Ostatnio kapitalizm nie ma dobrej prasy. Nie ma jej od zawsze u socjalistów i komunistów, nie za dobrze z kapitalizmem u prawicy, która przeważnie narodowo-konserwatywna jest, ale gospodarczo socjalistyczna jak trzeba. Nawet w ostatnim bastionie kapitalizmu czyli wśród libertarian (ba, nawet anarchokapitalistów) pojawiły się głosy, że termin ten „się przeżył”, oznacza obecnie coś innego, i należałoby się z niego jakoś rakiem wycofać, bo nie jest dostatecznie cool. Generalnie, w mainstreamie wszystkiemu winien jest „kapitalizm” – broń Boże państwo z jego regulacjami, fiskalizmem i redystrybucją – gdyby nie ten kapitalizm, byłoby tip top.
Aby dalej snuć rozważania na temat kapitalizmu, warto sprawdzić sobie trochę definicji.
Kapitalizm – system ekonomiczny oparty na prywatnej własności środków produkcji czyli kapitału, który jest maksymalizowany przez właściciela.
System kapitalistyczny opiera się na zasadach:
- wolnego obrotu towarami i usługami
- wolnej konkurencji pomiędzy podmiotami
- wolnego obrotu kapitałem oraz środkami produkcji
Nigdzie na świecie nie ma systemu w pełni kapitalistycznego.
system ekonomiczny polegający na swobodnym handlu, wymianie dóbr i usług bez jakiejkolwiek ingerencji władz poza zapewnianiem tej swobody przez egzekucję praw
ustrój społeczno-gospodarczy, w którym przeważa kapitał prywatny i wolna przedsiębiorczość. Rozróżnia się kapitalizm rynkowy i państwowy. Pierwszy charakteryzował się tym, że działał tam wyłącznie mechanizm rynkowy. Występował w krajach Europy Zachodniej i Ameryki w XIX w.
system społeczno-gospodarczy oparty na własności prywatnej, wolności osobistej i swobodzie zawierania umów;
System ekonomiczny, którego podstawę stanowi własność prywatna i wolna przedsiębiorczość. Prywatna własność środków produkcji, czyli kapitał, jest maksymalizowany przez właściciela. System kapitalistyczny opiera się na zasadach: wolnego obrotu towarami i usługami, wolnej konkurencji pomiędzy podmiotami, wolnego obrotu kapitałem oraz środkami produkcji.
Jak widać, definicje są dość zgodne: własność prywatna (także środków produkcji), swoboda zawierania umów – plus reszta elementów wynikających z tego. Widać też, że tak definiowany kapitalizm zniknął z powierzchni ziemi dość dawno, o ile kiedykolwiek zaistniał. To, co powszechnie i błędnie kapitalizmem się nazywa, z kapitalizmem ma coraz mniej wspólnego, a faktycznie można to nazwać kapitalizmem państwowym, korporacyjnym, kolesiowskim/kompradorskim. Być może zwierz ten jest z wierzchu trochę do kapitalizmu podobny, ale nie dajmy się zwieść pozorom – to tak naprawdę nie jest kapitalizm. Posłużę się cytatem (Let’s Take the „Crony” Out of „Crony Capitalism”):
Słowo „kapitalizm” używane jest na dwa sprzeczne sposoby. Czasem używa się go w znaczeniu wolnego rynku (laissez faire). Innymi razy używany jest w znaczeniu obecnej, sterowanej przez rząd gospodarki. Logicznie rzecz biorąc, „kapitalizm” nie może być obiema tymi rzeczami naraz. Albo rynki są wolne, albo rząd nimi steruje. Nie można mieć jednego i drugiego.
Co pozostaje robić zwolennikom tradycyjnego, podręcznikowego kapitalizmy wolnorynkowego? Poddać się i pozwolić wrogom wolności odebrać nam kolejny termin? Ja się nie zgadzam – ja pozostaje fanem kapitalizmu i nie chcę, aby mi go odbierano. Będę trawać przy swoim i dalej posługiwać się terminem „anarchokapitalista”, bo kopie tyłek, niezależnie jak źle się niedouczonym masom ten termin kojarzy. Nie ma się czego wstydzić! A na koniec walnę z Rothbarda (via StephanKinsella.com):
Preferowany przeze mnie ruch to ruch libertarian, którzy nie zastępują rozsądku zachciankami. Oczywiście istnieją libertarianie, którzy własnie tak czynią, a ja jestem temu przeciwny. Stawiam rozsądek nad zachciankami. Jeśli chodzi o mnie, i myślę że dotyczy to pozostałych członków ruchu, my jesteśmy anarchokapitalistami. Innymi słowy, uważamy, że kapitalizm to najpełniejsze możliwe wcielenie anarchii, a anarchia jest najpełniejszym wcieleniem kapitalizmu. Są to pojęcia nie tylko przystajace do siebie, ale właściwie nie można mieć jednego bez drugiego. Prawdziwa anarchia będzie kapitalizmem, a prawdziwy kapitalizm anarchią.

















True. Najgorsze jest to przypisywanie kapitalizmowi ewidentnie lewicowych fuckupów. Padł Lehman? Kapitalizm jest be. Kryzys na rynku hipotecznym w USA? Kapitalizm! Grecja płonie? Kapitalizm!
Przypisywanie innych znaczeń dla powszechnie znanych słów to taktyka stara jak świat, ale nieprzerwanie umożliwiająca manipulowanie ludźmi. Czy szary człowiek który w demokracji podejmuje decyzje jest w stanie rozróżnić kiedy mowa o kapitalizmie w znaczeniu wolnego rynku, a kiedy jako system mocno regulowany przez państwo? Odpowiedź to nie, zwłaszcza że rządzący specjalnie mylą te dwa znaczenie używając je jako tożsame.
Ostatnio słyszałem, że nigdzie nie było komunizmu, bo komunizm z definicji zakłada równość i brak podziałów, jak i brak centralnie zarządzanej gospodarki. No i oczywiście gdyby komunizm istniał to byłoby cudownie. Bo dopóki coś idzie nie pomyśli to znaczy że „nie wiem co robisz, ale na pewno robisz to źle” oraz „mój plan jest perfekcyjny, ale mi nie o to chodziło”.
heh, sam niedawno poruszyłem podobny temat na wiadomym forum: http://korwin-mikke.pl/forum/read.php?5,28128
Anarchokapitalizm, hmm, rozumiem ten zbitek. Jednak w polsce wszystko co „anarcho” kojarzy się z lewicującą młodzieżą, kolektywem, opupowaniem squotów, zaczepianiem na ulicy ludzi o pieniądze, itp.
Słowem Źle. Lepiej brzmi libertarianizm.
O ile mi wiadomo, to termin „kapitalizm” wymyślili socjaliści i w marksizmie miał (i chyba ma nadal) określone znaczenie – ustrój, w którym środki produkcji są w rękach mniejszości (klasy kapitalistów), a przy produkcji wykorzystuje się pracę najemną.
W tym znaczeniu „kapitalizm” nie ma (a przynajmniej nie musi mieć) nic wspólnego z wolnym rynkiem. Może być kapitalizm wolnorynkowy, ale też kapitalizm monopolistyczny albo kapitalizm państwowy.
Z drugiej strony, gospodarka wolnorynkowa nie musi być koniecznie kapitalizmem (w tym znaczeniu). Wyobraźmy sobie społeczeństwo, w którym przeważająca większość ma jakieś tam środki produkcji (indywidualnie lub kolektywnie – w postaci spółek, spółdzielni, stowarzyszeń), a pracą najemną trudni się mniejszość – a jednocześnie panuje wolny rynek. Patrz: http://bit.ly/95A4ta
Okay. Ale nawet taki kolektywny kapitalizm (w która ja niespecjalnie wierzę), wciąż opierałby się na prywatnym (nie państwowym) posiadaniu środków produkcji, tyle że w rękach większości.
Dla mnie kapitalizm to jednak własność prywatna i wolny rynek. Jak zaczniemy ingerować w jedno albo drugie, to przestajemy mieć do czynienia z kapitalizmem, a zaczyna się kapitalizm oprzymiotnikowany, czyli zepsuty.
skoro powolujemy sie na rothbarda to wychodzi ze anarchokapitalizm to maslomaslane – lepsze jest samo anarchizm bo w kapitalizmie mozna sie upierac moze istniec panstwo minimum a w anarchizmie z definicji nie. Wiec tylko rynek moze regulowac stosunki spoleczne. A wszystkim innym anarchistom mowi sie ze oni sa tacy anarchisci jak w chinach komunisci.i wsio.
w poparciu dla Jacka powyzej trzeba sie zdecydowac co tak naprawde jest wazniejsze wolnosc czy „wolny rynek” w rozumieniu naszego rodzimego pajaca JKM ktory wszystkim wolny rynek chce narzucic a nieliberalow do obozu. Z definicji troche to slabe…
@pk
„wazniejsze wolnosc czy „wolny rynek” w rozumieniu naszego rodzimego pajaca JKM ktory wszystkim wolny rynek chce narzucic a nieliberalow do obozu. Z definicji troche to slabe…”
JKM bronić nie zamierzam, ale jak słyszę takie brednie, to mnie krew zalewa.
otóż na wolnym rynku każdy „nieliberał” będzie mógł se wykupić kawałek ziemi i wraz z innymi towarzyszami „nieliberałami” zorganizować tam mini-socjal i żyć wedle zasad państwa niewolniczego. DOBROWOLNIE. po roku i tak wszyscy zaczną się tam zabijać, ale to już nie moja brocha – ja mogę co najwyżej podrzucić „nieliberałom” broń palną, żeby to zabijanie im szybciej szło.
Zajmijcie się lepiej patentem jak osiągnąć całkowicie wolny rynek choćby na mikro skalę. Jakaś namiastka kapitalizmu.
Jak uniknąć podatku? Nawet sąsiedzka wymiana dóbr i usług jest nielegalna (bez zgłoszenia tego i odprowadzenia podatku).
My tu (koledzy teoretycy) gadu gadu o kapitaliźmie, a tymczasem skarbówka i nasze kochane państwo doi nas z kasy jak krowę łaciatą.
@realista
Libertarianizm też kiepsko brzmi dla przeciętnego ucha ze względu na powszechne skojarzenie tego terminu z libertynizmem…
dla nas tutaj rzeczy oczywiste, ale warto poczytać:
http://liberalis.pl/2010/06/09/joseph-r-stromberg-ekonomia-polityczna-liberalnego-korporacjonizmu/#more-3983
słowo „prywatny” także zostało kompletnie zafałszowane i przefiltrowane przez sito lewackiej nowomowy. jak mawiał Konfucjusz – kiedy słowa tracą znaczenie, ludzie tracą wolność. no weźmy choćby tzw. służbę zdrowia. w USA sprzed komunistycznej reformy Obamy nazywana ona była przez rozmaitych „ekspertów” w mediach prywatną własnie. tymczasem już w badaniu z roku bodaj 1992, opublikowanym przez Instytut Hoovera pod tytułem „Nakłady a wydajność w służbie zdrowia” autorstwa Miltona Friedmana stało jak byk, że w 1910 roku 56 procent szpitali w Ameryce było nastawionych na zysk i znajdowało się w prywatnych rękach. po 60 latach subsydiowania państwowych szpitali, liczba ta spadła do 10 procent. we wczesnych latach 90-tych rząd kontrolował prawie całą branżę szpitalną, a działalność niewielkiej liczby ocalałych prywatnych szpitali jest nadzwyczaj ściśle regulowana przez federalne, stanowe i lokalne rządy. wiele (być może nawet większość) decyzji podejmowanych przez administratorów tych placówek musi być zgodna z wymogami legislatorów, a nie z wymaganiami płacących za usługi pacjentów. w czasach tej prawie całkowitej dominacji rządu w branży szpitalnej (1944—1989), koszty dziennego pobytu pacjenta w szpitalu wzrosły, uwzględniając inflację, 24 razy.
@Mental: w średniowieczu oczywistym było że ziemia jest płaska, co wcale nie musiało oznaczać stan rzeczywisty.
Konfrontując dane które podałeś, to polska ma w pełni państwowe szpitale od ponad 50 lat a mimo to wydaje 3 razy mniej na leczenie (w stosunku do PKB na osobę) niż USA.
Tak samo jak w innych państwowo-monopolistycznych krajach typu UK, Szwecja itd.
To że szpitale w US są państwowe, dowodzi jedynie tego że są… państwowe.
Podałeś ekstremalny przykład złego systemu który ma problemy zupełnie gdzie indziej. Przykładem jest rozdmuchany prywatny system ubezpieczeń. Tysiące ubezpieczycieli i brak centralizacji powoduje wysokie koszty administracji i szacuje się że 30% kosztów leczenia w USA idzie w gwizdek czyli prowizje dla pośredników. Jako przykład podaje się Kanadę która ma 50% niższe koszty leczenia przy podobnym systemie co USA, ale za to przy bardzo niskich kosztach administracji.
„Tysiące ubezpieczycieli i brak centralizacji powoduje wysokie koszty administracji”
w życiu nie czytałem większej bzdury. powodem wzrostu kosztów jest konkurencja na rynku i decentralizacja. brawo mistrzu.
„Jako przykład podaje się Kanadę która ma 50% niższe koszty leczenia przy podobnym systemie co USA, ale za to przy bardzo niskich kosztach administracji”
po pierwsze, w Kanadzie żyje około 30 mln ludzi. to mniej niż w III RP.
po drugie, mieszkańcy Stanów Zjednoczonych wydają więcej na opiekę medyczną z tej wstrząsającej a prostej przyczyny, że są od Amerykanów/Szwedów/Niemców zamożniejsi. i to znacznie.
po trzecie, każda sztuczna ingerencja (np obowiązkowa certyfikacja wyposażenia) powoduje w pierwszej kolejności drastyczny wzrost kosztów co przekłada się na drastyczny wzrost cen i związaną z tym malejącą liczbę klientów zdolnych do zapłaty za tak drogie usługi oraz w dłuższej perspektywie niewydolność systemu przy czym cały problem nie jest spowodowany kosztem samego certyfikatu ale dodatkowymi (często zupełnie zbędnymi) zabiegami by go uzyskać np przeprojektowanie wg zalecenia czy stosowanie specjalnych materiałów wykończeniowych oraz fakt że najczęściej uzyskanie takiego certyfikatu wiąże się ze znaczną „opłatą nieopodatkowaną” dla wydającego go urzędnika mającą podwójne znaczenie z jednej strony ma zapewnić przyznanie certyfikatu a z drugiej zapobiec temu by kolejni również go dostali.
powyżej zamiast „Amerykanów” powinno być oczywiście „Kanadyjczyków”.
——————–
„szacuje się że 30% kosztów leczenia w USA idzie w gwizdek czyli prowizje dla pośredników”
???
no jak ktoś chce płacić pośrednikom, to płaci. ja tam idę bezpośrednio do lekarza i pośrednikom nie płacę.
tzn. tak działa wolny rynek. nie ma wymogu płacenia pośrednikom, ba, nie ma nawet żadnej mitycznej „administracji” pochłaniającej krwawice obywateli – chyba że mowa o administracji w klinice, którą odwiedzam (pani zapisująca i umawiająca pacjentów etc).
Jeśli komentarz nie ukaże się pod wpisem, to oznacza, że został zatrzymany do moderacji.