…jednym słowie:
Własność – Ludwig von Mises
…jednym słowie z myślnikiem:
Samo-posiadanie
…jednym zdaniu:
Własność nie istnieje dlatego, że są prawa, ale te prawa istnieją, bo jest własność. – Frédéric Bastiat
…jednym zdaniu:
Inni ludzie nie są twoją własnością. – Roderick Long
…w dwóch zdaniach:
Problem jest zawsze ten sam: albo rząd, albo rynek. Nie ma trzeciego rozwiązania. – Ludwig von Mises
…w jednym akapicie:
Rząd do gang facetów takich samych jak ty czy ja. Nie mają, jeden z drugim, specjalnych talentów do rządzenia, posiadają jedynie talent do zdobycia i utrzymywania urzędu. Ich głównym narzędziem w tym celu jest wyszukiwanie grup, które domagają się czegoś, czego nie mogą dostać, i obiecywanie dania im właśnie tego. W dziewięciu na dziesięć przypadkach obietnica ta nie jest nic warta. W dziesiątym przypadku spełniania jest przez ograbienie A, aby zaspokoić B. Innymi słowy to brokerzy rozboju, a każde wybory to coś w rodzaju udziału w aukcji skradzionych w przyszłości dóbr. – H.L. Mencken
…w jednej książce:
„Etyka Wolności” – Murray N. Rothbard
Zaczerpnięte ze strony Economics.org.au – tam jest tego więcej.
O długu już pisałem i dyskutowałem. Teraz o tym samym piosenka.
To stara sprawa, a dopiero teraz się o niej dowiedziałem, dzięki Forum Libertarian. Chodzi, o artystę polskiego, Hołdysa Zbigniewa. Zwolennika „własności intelektualnej”, rzucającego oskarżeniami o kradzież w stosunku do tych, którzy korzystają z jego muzy nie gratyfikując go za to wymaganymi kanałami (czyli poprzez detalistów, wydawcę, itp.). Zdaje się, że na jednej ze swoich płyt (nie słucham muzyki tego pana) zawarł następujący manifest:
Jeżeli kupiłeś tę płytę od piratów, okradłeś mnie, moją rodzinę i przyjaciół z którymi ją nagrałem.
Okazało się jednak, że bojówka BSA, zapewne zwabiona informacją od „życzliwego”, w 2000 roku w jego firmie znalazła nielegalne oprogramowanie. Przez kolejnych 6 lat Hołdysowi nic się z tego powodu nie stało, aż w końcu zawarto ugodę, na mocy której artysta podarował komputery dla domów dziecka i zapłacił jakieś tam odszkodowanie. Ciekawy jest komentarz do tego newsa na portalu Money.pl:
Cóż, naruszenie własności intelektualnej zdarzało się już polskiej policji, zdarzało się i Microsoftowi, a nawet samej MPAA bezpardonowo walczącej z piratami, może zatem zdarzyć sie i artyście znanemu ze swoich krytycznych poglądów na temat piractwa.
Jak rozumiem, gdy takie faux pas zdarzy się jakiemuś studentowi, to straci sprzęt i dostanie jeszcze wyrok w zawiasach. Ale jak padnie na kogoś znanego, albo nawet na tych, którzy piractwo ścigają i powinni raczej być świętsi od papieża, to wystarczy „zdarza się” i jakaś niezbyt uciążliwa ugoda. I w zasadzie wszystko jest w porządku i nic się nie stało. Hołdys może wrócić w szranki bojowników o interesy medialnych konglomeratów i nikt go tam bojkotować nie będzie.
Na podsumowanie komentarz z forum:
Ciekawe, że w polskim hip-hopie, kiedy panowie lizneli trochę mainstreamu zaczyna się pierdolenie o prawach autorskich, sprzedaży płyt itd. Np. w jednym wywiadzie Sokół z WWO o mało wprost nie powiedział, że nic się nie zmieni dopóki nie weźmie się za to policja. Ugryzł się w język w ostatniej chwili na swoje szczęście. Dziwnie to brzmi skoro od zawsze w polskim hh było pierdolenie o walce z systemem, nie tylko policją.. Widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Niestety różnej maści artyści nie dostrzegają tego i to mnie zadziwia, że przecież mp3 to jest giga promocja dla ich koncertów.
Dodatkowo mają dość krótką pamięć i szybko zapomnieli o tym, że wiele cutów pod podkłady hh było rżniętych żywcem z oryginalnych płyt i nikt za to nie zamierzał płacić (jak np. „Mam tak samo jak Ty” 3H z Niemena „Sen o Warszawie”)
Najlepsza jednak akcja była ostatnio kiedy wykradziono płytę Warszafskiego Deszczu i puszczono ją do sieci, (co akurat można uznać za kurestwo ) i wkurwieni na to członkowie zespołu, czyli TEDE i Numer Raz nagrali kawałek przeciwko piratom w ogóle ” HWDPiratom” Jadą w nim po użytkownikach rapidshare’a itd. Co ciekawe podkład do tego numeru został wzięty od Hemp Gru bez ich wiedzy co z kolei ich wkurwiło. Tede i Numer tłumaczyli się później że kupili oryginalną płytę Hemp Gru i z niej wycieli podkład i działali w dobrej wierze. Dla mnie to jest jajcarskie, bo na dobrą sprawę co z tego, że kupili oryginał? Złamali prawa autorskie i tak i jeszcze nie swój podkład dali pod swoim szyldem.
Tak to jest z tymi artystami. Przy korytku każda świnia kwiczy.
Jest sobota w nocy, więc taki wesoły materiał związany z kotami. Bo kotów na tym blogu nie brakuje. „Duetto buffo di due gatti” w paru interpretacjach:
Jako że mam taki wspominkowy tydzień, głównie za sprawą wywiadu dla Polygamii, postanowiłem sprawdzić, co stało się z programem „Automat Perkusyjny”, który napisałem kiedyś na małe Atari. Mile ten program wspominam, bo zarobiłem na nim tyle, że stać mnie było na dość drogi magnetowid firmy Sony, mój pierwszy w życiu i ostatni. Program napisałem zupełnie hobbystycznie – to dowód na to, że kasa nie jest motywem tworzenia – a kasa wpadła przy niespodziewanie i przy okazji. Była więc i satysfakcja, i także finansowa gratyfikacja. Idealne rozwiązanie.
Szybkie wyszukiwanie w Google i znalazłem stronkę, gdzie było stosowne archiwum programów na 8-bitowe Atari. Ściągnąłem plik, który, jak się okazało, zawierał nie tylko wykonywalny plik programu, ale także kody źródłowe (a nie doczytałem tego na stronie, choć tam to jasno napisane – Atari XL/XE Source Archive). To zdziwiło mnie o tyle, że ja sam tych kodów nie mam, bo gdzieś mi tam zaginęły przez te niemalże 20 lat, które upłynęły od napisania programu. Co za ciekawa niespodzianka, po tylu latach odzyskać niektóre swoje źródła, bo znalazłem tam także inne swoje programy.
Po kolejnym przejrzeniu wyników wyszukiwania zdobyłem emulator Atari i po chwili pobawiłem się automatem perkusyjnym mojego autorstwa. No dobrze, nie całkiem mojego, bo same próbki instrumentów bezczelnie zripowałem („ukradłem”) z innego, podobnego programu na Atari. Tamten program miał próbki, których nie miałem jak zdobyć, ale też miał jakiś koszmarny i zupełnie nieużyteczny interfejs, który czynił go niezdatnym do praktycznego użytku. Ja wtedy postanowiłem naprawić tę niedogodność i zaoferować światu coś użytecznego. Przy okazji, to jaskrawy przykład tego, że monopol prawno-autorski stoi na przeszkodzie udoskonaleniom.
Pobawiłem się chwilę, ale jakość parobitowych sampli (nie pamiętam już, jaką rozdzielczość miały) jest raczej trudna do zniesienia, więc przestałem i pomyślałem, że fajnie byłoby znaleźć coś podobnego na PC, z równie łatwym programowaniem i lepszym brzmieniem. Pomyślałem wprawdzie o systemie Audiotool, o którym kiedyś pisałem, ale pomyślałem, że to zbyt poważna sprawa jak na moje chęci i możliwości – wolałbym coś o poziomie skomplikowania obsługi właśnie atarowskiego automatu, a nie rozbudowany i wierny emulator maszyn Rolanda.
Natychmiast o sprawie zapomniałem, bo internet umie rozpraszać na miliony sposobów. Aż tu dzisiaj, jakoś zupełnie przypadkiem, czytając elektroniczne wydanie branżowego magazynu o dźwięku i muzyce, natrafiłem na ciekawy link – Monkey Machine. To właśnie prosty automat perkusyjny, aplikacja Java działająca online, której nawet nie trzeba instalować, a można się zacząć bawić. Nic skomplikowanego, ale przynajmniej nieźle brzmi (różne zestawy bębnów do wyboru) i nie sili się na coś specjalnego. Dokładnie to, o co chodziło.
















