W odpowiedzi na cenzurę

Kilka dni temu miały miejsce głośne dość zajęcia przez agencje amerykańskiego rządu kilkudziesięciu domen, pod pretekstem akcji zwalczającej naruszania praw autorskich i handlu podróbkami. Nie była to pierwsza akcja, w której rząd amerykański, zamiast przejmować się jurysdykcją, zasadnością itp. po prostu wykorzystał fakt, że system nazw domenowych (DNS) zarządzany jest centralnie przez jedną instytucję na świecie (ICANN), na dodatek amerykańską i zamiast bawić się z wyrokami, likwidacją hostów i serwerów, bo prostu przejął domenę przekierowując ją na swój serwer z ładnym obrazkiem.

Oczywiście, kontrowersje budzi zarówno kwestia zasadności takich działań – na jakich podstawach wytypowano domeny, czy ich skuteczności – serwisy wciąż działają i dostępne są bezpośrednio poprzez adres IP, czy też inne, nie zajęte jeszcze domeny. Co gorsza, skoro można przejmować domeny na podstawie samych podejrzeń, to co stoi na przeszkodzie, aby użyć tego mechanizmu do cenzurowania treści, jak choćby takich, które pojawiają się w serwisie Wikileaks?

Oczywiście, to działanie połowiczne, nastawione na doraźny zysk i przeszkodzenie mniej umiejętnym użytkownikom internetu. Co gorsza, mają one szanse na powodzenie jedynie w sytuacji istnienia scentralizowanego systemu nazw domen. Sam fakt, że jest on pod kontrolą instytucji amerykańskiej dodatkowo ułatwia sprawę, ale to nie jest największa wada tego systemu.

W odpowiedzi na takie działania, z pewnością nie ostatnie, rozpoczęto prace na alternatywnym, rozproszonym systemem nazw domen – dot-p2p.org – oparty o zasadę P2P, czyli wymiany informacji o nazwach pomiędzy komputerami uczestniczącymi w systemie bez pośrednictwa systemu centralnego przy pomocy protokołu podobnego do bittorrent. Czy system powstanie i będzie działał, to się okaże, ale obserwując działania rządu USA i nowe cenzorskie prawo tamże uchwalane, ma duże szanse na powodzenie w walce z cenzurą. Na razie rząd wygrywa potyczki, ale jeszcze nie wygrał wojny z wolnością słowa w internecie.


Wczesne ostrzeżenia

Czytując wiele tekstów dotyczących postępującego w USA zamordyzmu, ostatnio uosabianego przez pornoskanery na lotniskach oraz poniżające obmacywanki przez agentów TSA, gdy nie zechcemy z pornoskanera skorzystać, natknąłem się na ciekawy tekst. Była to odpowiedź na rzekomo nieuprawnione porównywanie tego, co dzieje się w USA (zresztą z erozją wolności mamy do czynienia wszędzie), do sytuacji Żydów w nazistowskich Niemczech, co zostało nazwane postawą „oszłomską”. Pozwolę sobie zacytować ten tekst niemalże w całości:

Horrory doświadczane w nazistowskich Niemczech były, rzecz jasna, o wiele straszniejsze niż cokolwiek, co zdarzyło się do tej pory w Ameryce. Ale nie powinno się jedynie myśleć jakie ostateczne horrory miały miejsce w nazistowskich Niemczech. Powinno się myśleć o drodze, jaką Niemcy przeszli, aby dotrzeć do tamtego miejsca.

Jestem przekonany, że jednym z najważniejszych nieporozumień w kwestii totalitaryzmu jest przekonanie, że przychodzi on jako kompletny pakiet, który nie wymaga montowania. Że nakłada się go ludziom niczym płaszcz zimowy. Od razu cały, w sposób, który zauważy każdy.

To poważne nieporozumienie.

Często zastanawiałem się, czemu więcej Żydów nie uciekło z nazistowskich Niemiec. Nie miałem na to odpowiedzi, dopóki nie zobaczyłem ważnego filmu Romana Polańskiego – Pianisty.

W filmie Polański przedstawia sytuację, w której Żydzi byli po prostu o krok za późno. Gdy Niemcy ograniczyli ilość pieniędzy, które Żyd mógł posiadać, zamiast opuścić kraj, wielu Żydów debatowało jak lepiej ukrywać pieniądze. Gdy zażądano, aby Żydzi przeprowadzili się do określonych części miasta, wielu z nich po prostu koncentrowało się na znalezieniu najlepszego miejsca do mieszkania, zamiast opuścić kraj. A potem, rzecz jasna, było już za późno, aby wyjechać.

Może jacyś Żydzi, pewnie niewielu, posłuchaliby i skorzystali z wczesnych ostrzeżeń przed niebezpieczeństwem formułowanych przez “oszołomów”? Wydaje mi się, że tak. Czy miałoby sens wyrażanie sprzeciwu w kwestii limitów pieniężnych narzucanych przez nazistów, a tym samym wstrzymywanie choć odrobinę ich postępy? Wydaje mi się, że tak.

Jeszcze nie zatrzymuje się w Ameryce pociągów. Gdy jednak pociągi staną, będzie już za późno.

Jasne jest jak wygląda totalitaryzm, i gdy widzę go w Ameryce, to będą prostował, głośno i wyraźnie. Czy jest to obmacywanie przez agentów TSA, czy szpiegujący agenci SEC. Bo to są pierwsze etapy, gdzie trzeba zwyciężać bitwy. Dehumanizacja w Niemczech, jak zauważa Murray Sabrin, przyszła etap po etapie.

Dehumanizacja, czy to obmacywanie, czy ograniczanie ilości pieniędzy, które może posiadać dana grupa etniczna, to wciąż dehumanizacja. To taka sama droga. Wiemy, dokąd ta droga prowadziła w nazistowskich Niemczech. Może powinniśmy nauczyć się czerpać z historii i powstrzymać USA przed kroczeniem tą drogą.

Czy moje krzyki ostrzegawcze czynią mnie oszołomem? Tak, czynią. Ale to grupa oszołomów, do której z dumą przystaję.

Wzruszenie ramion, szyderczy uśmieszek, „wiesz, nie przesadzaj”, „nie bądź oszołomem”, „demokracja na to nie pozwoli”, „tak musi być w nowoczesnym państwie, mamy XXI wiek, a nie XIX”, „Unia tego wymaga”, „dobrze im tak, nie lubię ich” – to skromny wybór z szerokiego wachlarza reakcji, gdy próbuje się zwracać uwagę na postępującą erozję wolności i rosnący zamordyzm. A totalniakom tylko w to graj.


