Postęp technologiczny

Jakiś czas temu (jak się okazuje już prawie 2,5 roku) przyglądałem się dyskusji w serwisie Slashdot poświęconej procesowi, który wtedy artysta Prince chciał wytoczyć serwisowi The Pirate Bay. Spodobało mi się kilka komentarzy anty-IP, które pozwolę sobie teraz tutaj zacytować w moim, jakże nieudolnym, tłumaczeniu.

A czym dokładnie jest według ciebie ten „postęp”?

To przejście od modelu biznesowego opartego na prawach autorskich, gdzie artyści są opłacani za wykonywanie kopii (i muszą nieźle się natrudzić, aby powstrzymać wszystkich innych od robienia własnych kopii), do modelu biznesowego opartego o usługi, gdzie artyści są bezpośrednio opłacani za tworzenie czy wykonywanie swoich dzieł (i nie muszą martwić się kopiowaniem, gdyż zostaną opłaceni przed tym, gdy wszyscy otrzymają dostęp do ich dzieł).

Co stanie się z artystą, który będzie chciał tylko nagrać płytę: kto zapłaci za taki “występ” i ile? Czy sugerujesz, że jedynie występny na żywo są warte zapłaty?

Przykro mi, ale ten rodzaj „artystów” już spóźnił się na statek, chcąc otrzymywać wynagrodzenie za swoje wysiłki – świat właśnie przepłynął obok.
Występy na żywo to obecnie jedyna metoda zarabiania pieniędzy, i tylko dlatego że nagrania pozwalały zarabiać w ubiegłym wieku, nie oznacza, że istnieje automatyczne prawo do zarabiania na nagraniach w obecnym wieku.

To postęp technologiczny – pogódź się z tym.

Co stanie się z artystą, który będzie chciał tylko nagrać płytę: kto zapłaci za taki “występ” i ile? Czy sugerujesz, że jedynie występny na żywo są warte zapłaty?

Ktokolwiek, kto chce, aby nagrał płytę i zechce mu za to zapłacić. Najbardziej prawdopodobne, że będzie to grupa fanów robiących na ten cel zrzutkę.

Oczywiście, istnieje prawdopodobieństwo, że nie będzie wystarczająco wielu chętnych do zapłaty za płytę, co oznacza, że powinien znaleźć sobie jakieś inne zajęcie. Artysta, któremu nikt nie chce płacić, jedzie na takim samym koniu jak fryzjer czy architekt, którym nikt nie chce płacić.

Czy sugerujesz, że jedynie występny na żywo są warte zapłaty?

Nic nie sugeruję w kwestii wartości. Wszystko, co robisz jest na tyle „wartościowe”, na ile znajdą się chętni, aby za to zapłacić. Obecnie coraz mniej ludzi jest chętnych do płacenia za wykonywanie kopii, bo nie tam rodzi się prawdziwa wartość: pochodzi ona z oryginalnego aktu komponowania, nagrywania i wykonywania.

Artysta może wybrać sobie sposób dystrybucji. Jeśli chce rozpowszechniać swobodnie i zarabiać na koncertach, to może wybrać sobie licencję Creative Commons i mieć to z głowy. Jeśli wybierze sobie innych sposób, to jest to jego wybór.

A czy artysta, na ten przykład, może rozpowszechniać poprzez wynajęcie uzbrojonych ludzi, który będą publicznie prezentować jego muzykę, a następnie żądać od przechodniów zapłaty za przyjemność słuchania? Nie. Istnieją ograniczenia tego, co wolno artyście. Są granice, które nie pozwalają mu naruszać prawa innych w sposobie wybranej dystrybucji (w tym przypadku definiuję „prawo” jako „pozwolenie na zrobienie czegoś, co jestem w stanie zrobić”). Na przykład, nie wolno mu zabraniać innym słuchania jego muzyki w mojej obecności, ani też zabraniania mi przekazywania tego prawa innym.

Głównie dlatego, że byłoby to uznane za absurd. Nie muszę słuchać swoich płyt jedynie w słuchawkach i mogę je sprzedawać. Niezależnie czy się z tym zgadzasz, czy nie, ważne są następujące kwestie:

  1. Artyście nie posiadają wyłącznej kontroli nad sposobami dystrybucji. Jedyna rzecz, które całkowicie kontrolują, to wybór czy w ogóle dystrybuować czy nie.
  2. Rozszerzanie zasięgu kontroli dystrybucji oznacza ograniczanie praw odbiorców.
  3. Wyznaczona granica w odniesieniu do wzajemnie wykluczających się praw (w tym wypadku praw do dystrybucji) jest wyznaczona przez prawo (to jest poprzez teoretycznie publiczną decyzję), a nie jest czymś wbudowanym w podstawy ludzkości.

Jako twórca, ma on swobodę wyboru i nie mamy prawa dyktować mu, co zrobić. Jeśli nie podobają nam się jego zasady, nie musimy słuchać jego muzyki.

Nie wierzę, że ma tę swobodę. Zakładasz, że punkt 3 jest ustalany we właściwy sposób, albo że jest to jakieś przyrodzone prawo twórcy, co byłoby niemoralne.

Nikt nie przykłada ci pistoletu do głowy zmuszając do słuchania Purple Rain.

… i codziennie budzę się z uśmiechem na twarzy, bo wiem, że będzie to kolejny dzień, w którym nie będę musiał słuchać Purple Rain.

Artysta może wybrać sobie sposób dystrybucji. Jeśli chce rozpowszechniać swobodnie i zarabiać na koncertach, to może wybrać sobie licencję Creative Commons i mieć to z głowy. Jeśli wybierze sobie innych sposób, to jest to jego wybór. Jako twórca, ma wolność wyboru, i nie jest naszym prawem dyktować mu, co ma robić.

Tak, zgadzam się, że ma prawo zdecydować jak chce rozpowszechniać swoje dzieła. I także uważam, że ty masz prawo decydować jak rozpowszechniać jego dzieła i ja mam prawo decydować jak ja rozpowszechniam jego dzieła. Nie zamierzam mu tego dyktować, dopóki on nie będzie tego dyktował tobie, mnie czy komukolwiek innemu.

Nikt nie przykłada ci pistoletu do głowy zmuszając do słuchania Purple Rain.

Jednak przykładali nam pistolety do głów i próbowali zmusić nas, abyśmy nie używali własnych nagrywarek CD i internetu do reprodukowania pewnych liczb. To jest tak samo złe.

Czuję, że ludzie powinni otrzymywać zapłatę za swoją prace, i gdy w końcu będę mógł zamówić 3 sezon na DVD, to zrobię to.

Całkowicie zgadzam się, że ludzie powinni otrzymywać zapłatę za swoją pracę. Ale wykonywanie kopii to nie jest praca, którą wykonuje artysta, ale to praca dla tresowanej małpy i komputera, i nie mam chęci płacić komuś za kopię, skoro mogę znaleźć tysiące ludzi chętnych do zrobienia mi tej kopii za darmo. Artyści powinni otrzymywać zapłatę za pracę, do której posiadają unikatowe kwalifikacje – komponowanie, nagrywanie czy wykonywanie – bezpośrednio pobierając za to opłaty.

Wiele z tej moralizatorskiej postawy The Pirate Bay i ich zwolenników to zwykła przykrywka dla „jestem zwykłym skąpcem i nie chcę płacić za rozrywkę”.

Wiele też zasadza się na poglądach, które nie mają nic wspólnego ze skąpstwem, a z prawami człowieka, wolnością słowa i frustracją związaną z popieraniem pieniędzmi podatników niedającego się dalej utrzymywać modelu biznesowego przemysłu rozrywkowego.

Załóżmy, że artysta wybrał […] licencję Creative Commons Uznanie Autorstwa-Użycie Niekomercyjne-Na Tych Samych Warunkach. Czy masz obowiązek postępować zgodnie z postanowieniami tej licencji? Zgodnie z tym, co piszesz powyżej, masz kompletną swobodę użycia dzieła do celów komercyjnych.

Zgadza się. O ile nie podaję się za autora czyjegoś dzieła – co byłoby oszustwem – uważam, że nie powinno być żadnych ograniczeń w kwestii jak je dystrybuuję.

A co, jeśli on nie chce, aby powstawały dzieła zależne?

To powinien zatrzymać swoje dzieło dla siebie.

A tak w ogóle, to co on sobie myśli: że jest Zeusem, który sprawia, że w jego umyśle pojawiają się kompletnie nowe pomysły, całkowicie uformowane? Kto na tym padole może szczerze powiedzieć, że jego dzieło nie są w jakiś sposób zależne od innych? Jeśli zamierzasz tworzyć na bazie dzieł innych, to możesz spodziewać się, że inni będą także tworzyć na bazie twojej twórczości.

Przyjmijmy, że ktoś rozpowszechnia kod z licencją GPL. GPL to licencja z bardzo ostrymi zasadami. Powiedzmy, że nie jest ci na rękę, że ten kod ma licencję GPL. Czy masz prawo zignorować licencję i dołączyć ten kod do kodu zamkniętego?

Tak. Ale także każdy ma prawo do wzięcia aplikacji opartej o zamknięty kod i dzielić się nią swobodnie z innymi, poddać ją inżynierii wstecznej, rozpowszechniać zdekompilowany kod, tworzyć dzieła zależne, itd.

A tu niespodzianka… GPL działa dzięki prawom autorskim. Jeśli byś tak uczynił, to będzie to naruszenie prawa autorskich.

GPL próbuje głównie przywrócić wolności, które zabierają prawa autorskie.

Próbuje także pójść nieco dalej, ale ja jestem w stanie zrezygnować z gwarancji dostępu do zmodyfikowanego kodu w zamian za korzyści z likwidacji praw autorskich (RMS nie zgodzi się ze mną, ale cóż).

Artyści skarżą się na to, że kradnie się ich dzieła i opowiadają wiele strasznych historii o tym, że ktoś nie zapłacił im honorariów, czy że ktoś użył ich dzieł nie podając autorstwa i nie kompensując im tego.

Nie wypłacenie honorarium = złamanie umowy. Użycie czyjegoś dzieła jako własnego = oszustwo. Nie potrzeba praw autorskich, aby ustrzec się przed jednym i drugim.

Proszę uszanuj ich prawa jako ludzi zanim uczynisz ich jedynie pobocznymi ofiarami w swojej „moralnej” krucjacie.

Szanuję. Nie wierzę jedynie, że do tych praw zalicza się „prawo” zabraniania innym komunikować się, czy prawo do domagania się dochodu, gdy ktoś skorzysta z pracy, którą wykonało się w przeszłości.

Tak czy inaczej, cynicznie patrząc, nie uważam, że w tej krucjacie jest cokolwiek moralnego.

Nie tak będzie – podobnie ja oceniam twoją stronę. Jestem przekonany, że zwolennicy praw autorskich, niezależnie od prezentowanej postawy w kwestii „praw”, tak naprawdę są głównie motywowani chciwością, lenistwem i zazdrosnym pożądaniem możliwości zabraniania innym cieszenia się z czegokolwiek, o ile (zwolennicy) nie będą mieli udziału w tej radości.

Albo może ja o prostu nie chcę, aby moje dzieło było używane na pewne sposoby i koniec. […] Przypuśćmy, że jesteś przeciwnikiem wojska i stworzyłeś jakiś komponent użyteczny w silnikach do gier, np. kod sztucznej inteligencji i niech chcesz, aby używało go wojsko.

Nie robi to na mnie wrażenia. Dlaczego miałbyś móc dyktować jak ludzie będą używać kodu, który opublikowałeś?

Jeśli chcesz mieć kontrolę nad swoim kodem, zatrzymaj go dla siebie. Jak go opublikujesz, jest poza twoim zasięgiem. Jeśli martwi cię wojskowe zastosowanie kodu, to może nie powinieneś pisać niczego, co może się im przydać? Mojego oprogramowania używali ludzie, których nie lubię, w celach, których nie aprobuję, ale nie moją rolą jest ich osądzać. Jestem programistą, a nie kaznodzieją.

A więc znasz zawodowego artystę? Czy zapytałeś go kiedykolwiek jakby się czuł, jeśli wszystko, co stworzył przechodziło od razu do domeny publicznej? Żaden z tych, których znam (trzech pianistów z rodziny) nie byłby szczęśliwy z tego powodu.

Pewnie, niektórzy nie byliby szczęśliwi. Ale wiesz co? Mnóstwo ludzie obecnie nie jest szczęśliwych z powodu praw autorskich i z pewnością jest ich więcej niż zawodowych artystów. Jeśli celem prawa byłaby maksymalizacja szczęśliwości, to użytkownicy P2P wygraliby olbrzymią przewagą.

Ale celem prawa nie jest sprawianie, by ludzie byli szczęśliwi, ale gwarantowanie pewnych praw, i w mojej opinii, prawo do swobodnego dzielenia się informacją jest znacznie ważniejsze niż postulowane prawo do sprzedawania kopii.


To stary problem

Kwestie zasadności autorskiego i wynalazczego monopolu nie są wcale współczesnym problemem, uwypuklonym przez powszechną cyfryzację wytworów ludzkiego intelektu, a tym samy łatwość i prostotę przełamywania narzuconych przez ten monopol ograniczeń. Dzięki Instytutowi Misesa mogłem przeczytać bardzo ciekawy tekst Wendy McElroy „Prawa autorskie i patentowe w periodyku Benjamina Tuckera” dotyczący dyskusji na tematy „własności” intelektualnej toczących się ponad wiek temu.

Jak widać, już wtedy zasadność istnienia praw autorskich i patentowych budziła sporo zastrzeżeń i argumentacja, której używano, wcale nie odbiega od tego, co słyszy się obecnie. Co więcej, problemy „własności” intelektualnej były zauważane już wtedy, mimo że od powszechności naruszania praw autorskich, z którą mamy do czynienia obecnie, dzieliło dyskutantów ponad 100 lat. Dyskusja, siłą rzeczy, musiała obracać się wokół spraw podstawowych, czyli genezy własności i zasadności użycia tego terminu do idei, bez wchodzenia w technikalia dystrybucji czy naruszeń. Teraz o wiele łatwiej wspierać się argumentami praktycznymi, opartymi o nasze doświadczenia i obserwacje otaczającego świata, co jednak nie umniejsza wartości argumentacji opartej o podstawy. Dobra lektura, polecam.


Mit Dzikiego Zachodu

Bardzo często proponując bardzo wolnościowe rozwiązania spotykam się z zarzutem, że wtedy to będzie tak, jak było na Dzikim Zachodzie. W domyśle, strasznie, o wiele gorzej niż jest obecnie, więc cokolwiek, co proponuję, nie ma sensu, bo przecież Dzikiego Zachodu nie chcemy, prawda?

Dziki Zachód, jakim go potocznie się postrzega, głównie przez pryzmat filmów, to mit. Myślę, że w porównaniu do wielu aspektów współczesnego życia, Dziki Zachód wydawałby się nam oazą spokoju i szczęśliwego życia. Tak przynajmniej mogę wywnioskować z materiałów, które mi się udało wyszperać w internecie.

Zacznijmy od mitycznych bandytów, wśród których najbardziej znany jest Billy Kid. Jego mit przypisywał mu ponad 20 ofiar, a hollywoodzkie ekranizacje zgodnie z wymogami rozrywki, jeszcze więcej. Niemniej jednak, ten najbardziej znany przestępca z czasów Dzikiego Zachodu zabił „zaledwie” 4 osoby, a przyczynił się jeszcze do paru ofiar. Jego mit był efektem sprytnej propagandy, z której korzystał sam Billy, bo znacznie mu to ułatwiało bandyckie rzemiosło bez konieczności uciekania się od mordowania. Tak wygląda najsławniejszy bandyta tamtych czasów. To co powiedzieć o tych, którzy polecili strzelać do stoczniowców w 1970 roku, skoro już przy grudniowych rocznicach jesteśmy?

Skoro „gwiazdy” ówczesnej gangsterki nie były aż tak przerażające, to może po prostu ogólny poziom przemocy był na tyle wysoki, aby usprawiedliwić złą opinię Dzikiego Zachodu. Przecież oglądając westerny widzimy, że praktycznie co chwila ktoś do kogoś strzela, co zapewne miało być efektem powszechnego posiadania broni.

Otóż w miastach: Abilene, Ellsworth, Wichita, Dodge City, and Caldwell, czyli największych miastach kowbojskich tamtych czasów, w latach 1870 do 1875 miało miejsce zaledwie 45 zabójstw, czyli 1,5 zabójstwa w sezonie. W Abilene, które uchodziło za najdziksze z tych miast, nikt nie zginął w latach 1869 i 1870. W najgorszym roku w miejscowości Tombstone, tam gdzie miała miejsca strzelanina O.K. Corral, zginęło 5 osób. Sława strzelaniny O.K. Corral to mit stworzony przez mieszkańców w celu przyciągnięcia nowych mieszkańców i turystów.

Przytoczone liczby oznaczają współczynnik zabójstw wynoszący około 1 w przeliczeniu na 100 tysięcy mieszkańców. Dla porównania, dane obecne: USA – 5,0, Polska – 1,28, Finlandia – 2,17, Szwajcaria – 1.01, Europa – 5,4, Świat – 7,6 (a tu interaktywna mapka).

No dobra, może bandyci nie mordowali zbyt często, ale mając na uwadze inny powszechny wizerunek Dzikiego Zachodu, to pewnie napadali i rabowali banki. Otóż i to okazuje się być mitem. Do roku 1900 nie było napadów na banki w żadnym z większych miast stanów Colorado, Wyoming, Montana, obu stanach Dakota, Kansas, Nebraska, Oregon, Washington, Idaho, Nevada, Utah, New Mexico, a jedynie kilka napadów w stanach California i Arizona. W ciągu czterech dekad 1859-1900 w 15 stanach miało miejsce w ogóle zaledwie kilka napadów na banki. Dziś rocznie w Polsce ma miejsce więcej napadów na banki niż na Dziki Zachodzie przez całe dekady.

Jeśli zwiększenie zakresu wolności osobistej oraz pozwolenie uczciwym obywatelom na posiadanie broni ma przybliżyć nas do czasów Dzikiego Zachodu, co prorokują przeciwnicy wolności, to powinniśmy zrobić to czym prędzej. Oczywiście nie dlatego, że występuje korelacja (bo to nie musi być przyczyna), ale dlatego, że to po prostu słuszne.

Źródła:


Wywiad dla Młodzieży Imperium

Udzieliłem wywiadu dla pisma internetowego młodzież narodowej – Młodzież Imperium. Numer z wywiadem pojawi się wkrótce, a ja mogę zamieścić go już u siebie, a dotyczy on tematów infoanarchistycznych.

Podobno dawno temu przynależał Pan do „copyrightowych zamordystów”. Jak doszło do zmiany poglądów – na zasadzie „nagłego oświecenia” czy raczej ewolucyjnie? Czy wiązało się to z jakimiś wewnętrznymi konfliktami lub dylematami?

To był raczej ewolucyjny proces. Gdy zacząłem zarabiać na prawach autorskich, za zacząłem także zauważać spory dysonans pomiędzy otaczającą mnie rzeczywistością, a wyrażanym przeze mnie postulatem, że trzeba wszystkich, którzy naruszają prawa autorskie, a już szczególnie moje, pozamykać jak najszybciej do więzień, bo „przecież mnie okradają”. Jednak sam bardzo regularnie i świadomie naruszałem prawa autorskie, jak zresztą wszyscy, których znam, więc pewnie musiałbym zacząć zamykanie w ciupie od siebie, a następnie zamknąć wszystkich z mojego pokolenia i młodszych. A interpretując ściśle prawo autorskie, to pewnie także wielu starszych.

Jeszcze wtedy nie docierała do mnie argumentacja przeciwników praw autorskich – uczestniczyłem zresztą na początku lat 90. w polemice na ten temat z „Najwyższym Czasie!”, oczywiście z pozycji zamordystycznych. Co prawda, nie wiedziałem wtedy jak pogodzić obserwowaną rzeczywistość z postulowanym przeze mnie istnieniem i silnym egzekwowaniem tego autorskiego monopolu, ale myślałem, że jakoś to się uda, jeśli tylko ktoś się lepiej nad tym zastanowi i „coś zrobi”.

Przez parę lat nie w tej kwestii nie robiłem – piraciłem po staremu, tworzyłem gry i chciałem, aby coś z tym zrobiono, ale tak już bez przekonania. Potem przeczytałem teksty Jacka Sierpińskiego na te tematy, choć jeszcze mnie nie przekonał, aż natrafiłem na tekst Stephana Kinselli „W obronie Napstera i przeciwko Drugiej Zasadzie Zagospodarowania” (dostępny u mnie, na stronie), który zmienił zupełnie moje postrzeganie problemu praw autorskich. Właśnie wtedy zrozumiałem dlaczego to, co nie trzymało się kupy, naprawdę tej kupy się nie trzyma. Argument o nadrzędności „własności” intelektualnej nad normalną własnością, którą jako libertarianin bardzo sobie cenię, uzmysłowił mi sztuczność oraz fałszywość koncepcji „własności” intelektualnej (zwanej dalej WI) i jej destrukcyjny wpływ na naszą własność i wolność. Stałem się wyznawcą nowej wiary, a właściwie niewiary we „własność” intelektualną. Potem stałem się ewangelistą tej niewiary, oczywiście na swój skromny sposób.

Czy można mówić o „infoanarchizmie” jako o jakimś w miarę jednolitym ruchu? Czy ludzie walczący z „tyranią patentów i praw autorskich” organizują się w jakieś grupy?

Nie, to zupełnie nieformalny i niezbyt precyzyjnie zdefiniowany ruch. Sporo przeciwników szeroko pojętej WI można spotkać wśród libertarian, ale też wśród osób o mniej radykalnych poglądach można znaleźć ludzi, którzy widzą i postulują konieczność reform w systemie praw WI. Tych zwolenników reform najczęściej nazywa się „copyfighterami” i bywają to bardziej zorganizowane i poważane grupy, zresztą o różnych docelowych celach swojego działania. Jedną z większych organizacji jest chyba Creative Commons, która poprzez swoje „liberalne” licencje i propagowanie obejmowania nimi wielu dzieł mocno sprzyja wyzwalania kultury ze szpon „wszelkich praw zastrzeżonych”, typowych dla praw autorskich. Warto też pamiętać o ruchu wolnego oprogramowania, który jest istotnym, bardzo prężnie działającym systemem kreowania przedmiotów prawa autorskiego niejako przeciw temu prawu.

Według jakich kryteriów można podzielić argumenty wysuwane przeciwko obecnemu modelowi „ochrony własności intelektualnej”? Na przykład – o ile wiem – libertarianie koncentrują się głównie na kwestii definicji pojęcia własności, sięgają po argumenty z rzadkości dóbr, z konfliktu własności intelektualnej z materialną etc. Z drugiej strony mamy także argumenty „humanistyczne” – na temat nieskrępowanego dostępu do „dóbr kultury i nauki”, walki z „wielkimi korporacjami”, umacniania współpracy i więzi społecznych przez wymianę plików etc. Czy wszystkie te rodzaje argumentów są Panu jednakowo bliskie? Czy są wśród nich takie, które uważa Pan za nietrafione?

Dla mnie najsilniejszy jest argument o faktycznej nadrzędności WI w stosunku do własności rzeczy materialnych (opartej o rzadkość tych rzecz) i nieuchronny konflikt pomiędzy nimi.

Argumenty lżejsze, „humanistyczne”, to raczej argumenty wspierające, działające na tych, dla których sama własność nie jest tak istotna (niezależnie od tego, że ja akurat uważam ten lekceważący stosunek do własności za głupotę). Poza tym, argumenty wspierające to jednak przykłady korzyści będących logicznymi konsekwencjami odejścia od autorskich monopoli.

Trudno powiedzieć mi, w jaki sposób pogrupowane są argumenty przeciwko WI – nie zastanawiałem się nad tym. Ja opieram się najczęściej na tych, które wywodzą się z rzadkości dóbr materialnych i prawa własności, ale bywa też, że często przechodzę do argumentacji z pozycji skutków, a nie przyczyn. Na potrzeby dyskusji przyjmuję tezę przeciwników – prawa autorskie istnieją i muszą być egzekwowane (w domyśle, jeszcze lepiej niż obecnie, bo przecież naruszenia praw autorskich to ogromny i globalny „problem”) – następnie pokazuję nieuchronne konsekwencje takiego podejścia – erozję własności tradycyjnej i likwidację prywatności. Oczywiście to w pewnym sensie argumentacja utylitarystyczna, skupiająca się na korzyściach i stratach, ale gdy trafi na podatny grunt, to łatwiej przejść do obiektywnej argumentacji opartej o prawo własności.

Argumentacja lżejsza ma taką przewagę, że często trafia do szerszego grona odbiorców i zmusza ich do zastanowienia się nad problemem. A to już krok w dobrym kierunku.

Nie jestem pewien do końca słuszności argumentów, które twierdzą, że własnością nie można obejmować dóbr niematerialnych. Wynika to raczej z tego, że nie poświęciłem tej argumentacji dostatecznie dużo rozważań, a nie że jest niesłuszna. Staram się tego argumentu nie używać, bo jest mnóstwo innych, do których jestem w pełni przekonany.

O ile nie mam wątpliwości w niesłuszność argumentacji na rzecz istnienia WI, to sam problem korzystania z efektów czyjejś pracy bez rekompensaty, budzi pewne moje wątpliwości. Z pewnością jednak WI nie jest jednak właściwą odpowiedzią na ten problem.

Z jednej strony wielu z nas, korzystając z nielegalnie zdobytych dzieł niewątpliwie czerpie korzyści, nawet jawnie to przyznając, nijak nie rewanżując tym, którzy te dzieła stworzyli. Można by zastanowić się, czy nie istnieje jakiś mechanizm, który powinien autorowi wynagrodzić wysiłek, który przecież przysporzył nam korzyści. Z drugiej strony, autor tworząc dzieło, nie może mieć żadnych oczekiwań do tego, czy ktokolwiek będzie miał z niego pożytek, niezależnie czy istnieje system praw autorskich czy nie. Dzieło i tak powstało, ale sam ten fakt jeszcze nie daje autorowi praw do żadnych roszczeń.

W jaki zresztą sposób miałby on tych roszczeń dochodzić bez porozumienia się z aniołem stróżem każdego z nas? Autorom pozostaje chyba dobra wola użytkowników dzieł, albo techniczne systemy ograniczające dostęp do dzieł – jedno i drugie rozwiązanie nie wymaga ingerencji państwa i jego systemu prawnego w celu regulacji relacji autorów i ich odbiorców.

Kontynuując wątek rozpoczęty w poprzednim pytaniu – jaki jest Pański stosunek do ruchu „wolnego oprogramowania”, zainicjowanego przez Richarda Stallmana? O ile wiem, to w jego działalności argumentacja „z praw własności” i z rzadkości dóbr nie jest na pierwszym miejscu (pojawia się raczej jako dodatek, a sam Stallman uważa się za lewicowca i nawet ubolewa nad nadmiarem libertarian w kręgach sympatyzujących z „wolnym oprogramowaniem”).

Ruch wolnego oprogramowania to bardzo pozytywny ruch i mogę patrzeć na niego jedynie z radością. Wolne oprogramowanie nie tylko z nazwy, ale także w wielu aspektach jest całkowicie wolne. Ja rozumiem argumentację Stallmana i jego cele. On też często swą argumentację opiera na prezentowaniu skutków istnienia obecnego monopolu i także mu się sprzeciwia.

Problemem jest jednak cel ostateczny – ja chciałbym całkowitej likwidacji monopolu, a on raczej zainteresowany systemem opartym o nadrzędnych prawach użytkownika. System ten ma dla mnie taką samą wadę, jak i system obecny – wymaga użycia państwa i jego aparatu przymusu do wymuszenia respektowania go. Na szczęście licencja GPL nie jest jedyną licencją wolnego oprogramowania i wśród zwolenników tego ruchu jest wielu, którzy wolność w zakresie oprogramowania rozumieją inaczej niż Stallman.

Niemniej jednak, ruch wolnego oprogramowania, nawet w wykonaniu zwolenników teorii Stallmana to dla mnie idealne narzędzie w argumentacji, pokazujące, że kreatywność istniała, istnieje i będzie istnieć w obliczu braku prawnej ochrony dzieł (w tym wypadków oprogramowania). Nie musimy spekulować, czy i jak będzie wyglądała przyszłość oprogramowania przy braku ochrony prawnej, bo mamy doskonały i całkiem pokaźny przykład, jak to faktycznie wygląda. Wolne oprogramowanie dowodzi też, że motywacje autorów i twórców do tworzenia są bardzo często zupełnie inne niż te, który im się przypisuje – nie zawsze, a właściwie w większości przypadków ludzie kreują nie z chęci zysku, ale z potrzeby tworzenia. To jest właściwy napęd kultury i innowacji – pieniądze to niejako skutek uboczny.

Czy wśród zwolenników wolnego rynku (i w ogóle wśród ludzi) spotyka się Pan z niezrozumieniem i niedowierzaniem, kiedy głosi Pan „infoanarchistyczne” tezy? W szczególności chodzi mi tu o reakcję typu: „Zaraz, zaraz, jesteś libertarianinem, czyli masz obsesję na punkcie własności, a tu nagle popierasz kradzież? Ależ to zupełna sprzeczność!”

Oczywiście, że zdarza się. W takim wypadku staram się kierować dyskusje na kwestie podstawowe – czyli wykazanie, że nie można posiadać czegoś, co nie powinno być przedmiotem prawa własności, czyli jest niezdolne do bycia ukradzionym. No i zawsze pozostaje argumentacja, że kopiowanie to nie kradzież, bo przecież „właściciel” nic nie traci. Ba, przeważnie nawet nie zauważa i odczuwa, że coś mu niby zabrano.

Tak naprawdę, to uważam, że to ludzie, którzy jeszcze po prostu tej kwestii dobrze nie przemyśleli. Każdy w końcu zostanie infoanarchistą, gdy się na tym porządnie zastanowi.

Można odnieść wrażenie, że w Polsce (ale pewnie i na świecie) panuje pewna schizofrenia gdy chodzi o wymianę plików, xerowanie materiałów papierowych etc. Z jednej strony ogromna większość ludzi to praktykuje, częstokroć nawet „intuicyjnie” (niejako odruchowo, bez głębszej refleksji), z drugiej jednak – gdy kogoś przycisnąć – na ogół nie słyszy się żadnej rzeczowej argumentacji, a jedynie mętne, niejasne wykręty w rodzaju: „Trudno, nie jestem święty…”, „Nie ma rady, przy tych cenach bym nie wyrobił…”, „Oj tam, Metallica nie zbiednieje…” itd. Czy Pan również dostrzega taką postawę?

Oczywiście. Ludzie robią to, co jest naturalne dla danych cyfrowych, komputerów i łączących je kabli (czy, coraz częściej, fal radiowych). Naturą bitów jest ich kopiowalność – cała funkcjonalność urządzeń cyfrowych opiera się na kopiowaniu. Pozbawienie bitów tej własności jest niemożliwe, tak jak niemożliwe jest, aby woda przestała być mokra.

Wszyscy kopiujemy, czasem nieświadomie, czasem zupełnie świadomie, będą przekonanym, że mamy do tego prawo, niezależnie od faktycznej sytuacji prawnej, a czasem zupełnie to prawo olewamy, bo takie działanie jest po prostu naturalne i wygodne. I nie widzimy w tym nic moralnie nagannego (i nie wydaje mi się, aby było przykazanie „Nie kopiuj”). To tylko prawo stwierdziło, że bitów, a szerzej mówiąc – idei – w pewnych sytuacjach ma się po prostu „nie dać kopiować”. Bo jest to w interesie autorów, bo inaczej nas ukarzą i przestaną tworzyć. W obawie przed ich zemstą i gniewem, mamy zapomnieć, że to umiemy. Mamy zapomnieć, że nasze urządzenia bez wysiłku to potrafią. Bo „nie wolno”.

Jestem pewien, że nawet gdyby prawa autorskie zniknęły jutro, to nie mielibyśmy jakiejś wielkiej eksplozji procederu kopiowania, bo ten proceder jest już bardzo powszechny. Oczywiście, nasiliłby się w pewnych miejscach, gdzie obecnie z przyczyn zwiększonego zagrożenia wykryciem naruszeń trochę mniej się kopiuje i używa dzieł tymi prawami objętymi, ale nie byłoby jakieś kolosalnej eksplozji. Ba wiele rzeczy ludzie kopiują i ściągają niejako na zapas, korzystając z okazji, a nie faktycznej potrzeby.

Kopiujemy więc na potęgę i w wielu przypadkach po prostu nie zastanawiamy się dlaczego, a „przyłapani” próbujemy jakoś wyjaśnić sobie niezgodność naszych działań z faktycznym stanem prawnym oraz tym propagandowym przekazem. Stąd te wytłumaczenia, często zresztą całkiem zgodne z rzeczywistością (Metallica naprawdę nie zbiednieje).

Odnośnie poprzedniego: propaganda, wykorzystująca pojęcia typu „piractwo”, „kradzież” etc. wydaje się być mocno zakorzeniona w umysłach. A jak Pan ocenia (od strony etycznej) po prostu zwyczajne korzystanie (tak jak de facto miliony to robią – bez ścisłego oglądania się na przepisy) z dobrodziejstw mp3, pdf, torrentów, rapidshare, a także magnetowidów (póki były popularne) czy xerokopiarek? Dopuszczalne jako rodzaj obywatelskiego nieposłuszeństwa – albo po prostu normalność?

Kopiowaliśmy w przeszłości, kopiujemy obecnie i raczej to się zmieni. Bo to normalne działanie, zgodne z naturą dystrybucji idei, wiedzy, kultury, zgodne z możliwościami technologii komputerowej i telekomunikacyjnej.

Tak jak normalne było, gdy w naszym kraju prawo autorskie formalnie nie działało i nie obejmowało wielu dziedzin twórczości. Nikt wtedy nie zastanawiał się ani nad moralną stroną takiego działania (o ile założymy, że proces kopiowanie jest dobry czy zły – moim zdaniem jest on moralnie neutralny), ani też nad jego stroną prawną. Po prostu szło się do kumpla i przegrywało płytę czy kasetę na naszą kasetę przy obopólnej radości. Nagrywało się film z TV nie zastanawiając się, czy korzystamy z prawa dozwolonego użytku. Korzystało z naszej własności, z tych wszystkich coraz nowocześniejszych technicznych wynalazków, które powoli z zachodu wkraczały w naszą rzeczywistość. Nikomu przez myśl nie przeszło, że autorzy (a właściwe jakieś zaangażowane przez nich bojówki, bo jak inaczej?) powinni móc wchodzić do naszych domów i podglądać co tam robimy sobie z naszym magnetowidem, a nawet rekwirować naszą własność, a nas karać grzywnami lub więzieniem.

Dziś ilość tych ciekawych urządzeń wzrosła niepomiernie, ich możliwości i jakość także, a cyfryzacja spowodowała, że możemy robić kopie idealne. Nic dziwnego, że normalnie z nich korzystamy? Nie rozumiem dlaczego teraz powinniśmy godzić się, że ktoś będzie miał prawo ingerować w naszą prywatność, w naszą własność, w naszą komunikację? Co się zmieniło od dawnych czasów, poza postępem technicznym? Bycie twórca i autorem nie daje nam władzy nad innymi. Nawet jak sprzymierzymy się z państwowym aparatem przymusu i nadamy sobie taki prawny przywilej – dalej jest to niesłuszne.

Nie sądzę, że skala naruszeń praw autorskich jest tak duża, bo ludzie mają jakiś cel, na przykład pokazanie obywatelskiego nieposłuszeństwa. To raczej naturalne działanie, które faktycznie, ze względu na skalę, przeradza się w jakiś manifest nieposłuszeństwa. Ale gdy zaostrzymy ochronę autorskiego monopolu, możemy spodziewać się jedynie, że zwiększy się ilość naruszających (choćby poprzez ograniczenie obecnie legalnych działań w ramach dozwolonego użytku) i tylko wzrośnie niezadowolenie. Ludzie nie walną się nagle w czoło i stwierdzą, że „byliśmy przecież niedobrzy dla twórców, trzeba wziąć się w garść i wrócić na drogę cnoty, wyrzucić komputer i odciąć się od sieci”.

A propaganda propagandą. Oni mają w rękach media, więc jeszcze jakieś śladowe efekty działań propagandowych są, ale my mamy w rękach internet. Kiedyś propaganda przestanie działać.

Znam osoby, które nie ściągają płyt w mp3 (bo się nie godzi), ale codziennie przesłuchują piosenki wrzucone na youtube (oczywiście nie sprawdzając i nawet nie mając zbytniej możliwości sprawdzenia, na jakich zasadach materiały zostały tam umieszczone). Na pewnym forum spotkałem zdeklarowanego obrońcę „własności intelektualnej”, który w awatarze wykorzystywał obrazek z bajki o Kubusiu Puchatku (być może, a nawet prawdopodobnie objęty prawami autorskimi) – z czego tłumaczył się w ten sposób, że „nie było napisane, że nie wolno”.

Bo ludzie tak naprawdę nie wiedzą, jak szerokim pojęciem jest ten monopol. Pomijając dość niejasno zdefiniowane ramy dozwolonego użytku, to faktycznie „wszelkie prawa zastrzeżone”. To właściciel praw autorskich (i rzadko jest to autor, czego też wielu ludzie sobie nie uzmysławia) może decydować o wszystkim w zakresie swego dzieła i dzieł zależnych, co się z dziełem dzieje, kto i jak z niego korzysta, kto kopiuje i dystrybuuje itp. To władza, której właściciele rzeczy materialnych mogą jedynie zazdrościć.

Czy można jednak znaleźć jakiś punkt równowagi pomiędzy rekompensowaniem posiadaczom praw autorskich (bo o to w praktyce chodzi), a zachowaniem wolności, prywatności i klasycznej własności?

Mniej radykalni zwolennicy reform twierdzą, że taką równowagę da się osiągnąć, a obecnie została ona zachwiana na rzecz posiadaczy praw autorskich kosztem ogółu i kosztem coraz większej ingerencji w naszą prywatność i własność. Wiele naszych codziennych, całkiem zresztą niewinnych działań, które naprawdę nie godzą w żadne interesy, ani też nie uszczuplają niczyich przychodów, faktycznie są naruszeniami prawa, i jeśli chcemy być konsekwentni, to powinniśmy je ścigać.

Ja uważam, że system autorskiego monopolu oparty jest na wadliwych podstawach i będzie zawsze przynosił więcej problemów niż pożytku, niezależnie od ustawienia punktu równowagi. Jedyny system praw autorskich, na który byłbym w stanie się zgodzić i zaprzestać swojej infoanarchistycznej krucjaty, to odpowiednik licencji Uznanie Autorstwa Creative Commons, gdzie jedynym „prawem” autora jest prawo do bycia wymienionym jako autor dzieła przy jego dystrybucji i tworzeniu dzieł należnych. Z drugiej strony, gdyby prawa autorskie zostały sprowadzone do takiego minimum, to myślę, że nie byłyby potrzebne w ogóle – nietrudno, w dobie globalnej sieci i komunikacji, wypracować system, w którym autor mógłby „rejestrować” swoje dzieła, a następnie publicznie piętnować plagiatorów.

Czy zgodzi się więc Pan z twierdzeniem, że próba realizacji „copyrightowego zamordyzmu” we własnym życiu może prowadzić do poważnych utrudnień, kuriozów i absurdów, a już zwłaszcza, gdyby ktoś chciał nie tylko pozostawać w obrębie prawa, ale „uczciwie” wyciągać ostateczne konsekwencje (pytanie czy wtedy mógłby cokolwiek odtwarzać kolegom lub rodzinie – albo pożyczać)?

Jednak wielu zwolenników tego przywileju zupełnie sobie nie zdaje sprawy, co on faktycznie oznacza, i co działoby się, gdyby naprawdę dosłownie i w pełni zacząć egzekwować prawa autorskie (warto tutaj przytoczyć choćby tekst Stallmana „Prawo do czytania”). Jak się nad tym poważnie zastanowić, to wychodzi z tego dość ponura wizja, której na pewno nie chciałby nikt ze zwolenników WI, z powodzeniem rywalizująca z sławnymi literackimi dystopiami.

Niestety, wpływ beneficjentów obecnego systemu na tych, którzy prawo ustalają, na razie jest na tyle silny, że poćwiczą na nas trochę zamordystycznych rozwiązań. Już mamy tego przykłady: propozycje odcinania od internetu tych, których zaledwie oskarży się o naruszanie praw autorskich, coraz głośniejsze naciski na cenzurę internetu (pod pretekstem walki z pornografią dziecięcą, terroryzmem, czy właśnie piractwem), wymuszanie opłat po groźbą kosztownych procesów sądowych, oraz ogólnoświatowe negocjacje w kwestii zaostrzenia walki z naruszeniami praw autorskich i mocniejszą penalizację.

Ta wojna zostanie w końcu przegrania, nie mam w tej w kwestii żadnych wątpliwości – tego dżina nie da się już wepchnąć z powrotem do butelki – ale będzie trochę ofiar i trochę niedogodności. Obym się mylił w kwestii tego, co będziemy musieli przecierpieć, aż ktoś w końcu dojdzie do wniosku, że trzeba pozbyć się autorskiego monopolu.

Co odpowiada Pan ludziom, którzy zadają odwieczne pytanie: „A z czego będą żyli pisarze, programiści i muzycy…?”

Ano odpowiadam zawsze to samo – będą żyć ze swojej pracy. Jak każdy z nas. Nie będą mieli po prostu monopolistycznej renty, której egzekwowaniem zresztą muszą zajmować się funkcjonariusze państwa.

To jest zresztą bardzo częsty „argument”. Ja naprawdę nie jestem zwolennikiem odbierania autorom prawa do wynagrodzenia za pracę. Po prostu problem wynagradzania twórców, a problem monopolu praw autorskich to dwie różne sprawy. Prawa autorskie nie są konieczne, aby twórcy zarabiali na swoich dziełach. Istnienie praw autorskich przecież też nie gwarantuje, że autorzy będą żyli dostatnio ze swojego monopolu.

Tak naprawdę to twórcy bardzo rzadko żyją ze swoich dzieł. Myśląc o autorach zawsze myślimy jedynie o malutkim czubeczku ogromniej góry lodowej. A tak naprawdę, to twórców jest miliardy, bo jak stwierdza ustawa – przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór). Oczywiste jest, że przeważająca większość tych utworów nie powstaje w celach komercyjnych, nie przyniesie autorom nigdy żadnych dochodów, ani też nie powinna być w jakikolwiek sposób chroniona. Tworzenie nie jest czynnością, która automatycznie uprawnia do jakiekolwiek wynagrodzenia.

Jeśli, jako twórca, chcę za swoją pracę otrzymać wynagrodzenie, to muszę, podobnie jak każdy inny normalny pracownik, znaleźć kogoś, kto mi za tę pracę zapłaci. Kwota jest już kwestią umowy. Dlaczego pewna kategoria śmiertelników uważa, że za raz wykonaną pracę należą się im wynagrodzenia przez całe życie i 70 lat po śmierci? Czy to nie próżność? Lekarz, który nas wyleczy, nawet z poważnej i zagrożonej śmiercią choroby nie domaga się tantiem do końca naszego życia, nieprawdaż? A przyznam szczerze, efekt jego działania jest trochę bardziej przekonywujący i zmieniający życie, niż jakaś wesoła popowa piosenka.

Ja od 20 lat pracuję w ramach przedsięwzięć chronionych prawem autorskim, ale praktycznie nie pamiętam już czasów, gdy otrzymywałem tantiemy związane z eksploatacją moich dzieł – jak większość ludzi zajmujących się kreacją, pracuję za comiesięczną pensję. Oczywiście, ci którzy mi ją płacą, mają nadzieję odzyskać te pieniądze dzięki monopolowi. Jeśli monopol zniknie, to będę zatrudniał się u takich, którzy nauczą się zarabiać mimo braku monopolu, albo będę musiał zmienić zawód – takie jest życie.

Twórcy mieli i mają wiele sposobów na zarabianie na swojej twórczości – ostatecznie prawa autorskie są dość nowym wynalazkiem i ich szeroki zasięg to efekt obejmowania nimi coraz szerszych kategorii dopiero w XX wieku. A, o ile się orientuję, to dzieła powstawały także znacznie wcześniej, bez praw autorskich, i ich autorzy nierzadko nieźle żyli.

Brak prawnej ochrony dzieł miałby największy wpływ na największych beneficjentów tego systemu, czyli koncernów medialnych – wytwórni muzycznych, wytwórni filmowych, wydawnictw książkowych, itp. Dawniej byli oni niezbędnym elementem, którego twórcy potrzebowali, aby dotrzeć do odbiorców – koszt stworzenia dzieła, jego powielania i dystrybucji był zaporowy praktycznie dla każdego. Dziś, dzięki postępowi technicznemu, problemy te praktycznie znikają. Większość dzieł można stworzyć dość tanio, nierzadko w domowych warunkach, często bez uszczerbku dla jakości. Powielanie utworów nie kosztuje prawie nic – pełna cyfryzacja pozwala na rezygnację z utrwalania kopii dzieł na fizycznych nośnikach. Dotarcie do odbiorców jest łatwe jak nigdy, dzięki internetowi – dawni twórcy daliby się zabić za takie możliwości. Pośrednik zaczyna być kompletnie zbędny i nic dziwnego, że mu się to nie podoba. Stąd ten lament, że artystom dzieje się krzywda – dokładnie pod takim samym pretekstem monopoliści druku zapewnili sobie monopol praw autorskich na początku XVII wieku w Anglii, dając początek nowoczesnym prawom autorskim. Ale nigdy nie chodziło o autorów, ale o zapewnienie łatwego funkcjonowania pośrednikom.

Jest dużo materiałów poświęconych alternatywnym metodom zdobywania finansowania dzieł w obliczu braku autorskiego monopolu. Sama przewaga czasowa w wejściu na rynek będzie dostatecznym bodźcem, aby najlepsi autorzy byli finansowani przez tych, którzy chcą z takiej przewagi skorzystać. Muzycy znacznie więcej zarabiają na występach niż na sprzedaży płyt, szczególnie muzycy popularni – a nic tak nie ułatwia zdobycia popularności jak swobodne udostępnianie swojej muzyki każdemu, kto zechce jej posłuchać.

Istnieją także techniczne metody zapewnienia sobie monopolu, bez konieczności uciekania się do prawnego przymusu. Komputerowe gry online, to jeden przykład – zdecydowanie najbardziej dochodowym produktem w kategorii gier jest World of Warcraft, która to gra funkcjonowała by zupełnie identycznie w sytuacji braku monopolu praw autorskich. Konsole do gier, dobrze skonstruowane i zabezpieczone, też pozwalają producentom gier nie przejmować się problemem piractwa.

Poza tym, ludzie są kreatywni, więc z pewnością jeszcze wymyślą więcej i lepszych sposobów – tak działa wolny rynek i konkurencja. Dodatkowo, wszystkie te metody mają jedną, kolosalną zaletę – nie wymagają państwa do pilnowania ich egzekwowania. Pozostawiają tę kwestię w rękach samych zainteresowanych.

Co odrzekłby Pan osobie, która powiedziałaby coś w rodzaju: „Cóż, może i masz rację w tym temacie własności intelektualnej, ale w sumie po co się tym tyle zajmować? Przecież te wasze mp3, pdf, torrenty, rapidszery, remixy i samplingi – to wszystko przecież drobiazg przy poważnych problemach, takich jak aborcja, kara śmierci, eutanazja, zasoby wody pitnej, energia atomowa, epidemia AIDS, głód w Afryce, wojna w Iraku i tak dalej”? A może w WI skupiają się jak w soczewce daleko ważniejsze rzeczy, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało?

Warto jednak pamiętać, że WI to także patenty. W tym patenty na leki, a więc prawny monopol na produkcję substancji, która ratuje życie. Monopol, który powoduje, że umierają ludzie, którzy nie mogą pozwolić sobie na monopolistyczną cenę. To już żadne tam przelewki i głupoty, a śmiertelnie poważna sprawa.

Trzymając się jednak praw autorskich, to faktem jest, że niemożność darmowego obejrzenia filmu, posłuchania muzyki czy pogrania sobie w grę jeszcze nikogo nie zabiła, wiec może nie warto walczyć z tymi, którzy chcą pozbawić nas możliwości korzystania z takiej darmochy. Niemniej jednak, gdy działania w kwestii ochrony tego prawnego przywileju oznaczają faktycznie zamach na naszą własność, na nasze elektroniczne urządzenia i na to jak z nich korzystamy, zamach na prywatność naszych działań i komunikacji, na cenzurę wypowiedzi pod pretekstem walki z piractwem, na dotkliwe kary finansowe czy nawet pozbawienia wolności za naruszenia, to mamy chyba do czynienia z całkiem poważnymi sprawami.

W swojej działalności koncentruję się na kwestiach wolnościowych, bardzo mocno na prawie do posiadania broni i na kwestiach praw autorskich. Pozostałe kwestie zostawiam innym, bo przecież nie mogę i nie potrafię zajmować się wszystkim. Nie łudzę się, że naprawię świat, ale przynajmniej próbuję wpłynąć na poglądy innych w tych kwestiach. Zawsze to coś.


Po papierosach, hamburgery

Dyskusja na temat palenia jest trudna. Głównie z tego powodu, że najzagorzalsi przeciwnicy palenia sprawiają dla mnie nieodparcie wrażenie polujących na czarownice i trudno podjąć z nimi jakąkolwiek rzeczową polemikę. A już szczególnie nie warto powoływać się na jakieś tam prawa własności, wolność osobistych wyborów czy wolność w ogóle. Jak dowala się palącym, to dobrze, niezależnie jakie wolności ucierpią po drodze. Bo cel uświęca środki.

Gdy nawiedzeni „rozwiążą” jeden problem, to zaraz jakaś inna grupka (lub częściowo ci sami) znajdą sobie inny problem, który będzie wymagał rozwiązania bez udziału zainteresowanych.

Weźmy takie fast foody. Wszystkim wiadomo, że szkodliwe. Bo tuczą i w ogóle szkodzą, szczególnie dzieciom. U nas ze względu na relatywne niskie rozpowszechnienie fast foodów i raczej wysokie ceny, przynajmniej w ogólnoświatowych sieciówkach, problem jest mniej palący, ale jak wszystkie światowe problemy, na pewno kiedyś zawita i do nas. W USA to problem bardziej pokaźny, więc co aktywniejsi działacze czują potrzebę, aby coś zrobić. Niektórzy kręcą demaskatorskie filmy, które o tyle są nieszkodliwe, że decyzja czy korzystać z takiego żywienia wciąż pozostaje w naszych rękach. Niestety, są tacy, którzy działają skuteczniej i wykorzystują środki polityczne do tłumienia wolności. W tym wypadku wolności żarcia tego, co się chce i wolności prowadzenia biznesu i dostarczania klientom tego, czego potrzebują.

Lokalni radni miast Los Angeles rok temu wydali „tymczasowy” zakaz otwierania nowych fast foodów w dzielnicy południowej. Bo to biedna dzielnica jest i tamtejsze dzieci zamiast zajadać w luksusowych restauracjach, gdzie potrawy przygotowuje się na zamówienie do stolika, ze świeżych składników, z dużym menu i do spożycia na miejscu z normalnych naczyń, a nie plastiku. Bo te miejsca, gdzie menu jest ograniczone, jedzenie przygotowane jest z wyprzedzeniem i szybko odgrzewane, a następnie podawane w jednorazowych pojemnikach to właśnie fast food, czyli samo zło, które postanowiono mocno ograniczyć.

Po roku takiego „moratorium” postanowiono wprowadzić stały zakaz otwierania nowych, samodzielnych (czyli nie będących częścią innego sklepu/lokalu) restauracji fast food. I jak określił to jeden z radnych:

To nie jest próba kontrolowania tego, co ludzi wkładają sobie do ust. To jest próba zwiększenia różnorodności ich opcji żywieniowych.

Jak widać, nawet tam takie drobiazgi jak własność prywatna, wolność gospodarcza, wolny rynek nie mają większego znaczenia, gdy przyświeca nam większy i szczytniejszy cel.

Tak to właśnie jest. Jeśli zgodzimy się, że jakiś rzekomo szczytny, szczególnie podparty hasłami zdrowia i dzieci cel pozwala na sięgnięcie po dowolne środki, także godzące w wolność i własność, to już nie będzie odwrotu. Takich celów nie zabraknie, szczególnie dla nawiedzonych.


Ja w Przekroju

Tak sobie rejestruję to ku własnej pamięci. 23.11.2006 roku zostałem zacytowany w Przekroju w artykule „DYKTATURA NIEPALĄCYCH„:

– Najgorsi są neofici – zauważa Maciej Miąsik, programista i znany twórca gier komputerowych, niepalący. – To oni najchętniej wciskają społeczeństwu, że palacze niszczą ich zdrowie. A prawda jest taka, że palacze niszczą zazwyczaj wyłącznie swoje zdrowie i mają do tego święte prawo. Minęły już dawno czasy, w których wszyscy musieli robić i myśleć to samo. Jak też czasy terroru nikotynowego, w których niepalący nie mieli prawa do obrony. Dziś osobiście nie znam palącej osoby, która nie liczyłaby się z obecnością osoby niepalącej.

Niestety, coraz częściej bywa odwrotnie. – Palaczy spycha się do publicznych nizin – mówi Miąsik – coraz częściej dając im do zrozumienia, że są głupi, słabi i bez sensu. A ja tymczasem zawsze chętnie przebywam tam, gdzie palacze. Zawsze tam, gdzie zbierają się nałogowcy, atmosfera jest może zadymiona, ale jednocześnie gorąca i twórcza. Lubię palaczy i bardzo im dzisiejszych czasów współczuję. Mam nadzieję, że miną.

I dokładnie 4 lata później, 23.11.2010 , w tekście o podobnej tematyce „PAL SZEŚĆ ZAMIAST DWUDZIESTU:

Ten zakaz skazuje mnie na samotność w knajpie – martwi się niepalący Maciej Miąsik, znany twórca gier komputerowych i bloger. Chętnie spędza czas z palaczami, bo według niego w czasach antynikotynowego terroru są to ludzie ekscentryczni, którzy nie poddali się modzie. Do tego zadymiona atmosfera sprzyja (jego zdaniem) twórczym rozmowom. – Znajomi gremialnie będą palić na zewnątrz lokalu, a ja będę siedział przy pustym stoliku sam jak palec – zżyma się informatyk.

Fajnie czasem przebić się do mainstreamu, choć szkoda, że nie w mojej zasadniczej tematyce. Ale dobre i to.


Broń palna nie zniknie

Przeciwnicy powszechnego dostępu do broni palnej mają różne motywacje. Czasem wyrachowanie – bo należą do uprzywilejowanej czy rządzącej kasty i nie chcą, aby ktoś kiedyś mógł zagrozić ich pozycji, czasem głupota – bo opierają swe poglądy na nachalnej propagandzie, czasem niewiedza – z powodu braku sensownej dyskusji, a bardzo często z powodu hoplofobii, czyli irracjonalnemu strachowi przed bronią palną i rzekomego wpływu jaki wywiera na posiadaczy.

Szczególnie ci ostatni, choć nie wyłącznie, prezentują pogląd, że problemowi przemocy właśnie winna jest broń palna, i gdyby w jakiś cudowny sposób znikła z powierzchni ziemi, to na całym świecie zapanowałaby natychmiast powszechna szczęśliwość. Choć wiedzą, że takie cudowne rozwiązanie nie jest możliwe, to jednak chcieliby, aby ktoś zlikwidował przyczynę ich fobii, czyli wyeliminował broń z naszego życia, a już na pewno z rąk prywatnych. Ludzi ci są przekonani, że można to skutecznie zrobić, a konkretnie może to zrobić rząd (najpewniej jednak w broń wyposażony). Dobry komentarz w tej kwestii przedstawił Oleg Volk, autor plakatów propagujących powszechny dostęp do broni, które można obejrzeć choćby na moich stronach. Pisze on:

Zbudowanie bronie palnej jest proste. Typowa broń to rura lub pudełko wypełnione substancją napędową (proch, gaz, mieszanka paliwo-powietrzna, czy coś podobnego) z jednej strony i pociskiem z drugiej (kula, puszka po napoju wypełniona cementem, strzała w sabocie, czy coś podobnego). Zamknięcie jednego wylotu jest opcjonalne, granatniki nie mają zamkniętych końców. Przyrządy celownicze także są opcjonalne, wiele broni palnych, szczególnie wielolufowych jest ich pozbawionych. Nawet bezpieczeństwo operatora nie ma znaczenia, jeśli możliwe jest zdalne odpalenie: kierunkowe miny – amerykańska Claymore czy rosyjska MON to w zasadzie wybuchowe bezlufowe strzelby śrutowe. Średniowieczni rzemieślnicy byli w stanie budować działa zdolne do burzenia kamiennych wież. Rusznikarze z epoki wczesnego Renesansu używając prymitywnych narzędzi produkowali strzelby zdolne powalić opancerzonego rycerza z 200 metrów.

[...]

Ci, którzy sprzeciwiają się dostępowi do broni, odmawiają swoim rodakom wyobraźni czy umiejętności myśląc, że człowiek 21 wieku nie będzie zdolny wyprodukować broni zaprojektowanej w 20 wieku.

Polacy podczas niemieckiej okupacji byli w stanie kopiować brytyjskie pistolety maszynowe STEN. Czy przeciwnicy dostępu do broni sugerowaliby wprowadzenie takiego poziomu represji i nadzoru, jaki sprawowali wtedy naziści, aby powstrzymać ludzie przed próbowaniem tego obecnie?

Patrząc na STENa, najtrudniejsze do poprawnego wykonanie jest gwintowana lufa i magazynek. Magazynek można zrobić z metalu, plastiku, a nawet drewna. Gwintowaną lufę można zrobić w domu, co robi współcześnie wielu ludzi. Załóżmy jednak, że nawet podstawowe narzędzia mechaniczne nie będą dostępne.

Dostatecznie gruba rura, wytrzymująca odpowiednie ciśnienie może być użyte jako lufa. Stalowe okładziny owinięte plastikiem, aluminium lub drewnem pozwolą zmniejszyć ciężar czy zastąpić niedostępne rury. Gwintowana lufa nie jest konieczna do zapewnienia stabilności pocisków, czego przykładem są czoki w strzelbach gładkolufowych. Gwintowanie generalnie nie jest niezbędne w celu stabilizacji, biorąc pod uwagę powszechny dostęp plastiku czy drewna do wyrobu sabotów pozwalających na wystrzeliwane pocisków typu strzała z luf gładkich. Efektem ubocznym stosowania takich środków jest zwiększona penetracja takich przedmiotów jak kamizelki kuloodporne czy karoserie samochodów.

Ale załóżmy, że nie będzie wymyślnych pocisków. Załóżmy jedynie, że mamy 2 rurki, jakieś metalowe blachy (stal, aluminium, brąz – wszystko się nada) lub plastik, 3 sprężyny (magazynek, zamek i spust) i… to wszystko. Czwarta sprężyna, wyrzutnika, jest zbędna dla broni z zamkiem swobodnym, szczególnie z otworem wyrzutnika z dołu. Wystarczy spojrzeć na ten inspirowany STENem projekt i wyobrazić go sobie bez osłony lufy, ze wydłużoną komorą zamkową zakończoną kolbą (co obniżyłoby szybkostrzelność), z niegwintowaną rurą jako lufą. Komora nabojowa mogłaby być wzmocniona większą rurą, aby lepiej wytrzymywać ciśnienie gazów. Można by używać dowolnej amunicji do strzelb: śrutowej czy pociskowej. Przyrządy celownicze opcjonalne, coś na końcu lufy, czy wskaźnik laserowy przylepiony taśmą.

Taki produkt końcowy będzie strzelał w pełni automatycznie, ale na tyle powoli, by były możliwe strzały pojedyncze. Przy słabo dopasowanych elementach gazy będą uciekać w kierunku przeciwnym do obsługującego, i generalnie broń będzie skuteczna na dystans 15-20 metrów, może 50 metrów przy amunicji z pociskami. Czy będzie to skuteczna broń defensywna? Raczej nie. Będzie ciężka, nieporęczna i raczej powolna w obsłudze. Czy będzie to dobra broń ofensywna w walce z funkcjonariuszami państwa? Być może, ale oddziały militarne i paramilitarne często używają opancerzenia i mają jakieś przeszkolenie, więc próba ataku na policjanta czy żołnierza, aby zdobyć jego broń będzie raczej niebezpiecznym przedsięwzięciem. No, ale takie ryzyko nie zniechęciło partyzantów na Filipinach do walki z oddziałami Hiszpanów, Amerykanów i Japończyków używając nawet gorszej broni, choć odkupili to ciężkimi stratami. Ale gdy im się powiodło, zyskiwali od pokonanych znacznie lepszą broń.

Do jakiego więc celu byłaby to broń idealna? Czy nie przychodzi na myśl likwidacja polityka, który postuluje likwidację dostępu do broni? Koniec końców, nie wielu polityków czy szefów agencji rządowych posiada efektywną ochronę, ani też poruszają się w stale kuloodpornych kamizelkach i hełmach. Tak jak improwizowane ładunki wybuchowe robią karierę w odległych częściach świata, tak improwizowana broń palna może być narzędziem w rękach sił oporu.

Czy można więc zakazać broni palnej w tak efektywny sposób, że nie będzie możliwości wyprodukowania jej przez odpowiednio zmotywowanych ludzi? Tak. Będzie to wymagało całkowitego zniszczenia przemysłu, likwidacji wszystkich, którzy maja pojęcia o broni i podobnych maszynach (np. silnik to nic innego jak broń palna, gdzie pocisk zastąpiono tłokiem), oraz ciągłej eliminacji wszystkich nowych wynalazców. Podążenie taką ścieżką nie wydaje się zbyt praktyczne i mam nadzieję, że wszyscy, którzy forsują jeszcze większe ograniczenia w dostępnie do broni, przemyślą sobie, czy w ogóle tego chcieliby.

No właśnie. Broń palna to tylko narzędzie, które może, jak każde narzędzie, zostać użyte w celu dobrym albo niecnym. To jest stalowa rura wypełniona materiałami, która można zdobyć przy odrobinie determinacji i która to rura nie posiada ani własnej woli (wbrew polskiemu przysłowiu, że raz do roku broń sama strzela), ani też nie może przejąć kontroli na umysłem posiadacza, aby w dogodnym momencie przemienić go w krwiożerczą i żądną mordu bestię.

Świat wolny od broni, a tym samym, w jakiś cudowny sposób wolny od przemocy, to mrzonka, która nie spełni się niezależnie jak mocno w to uwierzymy i jakie prawne środku zaangażujemy w jej realizację. Broń palna po prostu nie zniknie. Ci, którzy popierają rolę państwa w rozbrajaniu obywateli zadają się zapominać, że jedynym sposobem, aby państwo nas wszystkich rozbroiło, jest przyłożenie nam do głowy pistoletu i wymuszenie w ten sposób posłuszeństwa.

Jak już będziemy całkiem posłuszni, to państwo ochoczo zajmie się innymi naszymi problemami. Państwo rozwiązujące rozmaite problemy bardzo łatwo zapomina, kto był za, a kto był przeciw powszechnemu rozbrojeniu i bardzo skutecznie „pomaga” każdemu w trafieniu na „właściwą” drogę. Warto o tym pamiętać, szczególnie że to dość bliska nam, Polakom, historia i warto, aby się nie powtarzała.



  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo