Joaquin „El Chapo” Guzman Loera, szef meksykańskiego kartelu narkotykowego, którego majątek oceniany jest na 1 mld dolarów, ponoć wyraził następujące podziękowanie:
Nie mógłbym zostać tak cholernie bogaty, gdyby nie George Bush, George Bush Jr, Ronald Reagan, a nawet El Presidente Obama, bo żaden z nich nie ma jaj, aby przeciwstawić się wielkim pieniądzom, które chcą, aby ten towar był nielegalny. Z głębi serca, chcę powiedzieć – gracias amigos – zawdzięczam wam moje imperium.
Może czas skończyć z prohibicją narkotykową? Ona nie działa i nigdy nie zadziała.
Nie, tym razem to nic poważnego. Chodzi o motywy (themes) definiujące wygląd wordpressowego bloga. Skórki inaczej.
Dziś natknąłem się na bardzo ciekawy artykuł, w którym autor analizuje darmowe motywy dostarczane przez 10 najpopularniejszych wg. Google serwisów zajmujących się tym tematem. Wynika z niego, że właściwie ściągając stamtąd motyw dostajesz to, na co zasługujesz, a nierzadko znacznie więcej niż się spodziewasz.
Głównym problemem są zakodowane fragmenty, które mogą ukrywać złośliwy kod, narażający nasz blog na różne nieprzyjemności. Od stosunkowo niewielkich: jakieś notki copyrightowe, których nie będziemy mogli usunąć, po linki reklamowe i pozycjonujące, aż po szkodliwy kod, który będzie uruchamiany na naszym serwerze. I nie są to jedynie takie potencjalne zagrożenia, bo autor zadał sobie trud ściągnięcia sobie kilku motywów i przeanalizowania ich pod kątem zagrożeń (używając wtyczki Theme Authenticity Checker). I praktycznie każdy motyw posiadał jakieś wady. Z 10 sprawdzonych serwisów autor aprobuje jeden – WordPress.org.
Będę o tym pamiętał szukając nowej skórki…
PiSowi najwyraźniej brakuje doznań dostarczanych przez kwestie katastrofy smoleńskiej, więc przypomnieli sobie, że także należą do elity naprawiaczy świata i postanowili „rozwiązać” jeden problem – przestępstw dokonywanych ofensywną bronią białą, czyli nożami i innymi ostrymi narzędziami. Bo ktoś gdzieś kogoś nożem zabił i zagrożenie jest.
Usiedli gdzieś i nakreślili nową ustawę, która będzie, w ich mniemaniu, godzić w przestępców, który nagminnie używają niebezpiecznych narzędzi w dokonywaniu przestępstw. Bo się tej ustawy przestraszą, jak dotychczas bali się istniejącego prawa. Bo tylko dlatego, że nie było jeszcze więcej zakazów, ludzi nagminnie robią sobie krzywdę.
A tak naprawdę, to przecież „prawo jest zbyt liberalne”, a liberalne prawo to coś, czego żaden etatysta znieść nie może. A PO pewnie ich poprze, że przecież oni liberalizm to widzieli jedynie na swoich hasłach wyborczych.
Według planowanego prawa, broń białą w miejscu publicznym będzie można posiadać jedynie w celu realizacji celu zgodnego z prawem. Jak to się przekłada na zrozumiały język, nie mam pojęcia. A szkoda, bo można zarobić 2 lata za kratami. Na szczęście moje noże nie będą się kwalifikować.
A tak swoją drogą, nie pamiętam czy widziałem kiedykolwiek kogoś w miejscu publicznym z mieczem, maczetą lub kataną…
Siły lewicowego postępu nie ustają w wysiłkach rozbrajania ludzi, aby w przyszłości stali się łatwiejszymi ofiarami. Teraz na cel obrano sobie Szwajcarię, która jest solą w oku przeciwników dostępu do broni palnej. W lutym odbędzie się tam referendum, w którym obywatele opowiedzą się w kwestii odebrania im przechowywanej w domu broni służbowej i przekazania jej do państwowych magazynów.
Uzasadnieniem jest, że „guns kill people”. Znaczy, broń jest źródłem przemocy i służy samobójcom. A przemocy i samobójstw przecież nikt nie chce, nieprawdaż?
A co mówią w jest sprawie fakty? Z 1,5 – 2 mln sztuk broni przechowywanych w Szwajcarskich domach ginie niecałe 300 osób rocznie. W 2007 roku zginęło 291, a w 2008 259 osób. Z tego samobójstwo popełniły odpowiednio 264 i 239 osób, więc przemoc z udziałem broni w Szwajcarii jest niska, mimo olbrzymiego nasycenia bronią, której liczba nie jest dokładnie znana, bo nie ma mechanizmu rejestracji. Jak wiadomo, nic tak nie odstrasza samobójców, jak brak broni.
Niemniej jednak, ci, którzy dążą do uczynienia nas łatwiejszymi ofiarami bandytów rodzimych i obcych, nie zadowolą się niczym, oprócz pełnego rozbrojenia. Mają demokracje i nie zawahają się jej użyć. Ostatecznie, nie ma lepszego sposobu, aby 51% rozbroiło pozostałych 49%. Wystarczy jeden głos przewagi.
Tak, wczoraj właśnie minęła 6 rocznica pierwszego wpisu. Czas leci, a ja się ostatnio trochę opuściłem. Gdzie te czasy 20-30 wpisów miesięcznie (rekord 56 w grudniu 2005)? Postaram się poprawić, jak co roku.
Dziś w Wyborczej pojawił się dość osobliwy tekst na temat „empikowego piractwa” – obyczaju czytania komiksów (i nie tylko) w sklepie bez zapłaty. Tekst oparty głównie o wypowiedzi Tomasza Kołodziejczaka, kiedyś niezłego autora ciekawej fantastyki, z którym miałem przyjemność kiedyś współpracować. Ciekawy to trend, gdy producent atakuje swoich faktycznych i potencjalnych klientów, nazywając ich piratami i złodziejami.
Poniżej komentarz jednego z moich czytelników (Ahk4iePaiv8u).
„Czy czytanie komiksu w empiku to to samo co ściąganie po piracku piosenek z internetu? – Nie widzę specjalnej różnicy – mówi Tomasz Kołodziejczak z wydawnictwa Egmont.”
Panom z Egmontu już dziękujemy. Autorzy komiksów obudzili się z ręką w nocniku, że są tylko dodatkiem hipotetycznego ściągania kasy z potencjalnych klientów.. pomieszanie z poplątaniem. Korporacje twierdzą, że mało płacą wydawcom, ponieważ ludzie kupują w większości tylko kolejne wydania Tolkiena i Harry Pottera, zatem wydawcy, którzy się na to nabierają, podnoszą krzyk, że czytanie komiksów w empiku to piractwo, przerzucając w ten sposób koszt (czyli wymuszając niskie ceny) na autorach.
W rzeczywistości wydawcy mają zakulisowe umowy z empikami.
Na czytaniu, powiedzmy, komiksów w empiku straty kształtują się następująco:
1) Korporacja nie traci, bo klient ktory przyszedl przeczytać komiks za darmo kupi choćby kawę, albo znęci go okazja na COKOLWIEK, w ten sposob wyda COKOLWIEK a gdyby nie przyszedł – nie wydałby NIC.
2) Wydawca nie traci, poniewaz i tak ma umowę z empikami – empik płaci za te komiksy (lub gry ?) z wyprzedzeniem, ten co krzyczy że to piractwo dawno swoją należność dostał. W efekcie empik przerzuca koszt na wydawcę, wiedząc o tym, że wydawca powie autorowi „to nie ja, to ten wstrętny empik-korporacja”. Ale dostawy od wydawcy i tak korporacja ma zagwarantowane, niezależnie od tego jak głośno wydawca na empiki narzeka, ponieważ
3) Traci WYŁĄCZNIE autor. Ponieważ to autorowi wydawca powie „mogę panu zapłacić 10% tego co pan chce dostać, ponieważ empik promuje piractwo i nie chce mi dużo płacić, więc z czego mam zapłacić”.
Czytanie za darmo jest korzystne dla empiku, promowanie „piractwa” jest korzystne dla wydawcy. Ciekawe którego dnia w empikach pojawią się stoiska na ktorych można
„wypróbować” grę komputerową.Trik polega na sugerowaniu autorom, że to nie oni robią „przysługę” wydawcom i sprzedawcom, lecz że wydawcy i sprzedawcy robią „przysługę” TWÓRCOM. Że wydawcy i
sprzedawcy bez TWÓRCÓW sobie poradzą, a twórcy bez egmontu i empiku – nie.Pytanie co z tym można zrobić? Proponowałbym AUTOROM publikowanie gier, filmów, komiksów w postaci o irytująco niskiej, choć czytelnej – jakości, ale CAŁYCH. Za SMS lub po prostu bezpłatne. Tyle że takiego autora wydawcy i empiki natychmiast zaczną unikać jak trędowatego.. hmm… shareware
raczej nie zdał egzaminu, na korzyść opensource zresztą…. ech.
Ja do tekstu mam jedną uwagę – niestety, koszty niszczenia książek faktycznie ponoszą wydawcy, bo z tego co wiem, empik płaci jedynie za sprzedane egzemplarze. Niemniej jednak, to nie jest wina klientów. Korzystanie z usług empiku nie jest obowiązkiem, ale życzę powodzenia wydawcy, który zrezygnuje z empików. Znając obyczaje tej firmy, warto jednak wziąć w biznesplanach pod uwagę fakt, że część nakładu ulegnie zniszczeniu, a nie wylewać pretensji w kierunku swoich klientów, że korzystają ze swojego prawa – ostatecznie czytanie książek w księgarniach jest dozwolone, jeśli tylko księgarz nie ma nic przeciw. Nie wiem, czy nadzór autorski rozciąga się też na to, czy wolno autorowi decydować kto, jak i kiedy czyta jego książkę…
Cóż, dni narzekających wydawców są już naprawdę policzone. Wyginą, jak dinozaury. Autorzy, lepiej weźcie sprawy w swoje ręce – kto pierwszy, ten lepszy.
Państwo troszczy się o nas wszystkich, troszczy się także o przyrodę. Nacjonalizuje lasy, bo wiadomo, że prywaciarze wszystko by przerobili na zapałki. Powołuje także specjalne leśne straże, co nam tam tych państwowych lasów pilnują. W Polsce mamy taką sytuację, że drogi w lasach i przy nich, jeśli nie są drogami krajowymi, wojewódzkimi lub gminnymi, to najczęściej są drogami zakładowymi Lasów Państwowych. I na te drogi nie wolno wjeżdżać – grozi za to dotkliwy mandat. Nie ma znaczenia, że nie ma szlabanu, oznaczenia, droga wygląda na uczęszczaną – obowiązkiem kierowcy jest wiedzieć, kto jest właścicielem drogi i tyle. Państwowe Lasy nie muszą „swojej” własności zaznaczać, i co im zrobimy?
To tylko przykład przywłaszczania sobie przez państwo jednej z wielu dziedzin życia, w której urzędnicy wiedzą lepiej od obywateli. Tak jest wszędzie, co nie oznacza, że to słuszny układ. A jak o czymś decydują urzędnicy, to rzadko są to decyzje dobre. Dziś przykład z USA, całkiem zabawny.
Jest zima, w rzece w lodzie utkwił jeleń. Nie może się wydostać, więc trzeba go ratować. Pojawiają się urzędnicy – strażacy oraz specjalne leśna policja. Rozpoczynają od narady i decydują się, że akcja jest zbyt ryzykowna, więc nic nie zamierzają zrobić. Pojawia się dwóch obywateli, dmucha ponton i wyrusza, wbrew zaleceniom urzędników, na ratunek zwierzęciu. Uwalniają go z lodu. Wszystko dobrze się kończy, poza jednym – urzędnicy nagradzają ich mandatami po $90 za brak kamizelek ratunkowych! Bo prawo stanowe stanowi, że każdy, kto pływa po wodzie łódką (także pontonem) ma mieć kamizelkę. I tak byli łaskawi, bo mogli ich aresztować za zlekceważenie nakazu pozostawienia zwierzęcia samemu sobie.
Wiadomo, urzędnik o wszystko zadba najlepiej. I o nas, i o przyrodę.
Nasi panowie postanowili załatwić jeden gnębiący nas problem – taniejące formy transportu samochodowego, czyli taksówki i przewozy osób. Była za duża konkurencja, ceny spadały i tak dłużej nie mogło być. Precz z wolnym rynkiem!
Uchwalili prawo (jeszcze, na szczęście, nie działa), że teraz za przewózkę kogoś i pobranie za to kaski, będzie 15 tysięcy kary. Nie wiem jaka jest dokładna definicja tego przestępczego procederu, ale jak pojedziemy razem z kumplem jego autem i zwrócę mu połowę kosztów paliwa, to będę mógł go od razu zadenuncjować to tej kary?
Oczywiście, nie ma to nic wspólnego z ochroną klientów. Klienci mają oczy oraz rozum i powinni się byli nauczyć, jak dobierać sobie partnera w interesach. Wciąż działa zasada caveat emptor i nawet 100% regulacja rynku (co to za rynek byłby?) nie ustrzeże nas przed oszustami.
Tylko dzięki temu, ze istnieje konkurencja na rynku przewozów osób, w Warszawie można gdzieś jeszcze przejechać się, nie rujnując doszczętnie budżetu, bo przecież odległości są tutaj całkiem spore (raz zdarzył mi się kurs na 48 kilometrów). Mimo ustalenia maksymalnej ceny za jeden kilometr na 3 złote, można, jeśli się chce, przejechać za połowę tej ceny, właśnie korzystając z rozlicznych przewozów osób, a nawet korporacji taksówkowych, które dzięki konkurencji obniżyły ceny. W wielu mniejszych miastach, gdzie konkurencja jest niewielka, ceny zazwyczaj są wysokie i często sięgają narzuconych odgórnie przez miasta limitów.
Oczywiście, argumentacja za regulacją to troska o klienta i typowe w tej sytuacji strachy na lachy. Bo niby licencjonowane taksówki są super i w ogóle nie oszukują. Ja tam pamiętam czasu mafii taksówkowych i maksymalnych oszustw właśnie w czasach maksymalnej regulacji i braku konkurencji. Ale może ja mam jakąś lepszą pamięć niż nasz ustawodawca. No pewno z logiką u mnie lepiej.
Wyobraź sobie następującą sytuację. Jesteś młody, wysportowany, sprawny, ba, jesteś nawet wyszkolonym żołnierzem, który poznał smak prawdziwej wojny. Idziesz ze swoją żoną do kina, aby się odrobinę rozerwać. W kinie bywa różnie, bo przecież towarzystwa się nie wybiera, więc czasem trafi się jakieś bydło, które nie umie się na filmie zachować. Zapłaciłeś za bilet i chcesz spokojnie obejrzeć film. Zwracasz gówniarzerii uwagę, ale ta nie bardzo chce słuchać, bo czuje się w grupie pewnie. Dopiero interwencja pracowników kina sprawia, że towarzystwo opuszcza seans i możesz obejrzeć film spokojnie. Zapominasz o sprawie.
Niestety, banda wyrostków nie zapomina. I tak nie ma nic lepszego do roboty. Czeka więc cierpliwie aż wyjdziesz z kina. I wtedy cała grupa atakuje. Padasz pod ciosami. Bandyci nie zadowalają się spuszczeniem ci łomotu, ale jeden z nich atakuje także twoją żonę, nokautując ją celnym ciosem.
Nagle atak kończy się, wyrostki rozbiegają się. Pojawia się policja, oczywiście za późno (gdyby byli na miejscu, nie doszło by do tego zdarzenia, bo bandyci nie atakują, gdy policja jest na miejscu), ale przynajmniej udaje im złapać kilku nastolatków.
Taką, mniej więcej, historię opowiada poniższe wideo:
Na samy końcu pada kluczowa informacja, która pozwala lepiej zrozumieć to, co się wydarzyło. Otóż napastnicy nie dlatego zrezygnowali z ataku na parę, bo się zmęczyli, czy znudzili. Jeden z postronnych świadków, jak się go określa – dobry Samarytanin – ruszył do swego samochodu, wyciągnął z niego pistolet i pokazał go napastnikom. Dopiero to spowodowało, że bandyci przestali atakować i zaczęli salwować się ucieczką.
Nie pomogła więc młodość, siła, a nawet wojskowe wyszkolenie. Potrzebny był ktoś z boku, kto miał narzędzie, które pozwoliło mu sprawnie zmierzyć się z dwudziestoosobową bandą, z którą nie miał szans nieuzbrojony marine.
Ale, po co nam broń, przecież zawsze damy sobie radę, no nie? Poza tym, przecież jest bezpiecznie, taka historia nie ma prawa wydarzyć się w naszym spokojnym kraju.
Akurat.
