The Pirate Bay – kolejna porażka

Zapadł własnie wyrok w procesie apelacyjnym ludzi odpowiedzialnych za uruchomienie i potem utrzymywanie wyszukiwarki i trackera torrentowego – The Pirate Bay. Sąd ponownie uznał ich winnym współdziałania przy naruszaniu praw autorskich, skazał na wyroki pozbawienia wolności od 4 do 10 miesięcy i ponad 6 mln USD kar. Oskarżeni zapowiedzieli apelację przed sądem najwyższym. Wiadomo, kto się cieszy, a The Pirate Bay działa sobie spokojnie dalej…


CD Projekt rusza na wojnę

Mój były pracodawca, CD Projekt, postanowił wyruszyć na wojnę z piratami, a właściwie zapowiedział taki zamiar. Trochę mnie to dziwi, bo przecież przejawiają dość rozsądną postawę w kwestii zabezpieczeń DRM – tego anty-konsumenckiego rozwiązania, które praktycznie nie wpływa na ograniczenie piractwa, a jedynie utrudnia życie tym, którzy nabyli legalną kopię gry i chcą z niej wygodnie korzystać. Przykładem tej postawy było przekonanie wydawcy Wiedźmina, czyli Atari, że Edycja Rozszerzona gry może się już objeść bez DRM, albo serwis GOG.COM, gdzie można zakupić starsze, ale dobre gry, zupełnie pozbawione zabezpieczeń.

Niestety, to rozsądne podejście w kwestii zabezpieczeń nie idzie w parze z rozsądnym podejście do kwestii piractwa. Oficjalnie szefowie CDP ogłosili, że zamierzają pójść śladem koncernów medialnych oraz organizacji antypirackich i dorzucić do interesu odrobinę przychodów z wymuszeń. Oczywiście, całkiem legalnych w świetle prawa, ale jednak niespecjalnie różniących się od mafijnych haraczy.

Idea jest prosta. Wynajęta firma, w sobie tylko znany sposób, który najczęściej niewiele ma wspólnego z gromadzeniem jakichkolwiek znaczących kryminalnych dowodów, gromadzi adresy IP użytkowników, których podejrzewa o naruszenie praw autorskich polegających na dystrybucji objętych tymi prawami dzieł (filmów, muzyki, gier). Dane te przekazuje się następnie firmie prawniczej, która identyfikuje poprzez dostawców internetu kogoś, komu można przypisać taki adres IP, a następnie wysyła do niego list z pogróżką. W liście tym jest ostrzeżenie przed wszczęciem procedury sądowej (kijek), chyba że delikwent zawrze (marchewka) „ugodę”, czyli podda się swoistej karze, polegające na zapłacie określonej kwoty, co ma go uchronić przed dalszymi krokami.

Kwestia słuszności zarzutu i doboru właściwego „przestępcy” jest drugorzędna – niezależnie czy oskarżony jest faktycznie winny, czy też nie, staje on przed nieciekawym wyborem: albo zapłaci i będzie miał spokój, albo czeka go długa i, co najważniejsze, kosztowna walka przed sądami. Pechowcy, którzy złapani zostali w taką sieć najczęściej wybierają opcję „ugody”, czyli pewniejsze i znacznie tańsze rozwiązanie. Potem takim łatwym przychodem dzielą się prawnicy, organizacje antypirackie i producenci. Cały proces można niejako zautomatyzować, więc wysiłek niewielki, a potencjalne możliwości zarobku ogromne. Nic dziwnego, że ilość wysłanych listów idzie w tysiące.

Nawet zakładając, że intencje są szczere, to cały ten proceder pełen jest wątpliwości. Sposób zbierania adresów IP nie jest poddawany analizie, ot po prostu ktoś podłącza się do jakiegoś roju użytkowników choćby określonego pliku torrent, a następnie rejestruje adresy IP wszystkich komputerów, które są w roju. Czy zachodzi faktyczna dystrybucja, nie ma znaczenia – ważne są adresy IP. Potem ktoś te adresy IP zamienia na dane osobowe, także w sposób, nad którym nie ma żadnej kontroli. Kolejny problem w tym, że adres IP nie identyfikuje osoby. Identyfikuje jedynie podłączone do sieci urządzenie, a jeśli jest do router, to przecież pod jednym adresem może kryć się cała sieć lokalna – kilkanaście lub kilkadziesiąt komputerów. Poza tym, adres IP to jedynie identyfikacja podłączonego komputera, a nie konkretnej osoby, która komputera w danym momencie używała i dokonała aktu piractwa. Przecież powszechnie korzysta się z punktów dostępowych sieci bezprzewodowych, z których korzysta swobodnie wiele osób, często w sposób niejawny dla właściciela takiego punktu: dostęp nie jest zabezpieczony hasłem, czy też wiele osób korzysta z różnych punktów dostępowych, do których ma dostęp (ja sam mam wpisane hasła wielu znajomych i często korzystam z ich sieci), albo też ktoś jest ofiarą hackera, który złamał hasło dostępowe, co wcale nie jest takie trudne. Same metody gromadzenia adresów IP są błędne i zawodne – na listach zebranych adresów znajdują się urządzenia, które nie mogły służyć piractwu (np. drukarki). Jak widać, posiadanie adresu IP nie czyni jeszcze nikogo piratem.

No, ale nie chodzi tu o ukrócenie piractwa, czy złapanie i ukaranie tych, którzy dopuszczają się tego procederu. Chodzi o łatwe i szybkie zarabianie dodatkowych pieniędzy. A ponieważ o pirata nie jest specjalnie trudno, nawet strzelanie na oślep sprawi, że trafi się na takiego, co tam coś jednak ma na sumieniu. A nawet jeśli będzie niewinny, to i tak będzie wolał zapewnić sobie spokój i pójdzie na ugodę, zamiast dochodzić tej swojej niewinności przed sądem. Jedna z prawniczych firm trudniących się tym procederem oskarżyła nawet przed sądem adwokata, który przygotował szablony dokumentów, pozwalające utrudniać życie wymuszającym kasę prawnikom – bo naraził ich on na koszty! Tak, ludzie, którzy jednak próbują się bronić, narażają ten interes na dodatkowe koszty, dlatego też zagrożono im podwojeniem kosztów ugody, jeśli użyją przygotowanych wedle szablonu dokumentów.

Nie wiem, może to tylko ja (no nie tylko ja, TorrentFreak też krytykuje ten pomysł), ale chyba CD Projektowi nie jest potrzebny taki wątpliwy PR. Ja rozumiem, bycie spółką giełdową zobowiązuje, ale nie trzeba od razu czerpać wzorców z najgorszych, niezależnie jak dobrze zarabiają. To trochę tak, jakby dresy zbierały siłą od uczniów z podstawówki na Owsiaka. Niby cel szczytny, ale jakoś niesmak pozostaje. Nie lepiej skoncentrują się na robieniu dobrych gier, szczególnie na konsole.


Google znów mnie lubi

W odpowiedzi na moje zgłoszenie dotyczące sprawy opisanej w poprzednim wpisie dostałem od Marzeny (ciekawe, czy tej samej, która przemawia do mnie z nawigacji) taką odpowiedź:

Witam serdecznie,

Dziękujemy za Państwa wiadomość.

Państwa strona docelowa www.miasik.net została przesłana do naszych specjalistów z prośbą o ponowną ocenę i ewentualne zdiagnozowanie problemu, o ile takowy sie pojawi. Wkrótce otrzymają Państwo wiadomość e-mail z informacją o wyniku.

Międzyczasie przepraszamy za wszelkie niedogodności. Ze swej strony zapewniamy, że to ograniczenie jest chwilowe i że wkrótce wszystko wróci do normy.

Przykro nam, że noszą się Państwo z zamiarem rezygnacji z programu AdWords i mimo powstałych niedogodności serdecznie zachęcamy do pozostania przy reklamowaniu się z Google.

Jeśli jednak zdecydują sie Państwo na zlikwidowanie konta poniżej podaję czynności, które należy wykonać:

1. Zalogować się na konto AdWords na stronie https://adwords.google.pl.
2. Kliknąć kartę Moje konto u góry strony.
3. Kliknąć link Ustawienia konta, znajdujący się tuż pod kartami.
4. Znaleźć sekcję Likwidacja konta.
5. Kliknąć link Skontaktuj się z pomocą techniczną.

Aby wznowić wyświetlanie reklam w programie Google AdWords, w każdej chwili można zalogować się na konto i ponownie je aktywować. Do chwili ponownej aktywacji konta nie będą na nim naliczane żadne dodatkowe opłaty po realizacji żądania jego likwidacji.

Z poważaniem,
Marzena

Zespół Google AdWords

Google Ireland Ltd.
Gordon House
Barrow Street
Dublin 4
Ireland

Registered in Dublin, Ireland
Registration Number: 368047

Nie dowiedziałem się jednak za co podpadłem Google, ale zapewniono mnie, że to wszystko chwilowe i sytuacja „wróci do normy”. Znaczy, jest coś nienormalnego obecnie. Przynajmniej dowiedziałem się jak zlikwidować konto, więc ktoś mojego mejla uważnie przeczytał. Brawo.

Postanowiłem jeszcze nie likwidować konta i poczekać na unormowanie się sytuacji. Po jakimś czasie dostałem aż dwa powiadomienia o podobnej treści, najpierw z automatu:

Sprawdziliśmy ponownie jedną lub kilka z Państwa witryn i stwierdziliśmy, że wszelkie elementy naruszające nasze zasady dotyczące strony docelowej i witryny zostały usunięte.

Identyfikator klienta: 151-101-3890

Widoczne adresy URL:
miasik.net

Wkrótce powinni Państwo odnotować poprawę Wyniku Jakości w postaci wyższych wartości Wyniku Jakości słów kluczowych. Jeśli któraś z Państwa reklam została odrzucona z powodu naruszenia „Zasad dotyczących witryn”, prosimy przesłać ją ponownie do sprawdzenia.

Aby zmienić reklamy i ponownie wysłać je do sprawdzenia, należy wykonać czynności opisane pod adresem: http://adwords.google.com/support/aw/bin/answer.py?answer=116204&hl=pl.

Więcej informacji na temat zasad dotyczących strony docelowej i witryny można znaleźć pod adresem: http://adwords.google.com/support/aw/bin/answer.py?hl=pl&answer=46675.

Ta wiadomość została wysłana z adresu e-mail służącego tylko do wysyłania powiadomień, który nie przyjmuje poczty przychodzącej. Prosimy na nią nie odpowiadać.

Z poważaniem,
Zespół Google AdWords

Google Ireland Ltd. Gordon House, Barrow Street Dublin 4, Ireland Zarejestrowano w Dublinie, w Irlandii, pod numerem: 368047

A potem ponownie, tym razem od Jana:

Witam serdecznie,

Dziękujemy za cierpliwość.

Nasi specjaliści ponownie sprawdzili Państwa witrynę i uznali, że jest ona zgodna ze wskazówkami dotyczącymi strony docelowej i witryny.

Uprzejmie przepraszamy za wszelkie niedogodności,

Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru,
Jan

Zespół Google AdWords

Google Ireland Ltd.
Gordon House
Barrow Street
Dublin 4
Ireland

Registered in Dublin, Ireland
Registration Number: 368047

Podsumowując: Google znów lubi moją witrynę. Plusy za odpowiedź i uprzejmość. Minusy – wciąż brak informacji dlaczego w ogóle znalazłem się na celowniku. Nie, żebym chciał coś w prezentowanych tu treściach zmieniać, ale warto wiedzieć, czego googleboty nie lubią. No dobra, nie zlikwiduję konta, ale reklamować się nie zamierzam.


Google mnie nie lubi

A konkretnie to nie lubi jakichś treści w witrynie Miasik.net. Na tyle ich nie lubi, że nie pozwoli mi mej witryny reklamować, jeśli przyszła by mi na to ochota, używając mojego konta AdWords. Dostałem takowe ostrzeżenie:

Sprawdziliśmy Państwa konto i stwierdziliśmy, że co najmniej jedna z Państwa witryn narusza nasze zasady dotyczące strony docelowej i witryny.

Identyfikator klienta: 151-101-3890

Widoczne adresy URL:
miasik.net

Prosimy pamiętać, że witryny naruszające nasze zasady dotyczące strony docelowej i witryny są wyłączane na koncie AdWords, a odpowiednie reklamy są odrzucane ze względu na naruszenie „Zasad dotyczących witryn”. Wyłączenie odbywa się na poziomie domeny i skutkuje obniżeniem Wyniku Jakości strony docelowej oraz zablokowaniem ruchu pochodzącego z reklamy. Jeśli wyłączona domena znajduje się w wielu grupach reklam, Wynik Jakości słów kluczowych w tych grupach będzie taki sam.

Więcej informacji na temat naszych zasad dotyczących strony docelowej i witryny można znaleźć pod adresem http://adwords.google.com/…;page=guide.cs.

Wielokrotne lub istotne naruszanie naszych zasad dotyczących strony docelowej i witryny może skutkować zawieszeniem Państwa konta oraz wszelkich kont, które są z nim powiązane, jak również zablokowaniem wyświetlania reklam na stronach Google. Domeny z istotnymi naruszeniami zasad dotyczących strony docelowej i witryny mogą wymagać wprowadzenia poważnych zmian w witrynie lub zmiany praktyki biznesowej w celu zachowania zgodności z naszymi zasadami. Listę zasad dotyczących strony docelowej i witryny, które mogą być zakwalifikowane jako istotne, a także informacje na temat zawieszania kont AdWords, można znaleźć pod adresem https://adwords.google.com/…;page=guide.cs.

Ta wiadomość została wysłana z adresu e-mail służącego tylko do wysyłania powiadomień, który nie przyjmuje poczty przychodzącej. Prosimy na nią nie odpowiadać. Aby zadać pytanie lub złożyć wniosek o ponowne sprawdzenie w przypadku wyeliminowania naruszeń, prosimy odwiedzić stronę http://adwords.google.com/…;hl=pl.

Z poważaniem,
Zespół Google AdWords

Google Ireland Ltd. Gordon House, Barrow Street Dublin 4, Ireland  Zarejestrowano w Dublinie, w Irlandii, pod numerem: 368047

Jak widać, żadnych konkretów. Myślałem, że dotychczas tego typu „ostrzeżenia” były domeną polskich firm hostingowych, ale jak widać, są też normą w jednej z największych korporacji na świecie. Google kiwa groźnie palcem, a ty biedaku zgadnij, co nabroiłeś.

Co ciekawe, ostatnią reklamę w systemie AdSense AdWords wyemitowałem w 2008 roku, kiedy w ramach eksperymentu wydałem kilkadziesiąt złotych na reklamy swojej witryny. Od tego czasu zapomniałem o sprawie, ale googleboty nie i wszedłem na celownik.

Trochę wyszukiwania i znalazłem jakiś googlowski system kontaktu zwrotnego (ostrzeżenie lojalnie ostrzega, aby nie odpisywać). Trzeba przebrnąć przez jakieś drzewka wyboru kategorii, z których żadna nie pasuje do mojego problemu, wybrać jakąś zbliżoną i wypełnić formularz, gdzie jest pole na opis problemu. Pozwoliłem sobie napisać tam taką wiadomość:

Otrzymałem ostrzeżenie, że docelowa strona moich reklam (ostatnio zresztą wyświetlanych w 2008 roku) – miasik.net – narusza  zasady dotyczące strony docelowej.

Niestety, podane zawiadomienie nie podaje żadnej informacji na temat tego, które zasady są rzekomo naruszane, co nie pozwala mi zająć w tej sprawie stanowiska.

Lektura zasad, do których kierują odnośniki w wiadomości, choć ciekawa, niewiele wnosi. Mogę co najwyżej domniemywać, która z podanych kategorii odnosi się do mojej strony, a i tak możliwości interpretacji są ogromne.

To bardzo nieprofesjonalne ze strony Google, że grozi rozwiązaniem naszej wzajemnej umowy bez podania konkretnych przyczyn i bez możliwości zgłoszenia zastrzeżeń, czy też usunięcia naruszeń.Liczę, że otrzymam dokładniejszą informację na temat domniemanych naruszeń, abym mógł się do nich odnieść.

Chciałbym także dowiedzieć się, w jaki sposób mogę usunąć swoje konto w programie AdWords bez szwanku dla moich pozostałych kont w systemie Google. Nie mam zamiaru w przyszłości korzystać z usług AdWords, widząc w jaki sposób jestem, jak klient traktowany.

Zobaczymy, czy i co odpowiedzą. Fajnie będzie się dowiedzieć, jakie drażliwe kwestie poruszam. Bo rzeczywiście, jakby przyjąć swobodną interpretację zapisów regulaminowych, to coś by się znalazło, choćby w kwestii broni lub praw autorskich. Nie ma sprawy, Google nie chce robić ze mną interesów w zakresie reklamy, to nie chcę i ja z nimi.


Antynikotynowi fanatycy – dyskusja

Poprzedni, krótki wpis-cytat wywołał intensywną dyskusję, w której główne skrzypce grał jeden dyskutant, PM. Niestety, nie mogłem uczestniczyć w niej na bieżąco, to trochę mi się dostało, przeważnie niemerytorycznie, więc postanowiłem zebrać swoje odpowiedzi w osobny wpis, aby nie dodawać tam więcej długich komentarzy.

Na początek trochę o stylu dyskusji i “argumentacji”. Fajnie jednak byłoby zacząć od argumentów, a nie personalnych ocen dyskutantów czy subiektywnych ocen ich poglądów. Nazwanie kogoś głupkiem na wstęp nie jest mocnym argumentem, ani też nie wystawia dyskutantowi najlepszej oceny. PM jednak nie stroni o takich wybiegów.

To było tak żałośnie nieprzystające do problematyki dyskusji ze nawet nie bede tego komentował.

Żałosne to jest twoje ocenianie i wartościowanie poglądów i argumentów, które padły, albo nawet i nie padły w tej dyskusji. Starałeś się wielokrotnie podnieść rangę swojej wypowiedzi oceniając i wartościując negatywnie wypowiedzi i osoby innych, bez podawania kontrargumentów, tym samym ustawiając się pozytywnie na tle swoich negatywnych ocen. Nie oceniaj, tylko argumentuj. Aby nie było, że się czepiam tylko tej wypowiedzi, parę przykładów:

Ale pieprzysz głupoty Maćku.

Co za głupek, wiadomo – tylko PM pisze z sensem.

Zresztą autor szybko zaprzestał komentarzy po wrzuceniu kilku bezmyślnych frazesów co jest poniekąd smutne.

Umiem tylko produkować bezmyślne frazesy. Smutne. W ogóle szkoda nawet dyskutować ze mną. PM to co innego, to kopalnia przemyśleń i mądrości – nie można w to powątpiewać, no nie? Jego argumenty są automatycznie słuszne.

Bycie zwolennikiem jakiejś filozofii oznacza ze rozumie się jej fundamenty.

Przecież nie mogę rozumieć fundamentów filozofii, której jestem zwolennikiem, to niemożliwe. Przyszedł człowiek, ocenił i już wie. Podzielił się tą tajemną widzą z innymi, bo mnie udawało się ich jakoś oszukiwać do tej pory. Poza tym, tego typu wiedza dostępna jest tylko oświeconym iluminatom, do których pewnie PM się zalicza.

W myśl ze IP złe póki musisz płacić a dobre kiedy tobie płacą?

Wiadomo, żem głupi czarnuch, jak ten Kali, nie? Musi tak być, skoro zarabiam na grach, a jednocześnie krytykuję IP, no nie? Nieważne, com tam naprawdę w tej kwestii napisał, bo może  nie pasuje to do kreowanego wizerunku głupka.

Ale dajmy sobie spokój na moment bo nie chodzi mi o obrzucanie cię błotem. Potrafię zrozumieć konieczność działania w takich a nie innych realiach. Ale taka pseudoargumentacja w obronie palenia świadczy strasznie na twoja niekorzyść.

No niby nie chodzi o obrzucanie, ale tak trochę poobrzucamy, a potem się powie, że wcale nie. A że jakieś tam błoto zostało, to trudno. I koniecznie trzeba użyć słowa “pseudoargumentacja”, aby się czytelnikom utrwaliło.

Dobra, tyle kwestii personalno-stylistycznych, przejdźmy do dyskusji.

Ale pieprzysz glupoty Macku. To takie na sile stawanie na glowie zeby zrobic na zlosc panstwu. Jak wogole mozna byc „politycznym palaczem” w konflikcie palacy vs niepalacy???

Tak, można stawać na głowie, aby zrobić na złość państwu, a nawet trzeba. Nazywa się to, może nieco górnolotnie, walką o wolność, ponieważ jedynym celem państwa jest odbieranie nam wolności i czynienie nas niewolnikami.

Palący narusza zdrowie i komfort niepalacego a wiec prawo do zycia i wolnosci, podczas gdy zakaz narusza jego wolnosc do palenia. To tak samo jak z uzywaniem gazu pieprzowego.

Jak może mogłeś zauważyć, w moich wypowiedziach na temat palenia zawsze poruszam kwestię wolności palenia tam, gdzie palący nie naruszają zdrowia innych (komfort ignoruję, bo mój komfort narusza pieprzenie przeciwników palenia, ale to jeszcze nie powód, aby ich zagarniać do obozów). Nie ma mowy o zamachu na zdrowie na otwartym powietrzu, ani też nie ma mowy o zamachu na terenie prywatnej własności, gdy jasne jest, że wchodząc na taki teren mamy świadomość, że mogą tam być palacze. Zasadę “Volenti non fit iniuria” wymyślono już dawno, bo ma sens i fakt, że teraz próbuje się o niej zapomnieć czy jej zaprzeczyć, nie oznacza, że powinna przestać obowiązywać.

Mozesz go uzyc na sobie bo masz do tego prawo, ale na osobie drugiej juz nie. Bo do tego prawa nie masz. I tlumaczenie ze gdyby byly lokale prywatne w pelni to wlasciciel bla bla bla….. owszem.. jakby lokale byly prywatne w pelni to wlasciciel moglby sobie napisac na szyldzie „wszystkie kobiety w tym budynku beda gwalcone”. I faktycznie w mysl anarchistycznej logiki kazdy kto by wchodzil godzilby sie na ten gwalt.

Cieszę się, że dopuszczasz możliwość, że właściciel może decydować. To bardzo wolnościowe. Mnie chodzi wyłącznie o lokale w pełni prywatne, a jakże. Dodatkowo chciałbym, aby lokali nie “w pełni” prywatnych było jak najmniej, najlepiej wcale.

Ale problem nie dotyczy restauracji, pociagow czy innych tego typu miejsc. Problem dotyczy ogolnie palenia wsrod ludzi, zwlaszcza w przestrzeni publicznej. Bronilbys prawa ludzi do zaczepiania przechodniow na ulicy, oblewania ich woda, budzenia ludzi w srodku nocy nadmiernym halasem etc etc? Nie sadze… I tak samo trzeba traktowac palaczy – ktorzy w dodatku sa dosc obrzydliwa grupa bo arogancka, wpieprzajaca sie ze swoim obrzydliwym nalogiem absolutnie wszedzie gdzie moga.

To jest przykład typowej dla antynikotynowych fanatyków argumentacji, polegającej głównie na emocjach, wyolbrzymionych analogiach i zwyczajnych insynuacjach i kłamstwach.

Przestrzeń publiczna to, rzeczywiście, problem, ale głównie dlatego, że jest “publiczna”, a faktycznie państwowa. Jeśli zostałaby sprywatyzowana, to właściciele ustaliliby normy i byłoby jak chcą. Rynek wypracowałby jakieś optymalne układy. A tak, to musimy uznać, że właściciel-uzurpator przestrzeni publicznej decyduje. A, że to demokratyczny dyktator, to raz przywali palaczom, a raz jakimś innym faszystom, a czasem nawet żydom (tak, pamiętamy takie czasy).

Antynikotynowi fanatycy to taka współczesna odmiana polujących na czarownice. Jak w Monty Pythonie – nie ma z nimi racjonalnej dyskusji. Bo palacze to “obrzydliwa, arogancka, wpieprzające się wszędzie grupa”. To ciekawe, bo znam wielu palaczy i naprawdę nie pasują do tego wzorca. Na przykład moja żona – nie narzucała się z nałogiem nikomu, nawet we własnym domu szanowała gości, którzy nie palili i starała się palić gdzie indziej. To jak to się ma do tego rzekomego wizerunku?

Nieważne, palacze to takie współczesne czarownice – nie podobają się nam, to na stos z nimi! Na stos! Od razu lepiej się poczujemy.

I wcale nie chodzi o to, aby palacze mogli palić wszędzie. Chodzi o to, aby mogli palić w swoim domu, swoim ogrodzie, a także w swojej firmie, czy w lokalu, którego są właścicielem. I aby mogli ustalać reguły dotyczące palenia w tych miejscach dla innych, który się tam dobrowolnie znajdą.

Ja bym preferowal aby kazdego palacza ktory nie uslucha wezwania do zaprzestania palenia lub nie oddali sie gdzies gdzie nie ma niepalacych traktowac jako napatnika i zwyczajnie zastrzelic, spalowac etc.

A ja bym chciał odstrzeliwać każdego niepalącego, który wchodząc na prywatny teren, gdzie są palacze, krzyczy, że dzieje mu się krzywda. Wtedy miałby naprawdę powód do skargi.

Macku – proba sprowadzenia tej dyskusji do tej jak najbardziej poprawnej analogii (a nie alternatywy) nie uda sie tylko dlatego ze na swoim blogu lubisz wystepowac w roli tego sprawiedliwego ale tym razem argumentujesz ze masz racje bo masz racje.

Masz rację, to analogia, ale analogia celowo wyolbrzymiona, aby zagrać na emocjach, a nie dyskutować racjonalnie.

Ale faktycznie, ja rzeczywiście chcę, aby właściciele lokalu mogli ustalać takie reguły, które wielu z nas mogą wydać się przesadzone i zbyt radykalne. Aby można było jasno powiedzieć, że wchodząc do tego lokalu dostaniesz po gębie (bo to lokal typu “Fight Club”, gdzie przy pierwszej wizycie musisz się bić), albo zostaniesz zgwałcony (klub BDSM dla lubiących naprawdę mocne wrażenia), albo nawet zginiesz (pub pod dr Kevorkianem). Byle było to jasne dla każdego, kto tam wchodzi. Bo chcącemu nie dzieje się krzywda. Bo to jest właśnie wolność.

Bycie zwolennikiem jakiejs filozofii oznacza ze rozumie sie jej fundamenty. Bycie konsekwentnym wobec niej oznacza ze sie akceptuje jej ‘jasne’ jak i ‘ciemne’ strony w kazdym przypadku.

Tak, właśnie robię i doskonale rozumiem jej fundamenty.

I nie jest trudnym wykazanie argumentow – czyz nie pracowales nad grami bedacymi elementem systemu IP ktory tak zaciekle krytykujesz? W mysl ze IP zle poki musisz placic a dobre kiedy tobie placa?

Gdybyś poczytał moją krytykę IP, to byś wiedział, że nigdy nie usprawiedliwiałem IP, choć jestem potencjalnie beneficjentem tego systemu. Nie uważam, że IP jest dobre, bo z niego korzystam (a tak serio, to korzystam z niego bardzo mało, przeważnie dostaję jednorazowe wynagrodzenie za wykonaną pracę, jak każdy robotnik w fabryce). A więc pudło..

Ale taka pseudoargumentacja w obronie palenia swiadczy strasznie na twoja niekorzysc. Po pierwsze zgodze sie ze porownanie biernego palenia do gwaltu lub pobicia jest przesadnym wyolbrzymieniem ale tylko wyolbrzymieniem.

No to się zgadzamy.

W mysl twojej ‘logiki’ jesli ktos podaje rakotworcza substancje przez 20 lat w sladowych dawkach i powoduje w koncu raka to robi zupelnie cos innego niz osoba ktora aplikuje kancerogenna dawke promieniowania delikwentowi w jednym strzale!

Chodzi właśnie o racjonalną, wolną od emocjonalnych wyolbrzymień dyskusję. A w szczególności o to, czy mamy do czynienia z dobrowolnym poddaniem się działaniom, które uznajemy za szkodliwe. Na przykładzie palenia – nie mam nic przeciw poddawaniu się działaniu rakotwórczej substancji pochodzącej z papierosów palonych przez najbliższą mi osobę. Nie uważam, że jej działanie to jedynie osłabiona i rozciągnięta w czasie wersja strzału w łeb.

Chyba ze teraz mi zasuniesz ze bierne palenie jest nieszkodliwe (bo o tym ze jest zwyczajnie uciazliwe to raczej i tym sam wiesz) ale wowczas nasza dyskusja zjedzie na poziom pseudointelektualnej pseudodebaty ktorym nie mam ochoty sobie glowy zawracac.

Serio, powątpiewam w szczególną szkodliwość biernego palenia, ale nawet jeśli przyjmę do wiadomości fakt, że jest w jakiś tam sposób szkodliwe, to nijak nie zmienia mojej postawy w kwestii ingerencji państwa w regulację palenia na terenie prywatnym. Ludzie mają prawo sobie szkodzić, nie tylko poprzez bierne palenie, ale na wiele innych sposobów. To jest właśnie wolność.

Problem jest na przestrzeni publicznej do ktorej zarowno palacy jak i niepalacy maja jednakowe prawo. I gdzie problem sprowadza sie do prostego – czy niepalacy ma obowiazek znosic szkodliwy i nieprzyjemny nalog palacza. Tego tematu nie poruszyles…. ciekawe dlaczego? Bo chyba nie mowisz o tym akapicie o komentarzach.

Tego tematu nie poruszam, bo w przestrzeni publicznej rzeczywiście rządzi jej “właściciel” czyli państwo. Ja sam jestem zwolennikiem ograniczania i likwidacji przestrzeni publicznej, bo same z nią problemy.

Ale moje wypowiedzi na temat ostatnio wprowadzanego zakazu dotyczą jego wychodzenia poza przestrzeń publiczną, w sferę prywatną. Jak wiemy, zapędy były znacznie szersze, ale na razie tylko sięgnięto po lokale gastronomiczne. Mogę się domyślać, a właściwie jestem pewien, że to jedynie początek dalszych ingerencji. Dalszego ograniczania wolności. Mogę, oczywiście poczekać z reakcją, ale nie muszę. Ja się palaczy nie brzydzę i nie uważam ich za podludzi.

Na koniec uwaga o niedozywianiu dzieci. Tak- w czystej teorii oczywiscie, bo praktyka to zupelnie inny temat – uwazam ze dzieci powinny miec prawo pozywac rodzicow za ewidentne zaniedbania ktore negatywnie wplywaja na stan zdrowia czy sytuacje zyciowa. Rodzic nie jest wlascicielem dziecka, jest jego opiekunem ktory ma obowiazek zapewnic mu pewien okreslony poziom opieki i dostatku w miare swoich mozliwosci w interesie dziecka. Nie widze w tym nic dziwnego. To prosta konsewkencja prawa wlasnosci do dysponowania wlasnym cialem.

Akurat z tym mógłby się częściowo zgodzić, pod jednym warunkiem – muszą dowieść faktycznego uszczerbku na zdrowiu. Nie potencjalnego, ale faktycznego. I muszą dowieść, że powstał on właśnie w wyniku działań rodziców. Jeśli kwestię rozstrzygałby wolnorynkowy sąd, to nie miałbym nic na przeciw. W zasadzie to każdemu wolno procesować z każdym, nawet dzieciom z rodzicami.

Dzisiejsza walka z tytoniem ma podtekst bardzo materialistyczny i sprowadza sie do dwoch czynnikow – wladzy i pieniedzy. Pietysci mieli oba te elementy gleboko gdzies… chodzilo im o to aby wyplenic grzech w ich rozumieniu. To sa dwa rozne problemy.Nie jest nowoscia jakkolwiek uzywanie argumentacji niemajacej nic wsplnego z problemem do poparcia wlasnego stanowiska – swiadomie lub nie. Twoj wybor czy chcesz robic to samo…

Ech, przecież to cytat z Gabisia, albo nawet głębie, bo chybaj z L. Neila Smitha. Wylej swe  pretensje jemu, że brak mu wiedzy historycznej. Mnie najbardziej zainteresowało sformułowanie dotyczące “palacza politycznego”, autorstwa współczesnego pisarza. A zacytowałem cały akapit, żeby było ładnie. No i niezależnie, co tam miał na myśli Mencken, to dalej świetny cytat i pasuje jak ulał do obecnych czasów.

Ja sie przede wszystkim zzymam nad bezmyslnym postrzeganiem palaczy jako ciezmiezonych antybohaterow politycznych przez autora bloga i uzywaniem w tym celu luk w wiedzy historycznej i improwizowanego rozumienia doktryny samoposiadania – lub moze jakiejs innej.

Chciałbym się dowiedzieć, w jaki sposób cytat z artykułu innego autora mówi cokolwiek na temat mojej wiedzy historycznej, czy “improwizowanego” rozumienia doktryny samoposiadania? Serio.

Tak, palacze w tym konkretnym momencie to ciemiężeni ludzie, ale moje wpisy na te temat starają się spojrzeć na temat w znacznie szerszym kontekście – kontekście erozji wolności, prawa własności i rosnącego totalitaryzmu państwa. Palacze to tylko bieżący przykład. Takie czarownice obecnie na topie. Zaraz znajdzie się jakaś inna grupa, która znów wejdzie na celownik różnych zamordystycznych naprawiaczy świata.

To co mnie irytuje to bezmyslnosc po teoretycznie ‘slusznej’ stronie.

To jest słuszna strona. To jest strona właścicieli. Palacze to tylko indykator problemu.

Bezmyslnosc ktora powoduje ze libertarianizm jest byl i bedzie ruchem rozczlonkowanym, slabym i bez reprezentacji okolopolitycznej.

Nie przeceniałbym mojego wpływu na stan całego ruchu libertariańskiego. Naprawdę to, co piszę na swoim prywatnym blogu nie bardzo ma wpływ na spójność ruchu i jego polityczną siłę. Poza tym, wolnościowcy to indywidualiści, z natury rzeczy trudni do scalenia. Na dodatek klasyczna aktywność polityczna wśród polskich wolnościowców nie jest mile widziana. Nie zamierza budować Partii Libertariańskiej, ani też stawać na jej czele. Nie zamierzam scalać polskiego ruchu wolnościowego i będę pisał, co tam sobie zechcę. Wolno mi (jeszcze).

Jak na to jak obrzydliwa grupa spoleczna sa palacze wszedobylscy, aroganccy i smierdzacy niech sobie beda nawet piec razy bardziej uciemiezeni. Oni jak ich panstwo nie scigalo mieli gdzies to ze ja musialem ich chamstwo znosic.Teraz niech sie mecza. Dobrze im tak

Wiadomo. Żydzi też sobie zasłużyli, no nie? Tyle ludzi musiało ich chamstwo znosić.

Ale serio – twój prywatny problem z palaczami (mógłbym powiedzieć, prywatna paranoja) nie jest usprawiedliwieniem popierania ingerencji państwa we własność prywatną. Ja mogę palaczy lubić lub nie, ale to nie chodzi o nich, chodzi o właścicieli.

Prezentujesz typowe Schadenfreude, mało szlachetną postawę, ale masz do niej prawo. Ale pamiętaj, że któregoś dnia sam możesz znaleźć się w nielubianej grupie, którą państwo postanowi “naprostować”. I ktoś będzie z radością zacierał ręce ciesząc się, że państwo ci „pokazało”. Zaiste godna postawa.

Prawda jest taka ze palacze zwyczajnie zamiast rzucic swoj ohydny szkodliwy dla otoczenia nalog placza ze ich po kieszeni bije. Niech bije. Skoro nie mozna dostac od nich odszkodowania uczciwie, to niech placa tak.

Ale dlaczego mają rzucać swój nałóg? Jeśli palą na swoim terenie, wśród ludzi, którym to nie przeszkadza, to co ci do tego? Dlaczego miałbyś dostawać jakiekolwiek odszkodowanie?

I zupełnie nie rozumiem, co lepszego dla ciebie, rzekomo poszkodowanego, w tym, że państwo złupi palaczy? Co z tego będziesz miał, poza właśnie Schadenfreude?

Przesladowani przez panstwo sa tez pedofile, mordercy, bandyci, zlodzieje, mezowie bijacy zony, wandale… moze ich tez zacznijmy bronic bo w koncu kogo przesladuje panstwo ten jest nasz bohater. Co kogo tam obchodzi ze calkiem przypadkiem ludzie ci naruszaja prawa innych. Przeciez nie to jest istotne.

Chcącemu nie dzieje się krzywda. Naprawdę, jeśli ktoś wchodzi do lokalu dla palących, a nie lubi dymu, albo boi się biernego palenia, to nie jest ofiarą. Nie ma potrzeby ingerencji państwa, bo nikomu nie dzieje się krzywda.

Bronienie palaczy, nie oznacza obrony ludzi, którzy naprawdę krzywdzą innych. I nie jest to uprawniona analogia – broniąc praw palaczy nie bronimy morderców i właścicieli. Nie popadaj w histerię, bo robisz się śmieszny.

[Rynek] Nie jest obiektywnie najlepszy w kreowaniu jakosci, nie jest obiektywnie najlepszy w utrzymywaniu standardow sprawiedliwosci, nie zapewnia rownych szans etc etc.

To, co prawda, nie ma temat, ale jeśli rynek nie jest najlepszy w kreowaniu jakości, to najwyraźniej obiektywnie istnieje najlepsza metoda kreowania jakości. Co to takiego, ciekaw jestem?

Jesli beda sale dla palacych i niepalacych to musi byc np mozliwosc pozwania wlasciciela klubu jesli smrod z sali dla palaczy przenika.W koncu obiecuje wydzielenie grup prawda? Nie wydzielil niech buli…I nie mozna mowic „niech nie przychodza” bo to jest alternatywa dla „niech nie pala”.Albo „jak nie chcesz byc napadniety to nie chodz tam”. To jest pomieszanie faktow.

Nie bardzo rozumiem dlaczego właściciele lokali, którzy nie lubią palaczy muszą palaczy przyjmować? Skąd taki przymus integracji? Wolność to także wolność od przymusu obsługiwania tych, których się nie lubi. Szczególnie już takich, co grożą procesem. To nie jest pomieszanie faktów, to jest po prostu prawo właściciela biznesu.

Wydaje mi sie to bardzo logiczne. Wolnosc twojej piesci jest ograniczona dlugoscia mojego nosa.I czy na posesji palacza czy niepalacego czy posrodku te reguly obowiazywac musza bo sa nadrzedne.

Nadrzędne są przede wszystkim prawa właściciela. To on ustala reguły. On także może, jeśli będzie miało to dla niego sens, ustalić, że wkraczając na jego teren godzisz się na to, że dostaniesz w nos. Chcącemu nie dzieje się krzywda.

Ludziom nie rozumiejacym regul opartych na prawie wlasnosci czesto sie wydaje ze wlasciciel na swojej posesji to udzielny pan i wladca. A tak nie jest.On ma tylko prawo usunac ze swojej posesji kogos nie stosujacego sie do ustalonych regul – nie ma prawa naruszac jego praw. [...] Jesli jestem na twojej posesji do ktorej masz prawo wlasnosci i ja robie cos co ci sie nie podoba masz prawo mnie usunac. Jesli wchodze na twoja posesje a tam pisze – kazdy musi sciagnac buty – a ja nie sciagne to nie znaczy ze masz prawo mi sila sciagnac buty. To znaczy ze masz prawo mnie wyprosic lub wyrzucic z posesji jesli nie wyjde.

No toż przecież o tym dyskusja jest od początku. Właściciel musi mieć możliwość usunięcia tego, kto nie stosuje się do jego reguł. Na przykład niepalących, którzy napastują palących. I tak to ma działać. Chyba, że charakter lokalu będzie inny, jak podałem wcześniej w przykładach i samo wejście może wiązać się z naruszeniem nietykalności. Wtedy to próżny żal. Trzeba uważać i tyle.

Nikt nie postuluje natychmiastowego odstrzeliwania wszystkich, którzy naruszą własność i reguły właściciela (choć w nocy, na pustkowiu, odstrzelenie może być opcją). Szczególnie nie będą chętni do odstrzeliwania potencjalnych klientów właściciele biznesów. Chodzi jednak o to, aby oni ustalali czy wolno u nich palić, czy jest wentylacja, czy sale mają izolację czy nie. Klient może co najwyżej nie robić z nimi interesu. Ma z resztą potężną broń – portfel – i nie musi posiłkować się państwowym, niewolnościowym przymusem.

Sojusz z wrogami wolności nigdy nikomu na dobre nie wyjdzie.


Antynikotynowi fanatycy

Świetny tekst Tomasza Gabisia, pochodzący z 2007 roku, a w obliczu obwiązującego od poniedziałku prawa, nabierający teraz tylko aktualności. Wybrałem tylko fragment, który świetnie podsumowuje moją postawę w tym sporze – tak, jestem „palaczem politycznym”:

Amerykański pisarz L. Neil Smith, autor wydanej również w Polsce trylogii Lando Carlissian i Myśloharfa Sharów, Lando Carlissian i Ogniowicher Oseona, Lando Carlissian i Gwiazdogrota ThonBoka w manifeście „Kiedy przyszli po palaczy” oznajmia, że choć sam nie pali, to w obliczu coraz większego ograniczania wolności w ramach Wojny z Tytoniem postanowił zostać „palaczem politycznym”, gdyż palacze pozbawiani są dzisiaj praw ludzkich, ich godność depczą ci, którzy „zawsze czynią Dobro”, którzy, jak pisał Henry Louis Mencken, budzą się w środku nocy, zlani zimnym potem, drżąc ze śmiertelnego strachu, że ktoś gdzieś może być szczęśliwy. Odziedziczyłem po ojcu fajkę, wyznaje Smith, ładnie pachnie, czasami nawet potrzymam między zębami, choć nabijać jej nie zamierzam. Dzisiaj ta fajeczka traktowana jest jak sprzęt heroinistów, dlatego będę ją wszędzie ze sobą zabierał, żeby kłuć nią w oczy antytytoniowych fanatyków i prowokować ich; niech poczują niepokój, niech poirytują się, nie dajmy się nabrać na ich gadkę o „biernym paleniu”, po prostu ich zwichrowane umysły nie znoszą tego, że ktoś może z rozkoszą pykać sobie fajeczkę, nienawidzą zwykłych ludzkich przyjemności, nie są religijni, ale ciągle pragną tej oszalałej purytańskiej ekstazy, „nie wolno ci”, wrzeszczą, a jak nie posłuchasz, to przyjdą do ciebie z nagą siłą rządowego edyktu. Zostańcie politycznymi palaczami, nawołuje Smith niepalących, idźcie do najbliższego sklepu, kupcie tanią fajkę, pokazujcie ją ostentacyjnie w ulubionej restauracji, w autobusie, w kinie, w przedszkolu. Niech ta nie nabita fajka będzie znakiem naszej solidarności z prześladowanymi palaczami, aby nie dali sobie wmówić mediom i rządowi, że są sami; niechaj stanowi ona dla prohibicjonistów ostrzeżenie, że ich rządy terroru, prędzej czy później, spotka zasłużony koniec i zwycięży konstytucyjne prawo każdego Amerykanina, niezbywalne prawo każdego człowieka: pójść do piekła drogą, jaką sam sobie wybierze.


Kot Simona w przerwie na lunch


Rząd to złodziej

Co gorsza, jest nawet gorszy, jak zauważył Lysander Spooner:

Oczywiście rząd nie napada ludzi na pustkowiu, nie wyskakuje z krzaków przy drodze i nie przetrząsa im kieszeni, przystawiwszy pistolet do skroni. Jednakże wcale nie przestaje być z tego powodu złodziejem i to tym bardziej podłym i godnym potępienia.

Rabuś bierze na siebie odpowiedzialność, ryzyko i konsekwencje swojego czynu. Nie udaje, że ma jakiekolwiek prawo do twoich pieniędzy albo że zamierza ich użyć dla twojego dobra. Nie udaje, że nie jest złodziejem. Nie jest na tyle bezczelny, żeby oświadczyć, iż jest tylko „obrońcą”, który pobiera opłaty od uwielbiających go podróżnych, a w zamian zapewnia im ochronę, nawet jeśli jej nie potrzebują lub nie życzą sobie skorzystać z jego specyficznego systemu ochrony. Ma na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie wygłaszać takich oświadczeń. Co więcej, zabrawszy pieniądze, zostawia cię w spokoju. Nie depcze ci po piętach wbrew twojej woli. Nie narzuca swojego „suwerennego” zwierzchnictwa ze względu na „ochronę”, którą oferuje. Nie daje ci „ochrony”, każąc sobie bić pokłony i usługiwać, polecając robić to czy tamto, to znów zabraniając czegoś. Nie napada cię ponownie za każdym razem, kiedy potrzebuje pieniędzy lub przyjdzie mu na to ochota. Nie nazywa cię buntownikiem, zdrajcą i wrogiem ojczyzny, nie rozstrzeliwuje cię bez litości, jeśli próbujesz podważyć jego autorytet albo odmawiasz mu posłuszeństwa. Jest zbyt przyzwoity na to, żeby dopuścić się tych wszystkich oszustw, obelg i nieprawości. Po prostu, pozbawiwszy cię pieniędzy, nie usiłuje zrobić z ciebie głupka ani niewolnika.

Powyższy cytat pochodzi z tekstu „NO TREASON NO. VI. THE CONSTITUTION OF NO AUTHORITY„, a tłumaczenie zaczerpnąłem z książki Hansa-Hermana HoppeDemokracja – bóg, który zawiódł

Tak, słowa te zostały opublikowane w 1867 roku, czyli 143 lata temu, a nie straciły nic ze swej aktualności. Ba, obecne rządy to dopiero rozzuchwaliły się w rabunku, oczywiście wszystko dla naszego dobra, dla realizowania „sprawiedliwości społecznej”, czy z innego, wymyślonego powodu. Polecam ten tekst tym, który muszą sobie oraz innym usprawiedliwiać to niecne działanie. Jakiekolwiek znajdziecie usprawiedliwienia dla podatków, nic nie będzie w stanie ukryć faktu, że to złodziejstwo, tyle że bardziej perfidne i przypudrowane otoczką „legalności”.


Wcześniejsze wpisy »

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo