną, bo tylko z broni palnej można zabić;

2. że bezbronność ofiary odstrasza napastnika.

osobę, która na powyższe twierdzenia odpowie „TAK” – uznam z miejsca za wariata.

czy w barze, w którym siedzi sto osób, z których 75 ma broń palną – o czym wiadomo, bo każda z tych osób nosi ją na widoku – będzie większa ilość „gwałtownych zachowań” czy mniejsza – mniejsza od baru, gdzie broni nie ma nikt?

stąd też w oparciu o wgląd teoretyczny muszę uznać za niemożliwe, aby powszechna dostępność broni palnej w USA przyczyniała się do wzrostu ilości zabójstw czy szerzej: eskalacji przemocy.

na przestępczość w USA wpływ mają INNE CZYNNIKI i to w tych innych czynnikach szukać należy PRZYCZYN – a broń zostawić w spokoju.


Kawador, generalnie ładny post napisałeś, a w sprawie broni masz rację, ale niestety, ten post zawiera całkiem sporo wadliwych elementów.
Elementy te dzielą się na B. i KOMPL. B. Co oznaczają te skróty, zostanie ujawnione zaraz w praktyce.

Twierdzenie, że znamy aprioryczne twierdzenia ujawniające reguły rządzące rzeczywistością, a także że znamy ich prawdziwość, to bzdura. W rzeczywistości znamy jedynie prawdziwe aprioryczne twierdzenia (i ich prawdziwość) z dziedziny nauk formalnych, ale NIGDY z dziedziny nauk realnych. (Można próbować to sobie uzmysłowić w ten sposób, że jeśli mamy takie twierdzenia, to chodzi bardziej o reguły rządzące językiem opisującym rzeczywistość, niż o reguły rządzące rzeczywistością.)
Przyznaję, że swoją bzdurę spróbowałeś uprawomocnić. Dobrą drogą: przykładami. Ale nie wyszło.

Linia prosta jest najkrótszą linią łączącą dwa punkty. Bzdura. Linia prosta jest nieskończona, nie jest zatem najkrótsza. Gdyby nawet uznać, że chodzi o jej fragment – odcinek, to są różne geometrie, a ich aplikowalność do świata realnego jest kwestią BADAŃ I HIPOTEZ. Jakby zresztą nie było, matematyka jest dyscyplina formalną, punkty, w których się przecinają linie proste, w ogóle nie występuja w świecie realnym. Jakby zatem nie patrzeć – bzdura.
„Człowiek nie może [...]” – KOMPLETNA bzdura, na pewno może. Dorosły czlowiek jest obiektem dosyć rozległym. Kawador, rozwal się spokojnie w fotelu, a następnie wprowadź w pokoju dla momentu t-zero trójwymiarą siatkę współrzędnych skalowaną w milimetrach. Wynik jest jednoznaczny: człowiek z palcem w dupie może się fizycznie znajdować w setkach tysięcy miejsc równocześnie. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale ja nie jestem sprzedawcą prostackich teoryjek, tylko uczciwym intelektualistą: świat i jego opisywanie są dziwne.
„Jeśli A jest częścią [...]” – bzdura. Obalam ją: A to zdanie „Stara lichwiarka mnie wkurzała”, B to książka „Zbrodnia i kara” (o zabiciu lichwiarki), C to księgozbiór Wacka. A jest cześcią B, B jest cześcią C, ale wcale A nie jest częścią C! Wacek mieszka daleko, ma silną nerwicę, nikomu nie pokazuje księgozbioru, ani żadnego jego fragmentu. Tymczasem zdanie „Stara lichwirka mnie wkurzała” widzimy wszyscy na monitorach. Dlaczego? Bo ono nie jest częścią księgozbioru Wacka. Księgozbior Wacka w ogóle nie składa sie z takich części jak zdania. Są w nim cztery części: ksiazki, albumy, rozprawy doktorskie i broszury. Mniejszymi, podstawowymi częściami są egzemplarze. Księgozbiór nie sklada się ze zdań, tylko z książek. Księgozbiór Wacka jest w piwnicy, a zdanie może być gdziekolwiek.

Jak widać, to nie ja jestem pomylony (cóż to w ogóle za „argument”), tylko prawda jest bardziej skomplikowana niż tego oczekują proste umyslowości.

Tyle w zasadzie sporu. Bo w sprawie następnych tez już nie twierdzisz explicite, że są to fundamentalne PRAWDY dotyczace rzeczywistości, lecz piszesz, ze ktos tam sobie wprowadza w naukach pewne twierdzenia aprioryczne. Z tym się nie spieram, tak z pewnościa może być. Mam jednak potrzebę skomentować te tezy, tym bardziej, ze widać między wierszami, że solidaryzujesz się z nimi.

Produkcja musi poprzedzać konsumpcję – bzdura. Pierwotnie, historycznie eksploatacja runa leśnego poprzedzała produkcję. Co więcej – pozostałości takiej pierwotnej gospodarki funkcjonują dalej w gospodarkach wysoko rozwiniętych. Koleś konczy szkołę i na poczatku nie może znaleźć pracy. W jednym lesie blizej drogi krajowej zbiera jagody i sprzedaje za gotówke na poboczu, w drugim lesie – tym bliżej domu – żadnej sprzedaży, nie zbiera nawet, je na miejscu. Jak widać konsumpcji nie poprzedza produkcja. Jak nie poprzedza, to tym bardziej nie MUSI poprzedzać.
„Wieksza ilość [...].” – bzdura, zdarzają się klęski urodzaju. Pieniądz jest towarem, z tym się akurat zgadzam. Nadprodukcja pieniądza fiducjarnego wcale nie jest ceniona przez mądrych ludzi, bardziej by docenili jego mniejszą ilość.
No i o demokracji – KOMPLETNA bzdura. Niby jaki to ustrój z wystepujących w świecie rzeczywistym (nie mówmy o nierealnych wymysłach) miałby lepiej byc do pogodzenia z własnością prywatną niż demokracja? Generalnie sa tylko dwa ustroje: demokracja i dyktatura. Dyktator opiera się na zbirach i nie można go odwołać, dlatego może podskubywać naszą własność prywatną, a nawet, jeśli ma sprawnych zbirów, MOŻE JĄ ZNIEŚĆ! W demokracji zawsze można odesłać rządzących na polityczną emeryturę, zatem efektywne podskubywanie naszej własności z ich strony może napotkac silna barierę. Oczywiście bariera ta bywa osłabiana głupotą, w tym głupota indukowaną, niemniej jednak zawsze sytuacja jest lepsza niż przy braku demokracji.
Przy okazji – w demokracji nie rzadzi większość. To bzdura. Rządzą rządzący i SĄ MNIEJSZOŚCIĄ, ale dobro demokracji – o ile nie jest ona tylko wydmuszką, jak np.w Iranie – polega na tym, ze zawsze można ich odesłać na polityczna emeryturę. I wcale nie musi tego robić większość. Przy niskiej frekwencji (ktora zresztą jest rzeczą dobrą, nieważne dlaczego), popieprzonych rzadzących może bez trudu odesłać na polityczną emeryturę MNIEJSZOŚĆ uprawnionych obywateli.


„No i o demokracji – KOMPLETNA bzdura. Niby jaki to ustrój z wystepujących w świecie rzeczywistym (nie mówmy o nierealnych wymysłach) miałby lepiej byc do pogodzenia z własnością prywatną niż demokracja?”

nie będę zaczynał tutaj dyskusji o demokracji, powiem jedynie, że o historii to ty nie masz bladego pojęcia (aczkolwiek dowodzenie, że człowiek może znajdować się w dwóch różnych miejscach jednocześnie, nie powiem, wychodzi ci zajebiście).

„Generalnie sa tylko dwa ustroje: demokracja i dyktatura.”

generalnie są tylko dwa rodzaje wyzysku: gdy mniejszość żyje kosztem większość i gdy wszyscy żyją kosztem wszystkich.

ten drugi wyzysk nazywa się demokracją i jest makabrycznym absurdem, co tylko potwierdza fakt, że demokracja nie ma żadnego racjonalnego ani ekonomicznego uzasadnienia.

„dobro demokracji – o ile nie jest ona tylko wydmuszką, jak np.w Iranie”

albo III RP i USA.

„W demokracji zawsze można odesłać rządzących na polityczną emeryturę”

teoretycznie w demokracji to ja mogę nawet zostać prezydentem.

„bzdura, zdarzają się klęski urodzaju. ”

w „Karierze Nikodema Dyzmy” był problem klęski urodzaju – chodziło o zboże. Dyzma zaproponował, żeby rząd skupował zboże. rząd nie miał jednak na to pieniędzy – płacił więc za zboże obligacjami.

w UE też zdarzają się klęski urodzaju. z tego powodu trzeba ustalać limity na mleko.

„Nadprodukcja pieniądza fiducjarnego wcale nie jest ceniona przez mądrych ludzi, bardziej by docenili jego mniejszą ilość.”

to jedyne zdanie z całego twojego wpisu, które brzmi poważnie.


jeszcze a propo tego:

„W jednym lesie blizej drogi krajowej zbiera jagody i sprzedaje za gotówke na poboczu, w drugim lesie – tym bliżej domu – żadnej sprzedaży, nie zbiera nawet, je na miejscu. ”

produkcje należy rozumieć jako pracę (nie tylko fizyczną, także umysłową).

PRACA POPRZEDZA KONSUMPCJĘ.


@szar, @kawador.. jeden z was przedstawia rozumowanie w myśl którego coś jest słuszne ponieważ – wedle opinii przedstawiającego – nic lepszego nie wymyślono, a drugi je obala z pomocą pewnej sofistycznej retoryki w myśl której jeżeli na coś można przedstawić bezsensowny dowód, to dowodzone twierdzenie również jest bez sensu.
W efekcie – nic dziwnego, że wychodzi, że linia prosta to są dwie różne rzeczy, człowiek może być w wielu miejscach jednocześnie, a wszystko to poparte światłym wywodem przedstawionym w książce Mostowicza. Koniec końców, powiedzmy, że udowodniliśmy, że demokracja jest niesłuszna, kosztem przyjęcia istnienia klęsk urodzaju. Czyli, jak sądzę, strata w postaci przyjęcia absurdu wielokrotnie przewyższa pożytek w postaci udowodnienia że coś innego jest absurdem – całkiem jak w demokracji, podobnież z internetem i samochodem – jako wynalazkami.

Istnieje coś takiego jak aksjomat. Ja na ten przykład twierdzę, że siedzę w swoim fotelu, a nie w milionie kawałeczków 1mm x 1mm. Nadto twierdzę, że mam w piwnicy książkę, a w tej książce jest zdanie „A jest tym czym jest”,
i mogę to udowodnić w bardzo prosty sposób, mianowicie biorąc tę książkę i znajdując je w niej. Nie istnieje sytuacja w której wszyscy żyją kosztem wszystkich, ponieważ jeszcze zanim taka sytuacja zaistnieje pojawiają się spryciarze którzy żyją kosztem wszystkich, natomiast ich kosztem nie żyje nikt, ponieważ wyłącznie biorą, a także takie, które nie żyją niczyim kosztem z wjątkiem własnego wysiłku.

Odradzam dowodzenie słuszności lub niesłuszności czegokolwiek z pomocą Nikodema Dyzmy, ponieważ pojawia się w ten sposób zagrożenie uznania, że Nikoś miał rację, a nie miał. A ja to bym nie chciał mieć do czynienia z kimś, kto uważa, że miał – tak generalizując :)

Rozum można próbować sofistycznie zwodzić, żołądka albo piwnicy wacka oszukać się nie da – albo chlebek jest, albo go nie ma, albo książka jest w piwnicy albo nie. Wacuś może być w swoim fotelu albo w swoim łóżeczku z towarzyszką życia, ale nie w fotelu i w łóżeczku jednocześnie. A kto w to wątpi, niech sprawdzi – ugryzie chlebek, wyjmie książkę z piwnicy i przeczyta, ewentualnie niech pogada ze swoją towarzyszką względnie towarzyszem życia..

Praca – umysłowa lub fizyczna – jak sądzę, rzeczywiście, w sensie globalnym, poprzedza poprzedzać konsumpcję, a jak nie poprzedza, to powinna. Co nie zmienia faktu, że umysłowa ( w adekwatnym stopniu ) powinna poprzedzać fizyczną, a u kogo nie poprzedza, to ten ktoś całe życie wykopuje i zasypuje ten sam rów. O ile w ogóle wykopie lub zasypie cokolwiek, baran opasły, ponieważ aby skorzystać z łopaty trzeba mieć rozum umożliwiający przynajmniej odróżnienie jednego jej końca od drugiego.. a kto nie wierzy.

Doceniam Wasze wątpliwości, Panowie, dobrze że je macie, cieszy mnie to niewymownie :) Ale nie wpadajcie dobrowolnie w pułapki i nie przekonujcie siebie ani innych, że ponieważ każde zdarzenie ma przyczynę/przyczyny i skutek/skutki, to dowolna rzecz może być zamiennie lub jednocześnie przyczyną lub skutkiem DOWOLNEJ innej.

A za ostrzeżenie niech wam posłuży, że ja, czytając tę waszą dyskusję, biegając wzrokiem od postu jednego Pana do drugiego i spowrotem, miejscami myliłem jednego Pana z drugim, na czym – w kwestiach realnych, jak np. osiąganie celu w postaci przekonania kogoś do czegoś – obydwaj tracicie.. :)


Mhm z rozpędu pogubilem kawałki zdań w swoim wywodzie i zduplikowałem niepotrzebnie niektóre słowa, ale mimo to sądzę, że potraficie sobie je sami dopisać, a jego sens, dzięki waszym rozumom, jest dla was jasny i przejrzysty :)


Zdania w tej książce to ją mam w piwnicy, to „A znaczy A”, oraz „każda rzecz jest tym, czym jest”, z dwóch omyłkowo zrobiło mi się jedno, za swoje roztargnienie i tegoż roztargnienia efekty w tym stylu – przepraszam :)


Ahk4iePaiv8u, a co jesli w tej książce, która masz w piwnicy, brakuje jednej kartki? i ta kartka jest, powiedzmy, we Wrocławiu, podczas gdy ty w Ciechanowie, a książka w Gdyni. czy wtedy mogę powiedzieć, że A jest częścią B, a B jest częścią C, to A jest częścią C?

;)


A książki, a konkretnie dwie co je mam na myśli, napisała jedna całkiem mądra pani, co już nie żyje – zatem poproszę bardzo grzecznie Autora i Właściciela bloga o podanie komentatorom jej tytułu i nazwiska autorki, bo Pan, Panie Maćku, z całą pewnością je czytał, prawda? :) Nie wierzę, że Pan akurat TYCH książek nie czytał :) Autorka, nawiasem mówiąc, do ostatniego oddechu, głośno zaprzeczała swoim związkom z ruchami „libertarian” i „wolnościowców”, co wymienionym zupełnie nie przeszkadzało postawić ją na piedestałach myśli wolnościowej i libertarianizmu.. co też o czymś świadczy.. :)


Proponuję, Herr kawader, jak Autor już ją poda – wziąć, i przeczytać – Gdyni, Ciechanowie lub Wrocławiu, względnie w fotelu, łóżeczku lub piwnicy – absolutnie dowolnym i wybranym przez Pana miejscu, rozwieje Pan ostatecznie swoje wątpliwości :)


..tylko nie mój egzemplarz, w którym o ile mi wiadomo nie brakuje kartek, lecz jakiś inny – mój zostanie na razie w mojej piwnicy, i jakoś zupełnie się nie zastanawiam nad tym, czy to, że zostanie, będzie mi miał Pan za złe czy za dobre, względnie czy fakt, że zostanie, będzie Panu, mr kawador, obojętny :)


Dorzucę jeszcze, mr kawador + mr szar, następującą refleksję – proszę się zastanowić w jakiej sytuacji stawiają Panów ich twierdzenia, których z lepszym lub gorszym skutkiem dowodzicie, a w jakiej sytuacji mnie stawiają moje. Panowie żyjecie w czasach w których możliwa jest klęska urodzaju i wszyscy żyją kosztem wszystkich i ustalane są limity na mleko, nadto jesteście w milionach kawałeczków, czytacie książki których nie macie i w których brakuje stron. A ja sobie siedzę w swoim fotelu w piwnicy, czytam książkę zawierającą całkiem fajne zdania, że nie wspomnę o towarzyszce w łóżeczku :P Jeżeli wszystko, jak zdajecie się sądzić, jest kwestią interpretacji, to czemu do licha miałbym przyjmować waszą – dość smutną. Wolę jakoś zostać przy swojej, całkiem zadowalającej i sądzę że każdy normalny, zdrowy człowiek też by wolał… Naród jak zwykle w depresji a ja jak zwykle zadowolony, wniosek z tego taki, że jestem chory na umyśle. To jak, ponieważ twierdzę, że jestem zdrowy, muszę być umysłowo chory a przynajmniej zdrowo rąbnięty? :) uklony :)


@Ahk4iePaiv8u Twierdzisz, że ktoś „może być w swoim fotelu albo w swoim łóżeczku z towarzyszką życia, ale nie w fotelu i w łóżeczku jednocześnie”.
To po prostu nie jest prawda. Kolega Wacka, Eryk, nie ma silnej nerwicy, ma za to garsonierę z wąskim łóżkiem, ma wysoką partnerkę i przed obcowaniem cielesnym przysuwają do łóżka fotel, a następnie w trakcie zbliżenia oboje znajdują sie równocześnie i w fotelu i w łóżeczku.
Możesz nazywać moje dosyć jednoznaczne obalenia pewnych tez „sofistyczną retoryką”, możesz mieć swoje aksjomaty, a nawet dogmaty, nie zmienia to jednak pewnej prostej sprawy. Gdyby nie pomiar miejsc z dokładnością do jednego milimetra, nie dałoby się nawet prymitywnego stołka wystrugać w stolarni naprawdę porządnie.


@kawador Demokracje są chwiejne i podatne na „wydmuchanie” ponieważ w skali istnienia gatunku ludzkiego są zupełna nowinką, do której jesteśmy i biologicznie (mózgowo) i kulturowo słabo przystosowani. Gatunek ludzki istnieje grube setki tysięcy lat, tymczasem demokracje zakwitły (pojawiły sie wcześniej, pierwsze eksperymenty w starozytności, ale naprawdę zakwitły) dopiero w latach 20. XX wieku. Tymczasem przez setki tysięcy lat rządził twardą reką król plemienny ze swoim asystentem od ogłupiania – szamanem. W skali setek tysięcy lat lata 20. XX wieku to tuż przed momentem.

W Polsce kapitalizm i demokracja funkcjonowały (między innymi) w latach 1920-1925. Nie brakowało chętnych dyzmów i innych, by kapitalizm i demokrację utemperować lub zniszczyć.

Produkcja to cos więcej niż praca. Zresztą praca serca czy zębów przy konsumowaniu nie jest pracą w sensie ekonomicznym. Przykład z tym lasem bliżej domu jest nienaruszalny. Paniusia rano na kasie po to pracuje umysłem przy rozróżnianiu monet, by wieczorem „pracować” umysłem przy rozróżnianiu postaci w telewizyjnym serialu. Ta druga praca nie jest pracą w sensie ekonomicznym. Tak samo wstępne odrózanienie jagody od muchomora nie jest pracą w sensie ekonomicznym.


A ja powiem jak typowy „Dajek” (spodobał mi się ten termin użyty na forum przez Maćka Dudka :) ) .

„Po co zwracał im uwagę? Po co z nimi zaczynał? Na pewno ich sprowokował. Mógł podkulić ogon, wyjść i wybrać inne kino? A jeśli już to powinien grzecznie przeprosić młodych ludzi za to, że żyje.”

:D


A w ogóle to oni byli czarni, więc nie można ich winić, to na pewno przez wszechobecny w Ameryce rasizm i nierówność społeczną.


@szar.nyblask

„Demokracje są chwiejne i podatne na „wydmuchanie” ponieważ w skali istnienia gatunku ludzkiego są zupełna nowinką”

demokracja sa chwiejne i podatne na „wydmuchanie”, bo to najgłupsze i najniebezpieczniejsze ustroje świata – zawsze tak było i zawsze tak będzie. aby utrzymać demokrację, potrzebna jest głupota na niewyobrażalną skalę. demokracja to taka współczesna forma religii. jak pisałem wcześniej – jej założenia nie mają żadnych racjonalnych podstaw ani ekonomicznych podstaw. na usta ciśnie się retoryczne pytanie: w co motłoch bez dowodów uwierzył, jakże byście to chcieli dowodami obalić? w tym właśnie sensie demokracja jest substytutem religii – nie ma wyboru i jeśli chce przetrwać, musi stać się czystą wiarą, musi nabrać charakteru irracjonalnej, świeckiej religii, w którą „trzeba” albo „wypada” wierzyć, aby nie narazić się na ostracyzm.

tego typu ślepota niepozwalająca na dostrzeżenie w demokracji przyczyn problemów nie jest wcale czymś wyjątkowym. w różnych okresach historii ludzie uważali różne rzeczy za normalne, dobre, sprawiedliwe, postępowe, cokolwiek, podczas gdy w rzeczywistości były one dokładnym zaprzeczeniem normalności, dobroci i sprawiedliwości.

dzisiaj synonimem postępu, dobra, sprawiedliwości i wolności są „metody demokratyczne” – a najlepiej – pięcioprzymiotnikowe wybory. innymi słowy, dogmat demokratyczny głosi, że dobra władza może być wybrana tylko poprzez pięcioprzymiotnikowe wybory: tajne, powszechne, równe, większościowe i bezpośrednie.

niektórzy teoretycy demokracji (a było ich naprawdę niewielu – człowiek mądry na ogół gardzi demokracją), chcąc ratować postulat o „suwerenności ludu”, stworzyli doktrynę demokracji przedstawicielskiej, w której wola ludu wyraża się poprzez wolę reprezentantów. na płaszczyźnie partii mówi się, że to liderzy wyrażają i reprezentują wolę mas członkowskich. to jest bzdura – kolejna z setek demokratycznych bredni, w które trzeba wierzyć jak w bulle papieską. suwerenności nie można delegować. tzw. wola mas nie może w żaden sposób ulec transferowi do nielicznej grupy. taki transfer oznacza tylko i wyłącznie abdykację i rezygnację z „suwerenności”, czego efektem będzie nieuchronne panowanie reprezentantów nad reprezentowanymi.

w każdym razie, jak już podkreślałem, dawniej ludzie uważali rożne rzeczy za dobre i konieczne i postępowe, cokolwiek. można tu wspomnieć o instytucji niewolnictwa albo o chorobach zakaźnych. przez wiele stuleci kolejne pokolenia cierpiały na skutek irracjonalnego podejścia do spraw higieny, a jednak nikt nie wiązał swoich cierpień z faktem, że nie mył rąk po pracy albo nie dezynfekował otwartej rany. niewiarygodnie trudnym i czasochłonnym zadaniem dla ludzkości okazało się dostrzeżenie związku przyczynowego pomiędzy infekcją a epidemiami – pod koniec XVIII wieku lekarze nie robili prawie nic, aby nie dopuszczać ludzi zdrowych w pobliże zarażonych. dopóki taki stan myślenia się utrzymywał, dopóty obiektywne konsekwencje tej nonszalancji nie wytwarzały subiektywnego doświadczenia u poszczególnych ludzi.

z demokracją jest dokładnie tak samo: nikt nie obciąża jej winą za to, co się dzieje. winni są wszyscy: wyborcy, bo zagłosowali na nie tych, co trzeba, powódź, bo podtopiła pół kraju, Marsjanie, bo zaatakowali port w Gdyni – ale nie demokracja. dogmat demokratyczny jest jak dziewica orleańska – musi pozostać nietknięty.

sprawy znacznie się pogorszą, jeżeli w dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia nie tylko z niezdolnością, ale również z brakiem chęci uznania związków przyczynowych.

a miałem nic nie pisać o demokracji…


„by kapitalizm i demokrację utemperować lub zniszczyć.”

akurat do niszczenia kapitalizmu demokracja nadaje się idealnie (aczkolwiek historycznie to kapitalizm przyczynił się do rozwoju instytucji demokratycznych i popularyzowania „demokratycznych metod” – jest to jeden z paradoksów historii). tę oczywistość – że demokracja najlepiej nadaje się do niszczenia kapitalizmu – zauważył już klasyk komunizmu Marks. to on przecież powiedział, że aby zaprowadzić w danym kraju socjalizm, wystarczy wprowadzić w nim demokracje. potem już tylko formalność, czyli wybory, w których ogłupiony motłoch będzie stopniowo likwidował resztki instytucji wolnościowych. to się nazywa „cud tresury” – trzymanie sąsiada w szachu – dla „wspólnego dobra”.

a prawda jest taka – znana od stuleci – że głosy głupców z gminu są tylko dodatkiem do prawdziwej siły władz demokratycznych. lud jest tylko narzędziem pomocnym do siania propagandy. kiedy sitwa potrzebuje opinii, to je nagłaśnia, a kiedy sobie nie życzy – bo np. po cóż władzy opinie krytyczne wobec np. przymusu ubezpieczeń – to się sitwa na opinie wypina i je blokuje. dlatego współcześni socjaliści panicznie obawiają się niskiej frekwencji – bo jeśliby pozbawić, dajmy na to, 90% ludu prawa głosu (np. wprowadzając odpłatne karty do głosowania – chcesz glosować, musisz wykupić kartę, cena – 100 zł), to nie będzie można wejść do Sejmu, obiecując każdemu mieszkanie, obiad i flaszkę do obiadu, a więc dla wielu posłów i posłanek skończy się pole do działania i w efekcie kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset tysięcy tumanów straci wysoko płatne posady w ZUS-ach, KRUS-ach i NFZ-ach oraz innych spółkach skarbu państwa.

i się skończy socjalizm – bo cała superstruktura socjalistyczna uzależniona jest właśnie od pieniędzy pochodzących z demokratycznej grabieży. socjalizm rozpadnie się na sto kawałków, jeśli pozbawiony zostanie bazy ekonomicznej zapewnianej jej dziś przez państwo.


Doprawdy zabawne: jak to możliwe, że właśnie to najgłupsze (głupota na niewyobrażalną skalę) rozwiązanie ustrojowe bez żadnych racjonalnych ani ekonomicznych podstaw wyparło mądrzejsze, bardziej racjonalne i ekonomicznie uzasadnione alternatywne rozwiązania?

Cóż to za przezabawna prawidłowość, że mądrzejszy, odpowiedzialny, mający ekonomiczne podstawy przegrywa w długoterminowej rywalizacji z krótkowzrocznym, nieracjonalnym, ślepym na związki przyczynowe.

Ach, przepraszam, taka tragedia. W świecie wysokich technologii, jakościowej edukacji, kosmicznych aspiracji przypadkiem imperia rządzone metodą monarchii absolutnych skupiły się na kontynencie najbardziej zmasakrowanym tragicznym zderzeniem Ziemi z planetoidą. Małe, zacofane państewka głupków demokratów miały szczęście dominować po przeciwnej stronie globu i dlatego niezasłużenie wygrały rywalizację.

Aczkolwiek sam Hoppe nie posuwa się do tak emocjonalnych wystąpień, jak kawador (oszczędza demokracjom rozpasanych obelg próbując argumentować), to jednak ten mój ironiczny wywód i tak uderza w niego, bo on nie tłumaczy dostatecznie dlaczego to, co niby lepsze, przegrało z tym, co niby słabsze.

Hoppe przykładowo przyznaje, że rodzina może zabić władcę, gdy ten (wyjątkowo) przytrafia się nieodpowiedzialny. Twierdzi przy tym, że – dla kontrastu – w demokracji musi zwyciężyć bardziej cyniczny, nieodpowiedzialny demagog. Hoppe jest ślepy na to, że mordy na królach zwykle motywowane były rządzą przejęcia władzy. Nierzadko te mordercze plany były skuteczne. Jak można porównywać cynizm kogoś, kto wygłasza manipulanckie przemówienie z cynizmem kogoś, kto morduje członka własnej bliskiej rodziny! Ktoś może uznać notki na libertariańskim blogu za manipulanckie przemówienia, nawet jeśli nie ma racji, to jak można porównywać cynizm i bezwzględność morderców własnej rodziny z cynizmem i bezwzględnością polityka przymilajacego sie wyborcom. Poza tym jaka pogarda dla ludzi, którzy rzekomo cały czas dają sie wyprowadzać w pole temu, kto obieca najwięcej. Tymczasem jest to bzdura do potegi – choc często obiecujący najzgrabniej (bynajmniej nie najwiecej!) wygrywaja, to jednak zdarzają demokratyczni przywódcy, ktorzy w ofercie mają słynne „krew, pot i łzy” i bywają nagardzani za szczerość.

Hoppe, choć nie przeczę, że w jego pismach można tu i ówdzie odnaleźć i interesujące, i pożyteczne treści, to jako człowiek ze swoja pogardą dla zwykłego człowieka jest niewiarygodny jako obrońca prywatnej własności.


„jak to możliwe, że właśnie to najgłupsze (głupota na niewyobrażalną skalę) rozwiązanie ustrojowe bez żadnych racjonalnych ani ekonomicznych podstaw wyparło mądrzejsze, bardziej racjonalne i ekonomicznie uzasadnione alternatywne rozwiązania?”

na tak postawione pytanie nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem.

równie dobrze mógłbyś zapytać, jak to możliwe, że prywatne, dobrowolne ubezpieczenia emerytalne zostały wyparte przez ZUS.

i no offence, ale coś chyba raczej nieuważnie czytałeś Hoppego (i ogólnie cienko u ciebie z wyciąganiem wniosków), skoro zadajesz takie pytanie.

„Ach, przepraszam, taka tragedia. W świecie wysokich technologii, jakościowej edukacji, kosmicznych aspiracji przypadkiem imperia rządzone metodą monarchii absolutnych skupiły się na kontynencie najbardziej zmasakrowanym tragicznym zderzeniem Ziemi z planetoidą. Małe, zacofane państewka głupków demokratów miały szczęście dominować po przeciwnej stronie globu i dlatego niezasłużenie wygrały rywalizację.”

a tego sarkazmu kompletnie nie łapię. byłbyś łaskaw wytłumaczyć, co taki poeta jak ty miał na myśli?

„Hoppe jako człowiek ze swoja pogardą dla zwykłego człowieka jest niewiarygodny jako obrońca prywatnej własności.”

i za tę rzekomą pogardę go cenię. bo pięknoduchów i humanitarystów, którym serce krwawiło na widok cudzego nieszczęścia, deklarujących miłość dla zwykłego człowieka, było już milion pińset sto dziwińset. i każdy taki pięknoduch swoimi pomysłami zbawienia świata otwierał furtkę dla coraz to większego zniewolenia.


Przyznaję, że chcę zakończyć swój udział w dyskusji na poprzednim poscie, ponieważ (powiedzmy…) zaobserwowałem, że tutaj, u Pana Macieja, z bardzo nielicznymi wyjątkami, rozbudowane listy komentarzy kończą się przy liczbie około 35. Całkiem możliwe, że ma to jakis pragmatyczny, nieprzypadkowy sens, gdzie na tyle długie listy komentarzy są jeszcze czytelniczo atrakcyjne, a dłuższe już odstraszają swoim formatem.

Jesli ktoś uzna, że uciekam przed debata z kawadorem, który sprawnie wyciąga wnioski o mnie orzekając, że robię to cienko – prosze bardzo. Niech sobie tak uznaje… : )

Prawdopodobnie zatem zamilknę w tym miejscu i prawdopodobnie nie będę dalej odpowiadał, choć gwarancji nie ma. Tymczasem jednak chciałbym wykończyć Hoppego, mówiąc żartem, a mówiąc poważnie chciałbym po prostu uzupełnić swój wpis z godziny 5.53 nie eksplorując żadnych nowych pól, a pogłębiając zaistniałe tam tematy.

Główny argument Hoppego to to, że sytuacja polityka demokratycznego prowokuje go do znacznie wyższej preferencji czasowej niż dziedziczny monarcha i jego ludzie. Jest to gruba przesada, różnica pokus jest minimalna w kwestii stopy preferencji czasowej. Nie przeczę że pewna różnica tu faktycznie istnieje, ale rzeczywiście duża byłaby, gdyby w demokracji obowiązywała zasada, ze po jednej kadencji już się nie wraca do roli decydenta. Nic takiego nie ma miejsca, wiekszość wysokich stanowisk nie ma ograniczeń kadencyjnych, prezydent moze miec syna/corke prezydenta (pracuje na markę nazwiska na rynku politycznym), a zachowania zwiazane ze skłonnościami do wysokiej preferencji czasowej w demokracji mogą byc przedmiotem wolnej debaty owocujacej skutkami – przegraną.
Za to wysoką preferencję czasowa mogą przejawiać administratorzy monarchy.

Hoppe twierdzi, że w demokracji, by rządzić, trzeba cynicznie zaprezentować demagogiczny program, promowany jest zatem wybór gorszego, a w monarchii dziedzicznej nic nie trzeba robić, po prostu być następcą tronu. W efekcie władca jest „nie lepszy”, ale też „nie gorszy”! Nie tak się sprawy miały w rzeczywistości. Monarcha zwykle miał prawo wyboru spośród całkiem sporej grupy potencjalnych sukcesorów. Taki jest zreszta charakter monarchii absolutnej. Nawiasem mowiąc gdyby nie ten element odraczanego i zwykle do czasu skrywanego wyboru, to bracia królewicze z tej najwznioślejszej gałęzi szlechetnego rodu mordowaliby sie nawzajem jeszcze częściej niż to miało miejsce w rzeczywistości. Zatem proszę, jak mądrze: król tatuś odda koronę najzdolniejszemu. Jak w Korei Północnej, prawda? : )
Otóz nim skostniała decyzja monarchy co do sukcesora, wokół głowy monarchy odbywał się cichy zakulisowy targ małostkowego łechtania jego miłości własnej, cynicznego podlizywania się decydentowi.
Owszem, w demokracji odbywa się targ podlizywania się wyborcom. Ale zwycięzca tego targu z natury rzeczy musi to robic dużo inteligentniej, poniewaz sytuacja zmusza go do przedstawienia jawnej oferty odpowiadającej przeróżnym osobom. Co więcej, jego ofertę w demokracji mogą do woli analizować w PUBLICZNEJ debacie zarówno rozliczni rywale, jak i jeszcze liczniejsi inni żywotnie zainteresowani. Jasne, nas jako użytkownikow borykajacych sie ze słabościami współczesnych uwarunkowań może efekt tego modelu nie zadowalać. Mimo to jego ogromna przewaga nad modelem sączenia bezpośrednio do uszka imperatora wyrazów miłości poplątanych z intrygami i oszczerstwami jest więcej niż oczywista.


„Ale zwycięzca tego targu z natury rzeczy musi to robic dużo inteligentniej, poniewaz sytuacja zmusza go do przedstawienia jawnej oferty odpowiadającej przeróżnym osobom.”

pewnie nieświadomie, ale znowu podałeś argument przeciw demokracji, a nie za.

„Taki jest zreszta charakter monarchii absolutnej.”

monarchia absolutna ma więcej wspólnego z demokracja i nowoczesnym państwem totalitarnym niż z monarchia np. stanowa czy średniowieczna. z tym zastrzeżeniem, że totalitaryzm – historycznie – rodził się zawsze z demokracji. totalitaryzm nie spada z kosmosu ani nie powstaje w próżni. pisał o tym zresztą Gospodarz tego bloga, o tu:

http://www.miasik.net/archive/2010/11/wczesne-ostrzezenia/

kto zna historie, ten wie, a przynajmniej wiedzieć powinien, zarówno sprawie pokoju, jak i woli i dobru ludu mogą służyć i w wielu przypadkach historycznych rzeczywiście służyły przynajmniej tak samo dobrze lub lepiej rządy, które nie mogą być uznane za demokratyczne w świetle jakiejkolwiek definicji ustroju demokratycznego. być może chodzi tu o przytłaczającą większość przypadków, jakie zna historia – autokracji typu dei gratia (monarchie średniowieczne), dyktatorskich, różnych monarchii typu nieautokratycznego (monarchia parlamentarna, konstytucyjna), oligarchii arystokratycznych i plutokratycznych, które normalnie cieszyły się niekwestionowanym, często żarliwym, przywiązaniem większości wszystkich klas społecznych, i które doskonale sobie radziły z zapewnianiem tej większości tego, co powinna zapewnić demokracja.

nie jest również prawdą, że demokracja lepiej broni wolności sumienia niż autokracja. świadczy o tym najsłynniejszy z sądów. Piłat, z punktu widzenia Żydów, był niewątpliwie przedstawicielem autokracji. a jednak próbował bronić wolności. no i uległ demokracji. mało tego – podstawą, na której legła europejska kultura, jest śmierć dwóch mężczyzn: Sokratesa i Chrystusa. obydwaj zostali skazani na śmierć vox populi, demokratycznie.

rzeczą wcale nie mniej naiwną jest wierzyć, że proces demokratyczny przestaje działać w państwach niemających z demokracją nic wspólnego albo że władca takiego państwa nie zechce postępować zgodnie z wolą ludu czy też się przed nią ugiąć. zawsze kiedy tak czyni, możemy w ciemno zakładać, że podobnie działałby również wtedy, gdyby układ polityczny miał charakter demokratyczny.

zadziwiająca jest również dogmatyczność demokracji. wspomniałem o tym przelotnie, pisząc o „pięcioprzymiotnikowych wyborach”.

jednym ze standardów współczesnej demokracji są pięcioprzymiotnikowe wybory do parlamentu. innymi słowy, dogmat demokratyczny głosi, że dobra władza może być wybrana tylko poprzez pięcioprzymiotnikowe wybory.

ale czemu?

czemu demokracja musi być większościowa? czemu nie może być mniejszościowa? przecież już z czysto matematycznego punktu widzenia każde ograniczenie ludzi biorących udział w procesie wyłaniania władzy czy w ogóle w procesie podejmowania jakichkolwiek decyzji jest korzystne, bo wzrasta efektywność i mądrość tej władzy.

i czemu demokracja musi być proporcjonalna? czy nie lepsza jest ordynacja większościowa z dwoma turami?

dlaczego tajna? tajność ukrywa odpowiedzialność.

dlaczego powszechna? menele, bezdomni i ludzie idący na wyboru z nudów też mają glosować? a co z urzędnikami, emerytami czy wykonawcami rządowych kontraktów, tj. beneficjentami demokratycznego systemu? jakim prawem oni głosują?

dlaczego równa? czy głos człowieka mądrego i doświadczonego powinien ważyć tyle samo, co głupiego i prymitywnego?

dlaczego bezpośrednia? czy nie lepiej, żeby np. Senat wybierany był przez członków samorządów pochodzących z wyborów?

przywiązanie do tych pięciu przymiotników jest ewidentnie dogmatyczne. jakoś nigdy nie słyszałem, by gdziekolwiek współcześnie toczono dyskurs publiczny dotyczący sensowności tych przymiotników, o racjonalnym czy ekonomicznym ich uzasadnieniu nie wspominając.

sprzeciwianie się współczesnym standardom demokratycznym, czyli bycie antydemokratą, nie oznacza, że popiera się tyranię czy użycie siły w walce o władzę, ba, to nawet nie oznacza, że popiera sie monarchie! alternatywą dla demokracji nie jest tyrania, tak samo jak alternatywą dla koloru zielonego nie jest bladoróżowy. w palecie mieści się znacznie więcej odcieni, tak samo jak na demokracji i tyranii nie kończą się wcale rozwiązania systemowe.

są różne rodzaje demokracji: bezpośrednia, pośrednia albo z kilkoma stopniami pośredniości, jednoturowa albo wieloturowa, proporcjonalna albo większościowa, dla wszystkich, albo dla elit, jeden człowiek jeden głos albo waga głosu zależna od człowieka, tajna albo jawna, totalna albo ograniczona, z prawem veta albo bez.

każda z tych form powinna być dopuszczalna, a przede wszystkim dyskutowana.

tymczasem w rzeczywistości tak nie jest: dogmat „pięciu przymiotników” – najbardziej zorganizowane kłamstwo w historii, gwarantujące jego twórcom największy wyzysk – wciąż obowiązuje i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się w tej kwestii zmienić. doszło do zupełnie absurdalnej sytuacji, że oto w wolnym niby kraju normalność – czyli racjonalne podejście do ustroju państwa – stało się pod medialną indoktrynacją nienormalnością albo wręcz herezją. podważać sensowność tak wspaniałego ustroju, jakim jest demokracja – ustroju, o którym Churchill powiedział (tzn. naprawdę wcale tego nie powiedział, ale demokracji cytują to tak samo jak nawiedzeni katole cytują papieskie bulle), że jest najlepszym z wymyślonych przez człowieka – to się w głowie nie mieści!


A jakby ktoś jednak chciał wrócić do tematu dostępu do broni, to chwilę temu przeszła nowelizacja ustawy o broni i amunicji, która reguluje prawnie ten problem w Polsce.
Jeszcze tylko podpis Prezydenta i Dziennik Ustaw…
Tutaj zmiany:
http://www.ferajna.airguns.pl/node/462


znieśli uznaniowość?

:)

nawet nie chce mi się tego czytać. niech ktoś zrobi analizę podobną do tej:

http://www.romb.org.pl/assets/files/romb-porownanie-ustaw.pdf


Oczywiście, że nie. Nic istotnego tam nie zauważyłem. Wciąż pozwolenie wydaje policja o ile przedstawi się ważną przyczynę posiadania broni. Na przykład w celu obrony osobistej musi być: „stałe, realne i ponadprzeciętne zagrożenie życia, zdrowia lub mienia”


@kawador – wybacz, nie chce mi się teraz pisać wszystkiego. To wymaga trochę czasu – wolnego czasu. Ale pewnie niedługo coś w zbliżonym (choć nie tak obrazkowym) stylu się pojawi.
Generalnie, jeśli kogoś interesuje temat, to przepisy prawa musi znać – czyli przekopanie się przez to nie powinno być nadmiernym wysiłkiem.

@Maciej Miąsik
Pozwolenie do obrony osobistej to nie wszystko. Tym bardziej, że niekoniecznie każdy musi paradować z klamką po ulicach. Np. ja wolę mieć pompkę w domu, niż Glocka za pazuchą na ulicy. Ot, kwestia chęci i potrzeb.

Nie ma co liczyć na jakikolwiek rewolucyjne zmiany w prawodawstwie, wypowiedzi polityków świadczą o tym jednoznacznie. Ewolucyjne zaś zmiany – jak widać – postępują. To ruch w dobrym kierunku, jest więc z czego się cieszyć.
Po raz pierwszy różne grupy strzelców ruszyły się, by walczyć o swoje – to dobry znak.
Po raz drugi przy nowelizacji udało się wywalczyć popuszczenie smyczy – to też dobry znak.
Ponieważ KGP odgraża się, że kolejną nowelizację skrobie, jest 2-4 lata na przygotowanie się. Być może wtedy uda się znowu poluzować łańcuch.
Jak pisałem, na zerwanie go nie ma co liczyć. To – niestety (albo stety) – realpolitik. Moim zdaniem lepiej pomalutku, ale do przodu, niż rewolucyjnie, by następna ekipa rządząca odwołała wszystko i założyła kaganiec.
Powolne rozciąganie obroży ma też kolejny plus. Ludzie zdążą się przyzwyczaić, ośmielić, nauczyć. Powstanie infrastruktura (strzelnice), organizacje (np. taka jak ROMB). Zwiększy się świadomość prawna i obywatelska wśród strzelców.
To, co dane jest na tacy, bez wysiłku, nie budzi szacunku i uznania. Tym łatwiej to zabrać. A jak ludzie wywalczą to sobie sami, to już nie odpuszczą.

A jest jedna zmiana „jakościowa”. Kryteria uzyskania pozwolenia na broń (poza tą do obrony osobistej) są wpisane do ustawy, a nie polegają na wziętych z sufitu „misiach” urzędnika w mundurze (nie nazywajmy ich Policjantami, bo to obraźliwe dla Policjantów).


I wybrałem obronę osobistą jako przykład braku sensownych zmian.

Zupełnie mi wisi, czy gdzieś tam popuszczono jakimś hobbystom. To wciąż za mało.

I albo będziemy propagować jakiś sensowny głos sprzeciwu, albo będzie się co kilka lat pacyfikować nas jakimś tam rozluźnieniem kagańca w mało istotnym obszarze.

Nie ma co się klepać po plecach.


Co do zasady – zgadzam się.
Co do propagowania – zgadzam się.
Jednak zmiany dotyczą nie tylko hobbystów. Może inaczej to ujmmę – tylko hobbyści są zainteresowani bronią. Na tyle zainteresowani, że cokolwiek w temacie robią.

Jak wspominałem, zmian w zakresie broni do obrony osobistej nie ma, bo być nie mogło. Nie da się poradzić nic na to, że posłowie, senatorowie i przedstawiciele „ekspertów” (czyt. KGP) drżą panicznie na myśl, że ludzie będą chodzić z bronią po ulicy.
Żeby to zmienić, nie wystarczy jednak tylko pisać. Potrzebny jest wymierny nacisk na naszych ustawodawców. Ludzie „z ulicy” nie są tym zainteresowani, a edukacja strzelecka w Polsce nie istnieje. Żeby to zmienić, potrzeba hobbystów, a ci potrzebują broni (trudno uprawiać i propagować hobby „wirtualnie”). Niestety, jesteśmy w całkowicie innej stytuacji „wejściowej” jak choćby takie Niemcy czy Czechy, że o USA nie wspomnę. By pokazać skalę problemu powiem, że w Niemczech jest więcej klubów strzeleckich, jak u nas strzelców sportowych. A Warszawa zaraz będzie jedyną stolicą na świecie, gdzie nie będzie strzelnicy sportowej.

Więc ja bym kilka osób po plecach poklepał…


@mmajstruk

„Moim zdaniem lepiej pomalutku, ale do przodu, niż rewolucyjnie, by następna ekipa rządząca odwołała wszystko i założyła kaganiec.”

naprawdę chcesz co roku o odgrzewać kotleta pt. „liberalizacja prawa o broni palnej” – i to odgrzewać na zasadzie – liberalizujemy o kolejne 5%? zapewne doskonale zdajesz sobie sprawę, jakie larum podnosi się na samo tylko wspomnienie o możliwości wprowadzenia ułatwień w tym zakresie. lepiej raz, a dobrze, niż potem za każdym razem przepychać się z tabunem koni.

i co niby powstrzyma ekipę rządzącą, aby – gdy liberalizacja osiągnie wymarzone 11% – cofnąć wszystko do stanu 0% i założyć kaganiec?

nic.

i co ze zmianami w prawie stanowionym?

teoretycznie w tej chwili przepisy nie wyglądają tak źle, jak wygląda realna polityka organów ścigania. jest art. 25 kk, wedle którego można strzelać do bandytów i nawet ich zastrzelić. ofiary bandyckiego procederu mają problem nie z przepisem, a z organami władzy, które zapis art. 25 kk ignorują i stosują prawo inne niż stanowione. prawo jest tu gwałcone przez Prokuraturę i sądy powszechne w równym stopniu.

przy czym to i tak małe miki, bo tu jeszcze ludzie mogą się wybronić, kiedy znajdą się świadkowie. gorzej mają osoby, które były zmuszone do kupienia broni na czarnym rynku. organa władzy III RP gnębią takie osoby bezlitośnie, z użyciem najbezczelniejszych metod – łącznie z dogadywaniem się z bandziorami. i nie ma dla nich żadnego znaczenia art.26 kk, który zezwala na poświęcenie jednego dobra w celu ratowania oczywiście wyższego, a więc zezwala na poświecenie interesu dowództwa Policji na rzecz jak najbardziej koniecznego oddalenia bezpośredniego niebezpieczeństwa ze strony bandytów. bo kto narusza interesy mafii, ten musi mieć przejechane – inaczej mafia straci prestiż. a więc Prokuratura oraz sądy powszechne posłusznie realizują wytyczne mafii i nie zezwalają na żadne precedensy – nawet wprost o tym mówiąc.


@kawador
Przepraszam cię bardzo, ale tu już zaczynamy dotykać problemu prawa jako systemu, w państwie, w którym żyjemy. Oczywiście masz rację, mogę nawet podać ci mnóstwo konkretnych przypadków z życia wziętych.
Tak, wiem, 5% jest za wolno, za mało.
Tylko jak do diaska zmienić WSZYSTKO?

Patrzę więc na to trochę inaczej.

Nie jestem w stanie zmienić „systemu” jako całości. No, po prostu nie jestem w stanie. Użalać się oczywiście mogę, ale to przecież niczego nie zmieni. A jeśli zmieni, to zajmie to więcej lat, niż zmiana po 5%.

To ja wolę te 5%. To ja wolę zmieniać prawo „na swoim podwórku” – czy to będzie praca zawodowa, czy hobby, czy gmina, w której mieszkam. Z tym, że w przypadku hobby bardziej mi się chce, bo mam z tego dobrą zabawę i więcej satysfakcji.
Wiesz, co roku jest taka bezsenswna akcja „sprzątanie świata”. A przecież gdyby każdy pilnował porządku wokół siebie, to nie byłoby potrzeby takiej „pokazówki”, która totalnie niczego nie zmienia. Tak właśnie podchodzę do spraw zmian w prawie (i jego stosowaniu) w przypadku dostępu do broni. Żadna akcja, żadna pokazówka, żadne narzekanie niczego nie zmienią. Tu trzeba ciężkiej, mozolnej pracy, by zmienić zdanie ludzi. Takich zwykłych ludzi, co nie mają o tym zielonego pojęcia, poza tym, że „broń jest be”.
No tak, tylko taka praca jest niesatysfakcjonująca, nie przynosi szybkich i łatwych efektów. A komu by się chciało, każdy chciałby mieć tu, teraz, natychmiast. Inaczej palcem nie kiwnie.
Mamy dwa przykłady takich działań.
Nowa, rewolucyjna ustawa, znana jako projekt Czumy czy projekt z Komisji „Przyjazne Państwo”. Skutek? Zero.
Mamy nowelizację, w której torpeduje się pomysły KGP, a wywalcza te 5%. Skutek? 5%. Po raz drugi to daje już 10%. A za parę lat będzie już 15%. 15% to więcej jak 0%.

Oczywiście, można stracić te 10%. Ale wbrew pozorom ustawodawcy wcale nie są tacy chętni zadzierać z ludźmi, którzy pokazali swoją determinację w utrzymaniu praw nabytych. Tak było 8 lat temu w przypadku wiatrówek, tak teraz było w przypadku broni palnej. Oczywiście, jak się tylko siedzi i narzeka, to traci się błyskawicznie. Tu trzeba niestety ruszyć tyłek i zamiast narzekać, działać. Da się. Skutkuje. Sprawdzone empirycznie.

Może być oczywiście inaczej. Zmienimy wszystko. Potem pierwsza poważna strzelanina, a rząd i parlament w jeszcze szybszych obradach zakładają jeszcze większy knebel, jak był przed „rewolucją”. To oczywiste, są tego przykłady w innych krajach… z wyjątkiem Finlandii. Tam, po strzelaninie w szkole, na skutek poważnej dyskusji społecznej drastycznie ograniczono dostęp do broni palnej. Podniesiono wiek z 16 do 18 lat. Koniec zmian.
Dlaczego?
Nikt w Finalndii (z ustawodawcami na czele) nie wyobraża sobie, by zakazać bardziej. To są pokolenia wychowania z bronią, broń jest tak wkodowana w umysł Finów, że żadna EU tego nie wyjmie. W efekcie można tam można mieć i maszynową, i z tłumikiem… choć to jest wprost sprzeczne z dyrektywą EU.
A u nas nadal przeciętny „Kowalski” ma wkodowane, że broń ma albo policjant, albo bandyta. A na pewno nie zwykły obywatel.

Miło się dyskutuje o zasadach, pryncypiach, itd. Ale warto pamiętać, że jest jeszcze realny świat, realni ludzie, realne działania. Dlatego jestem zwolennikiem realpolityk, jakkolwiek paskudnie (czy nieściśle) to brzmi. Czyli bardziej mnie cieszy wyrwane 5%, niż najbardziej błyskotliwe poglądy i teorie, które pozostają tylko na papierze.

Na koniec pozwolę sobie zacytować Kolegę, który po wywalczeniu „5%” 7 lat temu napisał:
„Parę miesięcy temu, jak się zaczynała praca nad ta ustawą, były dwie opcje: jedna, że i tak nie ma sensu cokolwiek robić, bo zawsze wszystko jest do dupy (!) i my jesteśmy tacy mądrzy, a oni są tacy głupi oraz druga, że trzeba ruszyć tyłek, poszukać porządnych ludzi i powalczyć (tak pisałem? prawda?), bo jęczenie jest dla mięczaków (tu powinien być bardziej rasistowski epitet!), a walka dla mężczyzn. Wyszło na moje! Można! W Polsce też! Tylko trzeba chcieć coś zrobić, a nie chcieć coś dostać! Bo właśnie twierdzenie, że mnie się należy, bo ja tak chcę, jest czystym, krystalicznym przykładem umysłu komunistycznie zniewolonego.”


@mmajstruk

no generalnie to się z tobą zgadzam. ja bym tylko chciał wiedzieć, co ta nowelizacja zmieni REALNIE. może jutro przestudiuje ją i porównam z poprzednią ustawą. w każdym razie już samo czytanie pierwszego paragrafu tego syfu odbiera mi motywacje :)


Tutaj masz takie porównanie, poprawki naniesione na aktualną uobia:
http://www.ferajna.airguns.pl/node/462

Największą zmianą jest wpisanie do ustawy rodzajów pozwoleń, warunków ich uzyskania i rodzaju broni, którą obejmują. Dotychczas było to w rozporządzeniu. To upraszcza odwołanie się od odmownej decyzji, która dzisiaj „nie bo nie” jest wystarczająca – jak sądy administracyjne podkreślają podtrzymując decyzję WPA, nie ma jasnych kryteriów, to WPA może sobie wymyślać co chce.
Sporą zmianą jest nowa definicja broni palnej. Autorstwa KGP, żeby była jasność, nikt normalny (nawet ustawodawcy) na coś takiego by nie wpadł.
Reszta to generalnie kosmetyka.

Logika uobia jest porażająca. Wstęp jest rewelacyjny. Z tego co kojarzę, to jedyny taki zapis w polskim prawie. Sama logika jest porażająca: nie można mieć broni. A potem jest wykazane, że jednak można. I dalej idzie z górki. Nie wolno, ale wolno. Jak możesz, to jednak nie możesz. Coś takiego trudno wymyślić na dobrym haju… ale co tam, w 1999 roku Poseł Dziewulski (znany jako Pierwszy Komandos Rzeczpospolitej) nie takimi zdolnościami się wykazał!


Ten film został usunięty z youtube z powodu… uwaga uwaga!.. naruszenia zasad YouTube zabraniających szerzenia nienawiści. Nie wolno mówić że murzyn kogoś pobił!
Ludzie… to się nie dzieje naprawde.
http://www.theblaze.com/stories/marine-wife-beaten-by-teen-mob-outside-movie/


Dodaj swój komentarz

Connect with Facebook

* - pola wymagane. Adres e-mail nie będzie upubliczniony.

Dozwolone tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Notify me of followup comments via e-mail. You can also subscribe without commenting.

Jeśli komentarz nie ukaże się pod wpisem, to oznacza, że został zatrzymany do moderacji.

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo