Test ostateczny

Byłby to dobry tekst przed wyborami, a te już za nami, ale przecież nie ostatnie. Duży fragment tekstu L. Neil Smitha „Why Did it Have to be … Guns?”:

Nie daj się zwieść: wszyscy politycy – nawet ci, którzy ostentacyjne popierają prawo do posiadania broni – nienawidzą tej kwestii, i każdego, jak ja, kto ją przywołuje. Nienawidzą jej, gdyż jest jak rentgen, jak wolkańskie połączenie jaźni. To ostateczny test, którego można poddać każdego polityka, każdą filozofię polityczną.

Jeśli polityk nie czuje się komfortowo z koncepcją, że jego statystyczny wyborca, dowolny mężczyzna, kobieta, czy odpowiedzialne dziecko, idzie do sklepu z narzędziami – gdzie płacąc gotówką kupuje dowolną strzelbę, karabin, pistolet, pistolet maszynowy, cokolwiek – bez legitymowania się żadnym dokumentem, bez konieczności podpisania choć jednego skrawka papieru, to ten polityk nie jest twym przyjacielem, niezależnie co ci mówi.

Jeśli nie przejawia prawdziwego entuzjazmu do tego, by jego statystyczny wyborca wsadził sobie tę broń do torebki, kieszeni, czy schował za połą płaszcza i poszedł do domu nie prosząc nikogo o pozwolenie, to jest zwykłym ściemniaczem, niezależnie od tego, co twierdzi.

To, co pokazuje jego postawa – w stosunku do posiadania i używania broni – to jest prawdziwy stosunek do ciebie. Jeśli ci nie ufa, to dlaczego, w imię Johna Mosesa Browninga, powinieneś ufać mu?

Jeśli nie chce, abyś posiadał środki do obrony twego życie, to dlaczego chcesz pozwolić mu je kontrolować?

[...]

Będzie prawił ci kazania na temat niebezpiecznych szaleńców, którzy nie powinni mieć broni – ale co to ma wspólnego z tobą? Dlaczego, w imię Johna Mosesa Browninga, masz cierpieć za występki innych? Czyż nie przestałeś mieć do czynienia z tą infantylną koncepcją odpowiedzialności zbiorowej opuszczając publiczną szkołę – czy wojsko? I czy w ogóle nie jest to czasem europejski koncept – może pruski – bo z pewnością nie jest to, o co chodzi w Ameryce?

I jeśli gdzieś tam są niebezpieczni szaleńcy, to jaki sens ma pozbawianie cię środków od obrony przed nimi? Ale zapomnij o tych innych, o tych niebezpiecznych szaleńcach, bo tu chodzi, i cały czas chodziło, o ciebie.

Sam spróbuj: jeśli polityk nie będzie ci ufał, dlaczego powinieneś zaufać jemu? Jeśli jest mężczyzną – a ty nie – to ten brak zaufania mówi o jego prawdziwym stosunku do kobiet? Jeśli jest „on” kobietą, co czyni ją tak perwersyjną, że stara się, by inne kobiety były bezradne na tych złych ulicach, które stworzyła jej polityka? Czy powinnaś wierzyć jej, gdy twierdzi, że chce ci pomóc jakimś infantylnym programem grupowej opieki zdrowotnej, przymuszając cię tą samą bronią, której nie chce ci dać?

Z drugiej strony – ze strony drugiej partii – czy powinieneś wierzyć w cokolwiek, co twierdzą politycy, którzy podpierają się wolnością, a jednocześnie robią co się da, aby nie znieść limitów ograniczających twe prawo do posiadania i noszenia broni? Co mówi ci o ich prawdziwych motywach, gdy ignorują wyborców i akceptują jeden za drugim niedojrzałe umowy handlowe z różnymi krajami?

Łatwiej się głosuje, no nie? Nie musisz zastanawiać się nad każdą kwestią – opieką zdrowotną, handlem międzynarodowym – wystarczy, że użyjesz tego rentgena, tego wolkańskiego połączenia jaźni, aby przebić się przez ich puste słowa i dowiedzieć się, co naprawdę czują. O tobie. I dlatego, rzecz jasna, nienawidzą tego.

Bardzo celnie (nomen omen). Można taki sobie test zastosować w stosunku do każdego polityka, a potem zastanawiać się, czy warto go słuchać dalej.


Apokalipsy nie było

Gdy pojawiają się dyskusje na temat liberalizacji prawa w Europie w zakresie narkotyków, wtedy na myśl dyskutantom przychodzi Holandia, ostatnio Czechy, ale mało kto wie (no ja nie wiedziałem), że w tej kwestii najdalej w Europie posunęła się Portugalia. W 2001 roku oficjalnie stała się pierwszym europejskim krajem, w którym nastąpiła pełna abolicja kar za posiadanie narkotyków na własny użytek. Handel dalej jest karany, ale używający narkotyków mogą spać spokojnie, bez obaw, że na wiele lat zasilą państwowe więzienia. Zamiast do kicia, otrzymują szansę odwyku, z której mogą nie skorzystać, bez żadnych konsekwencji.

I co? Ano Apokalipsy nie było. Portugalia nie stała się krajem pełnym narkomanów, co prorokują przeciwnicy liberalizacji anty-narkotykowych praw. Okazało się, że ilość nadużywających narkotyki spadła, podobnie zachorowalność na kojarzone z narkotykami choroby (AIDS). Zwiększyła się ilość chętnych do wyrwania się ze szpon nałogu. Problem narkotyków został zredukowany do poziomów, o których państwom najmocniej wojujących z narkotykami może się jedynie marzyć.

Oczywiście dla mnie to rozwiązanie połowiczne, bo wciąż państwo zajmuje się tam czymś, czym nie powinno: leczeniem uzależnionych, walką z handlem narkotykami i wtrącaniem się w dobrowolne kontrakty pomiędzy dorosłymi. Choć to krok w dobrym kierunku, to zwolennicy państwowych regulacji wszystkich dziedzin życia, także tych, w których chcącemu przecież nie dzieje się krzywda, zignorują dane napływające z Portugalii i dalej będą próbowali zbudować nowy, jeszcze wspanialszy świat.


OnLive w praktyce

Jakiś czas temu pisałem o jednym, dla mnie dość oczywistym, rozwiązaniu problemu powstawania kosztownych produkcji gier wideo przy braku monopolu „własności intelektualnej”. Chodziło o serwis OnLive, który oferuje gry komputerowe nie jako oprogramowanie uruchamiane na naszych własnych komputerach czy konsolach, ale jako usługę uruchamianą na sprzęcie usługodawcy, z której korzystamy przez szybki internet. Byłem wtedy zdziwiony, że ktoś postanowił ten pomysł urzeczywistnić w praktyce już teraz i, przyznaję, przyjmowałem informację o nowej usłudze z pewnym sceptycyzmem. Ale serwis OnLive istnieje i działa naprawdę – oczywiście na razie w bardzo ograniczonym zakresie, ale to jest znakomity dowód, że pomysł sprawdza się w praktyce.

Oczywiście, mamy tu do czynienie z „software as a service”, czyli czymś, co zwolennikom wolnego oprogramowania może się nie podobać (i słusznie). Oczywiście, SaaS niesie ze sobą mnóstwo niebezpieczeństw, niemniej jednak, daje naprawdę sporo korzyści, które często skutecznie rekompensują niebezpieczeństwa, szczególnie w sytuacji, gdy mamy do czynienia z nieskrępowaną konkurencją pomiędzy dostawcami usług. Jak państwo zacznie się wtrącać i regulować, oczywiście w naszym interesie, to sytuacja może ulec zmianie (patrz Net Neutrality).

Niemniej jednak, dopóki jest to coś, na co godzimy się dobrowolnie, nie widzę powodu, aby się temu pryncypialnie sprzeciwiać. Tym bardziej, że pokazuje to alternatywę dla jedynie słusznego obecnie poglądu, że prawa autorski muszą istnieć, bo inaczej nie powstawałyby kosztowne produkcje.


Nie podoba się, to wynocha

Bardzo częstym „argumentem” w dyskusjach na temat rozmaitych wad naszego państwa w szczególności, oraz państwa ogóle jest: „jak się nie podoba to państwo, to wynocha do innego”. No cóż, wydaje mi się, że kontrargumentem na podobnym poziomie może być „jak się nie podoba, że mi się nie podoba i o tym mówię, to wynocha”. Ale nawet, gdy uznamy, że najlepszym sposobem na rozwiązanie problemów z danym państwem jest po prostu emigracja do innego, to okazuje się, że wcale nie jest tak prosto, jakby sobie tego życzyli obrońcy państwowej tyranii.

Załóżmy, że są alternatywy, do których łatwo jest emigrować i zdecydujemy, że stopień tyranii tamtego państwa jest znośniejszy od naszego. Powiedzmy emigrujemy tam, po jakimś czasie zdobywamy nowe obywatelstwo i postanawiamy zerwać z Polską i pozbyć się jej obywatelstwa. I tutaj zaczynają się schody. Aby dokonać tego wyczynu czeka nas zmierzenie się z następującą procedurą:

  • Organ decyzyjny: Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, działający osobiście (uprawnienie do podejmowania decyzji nie jest delegowane na urzędników państwowych).
  • Dokumenty: Wniosek o wyrażenie zgody Prezydenta RP na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego składany za pośrednictwem konsulatu RP, opiniowany przez konsula, następnie opiniowany przez prezesa Urzędu d/s Repatriacji i Cudzoziemców w Warszawie
  • Wymagane załączniki do wniosku: Dziewięć załączników, w tym akty stanu cywilnego wyłącznie w języku polskim, wydane wyłącznie przez polskie USC; wyroki rozwodowe wyłącznie z polskich sadów, lub zatwierdzone przez polskie sądy, własnoręcznie przez wnioskodawcę sporządzony życiorys. Niektóre konsulaty wymagają w celu ubiegania się o rezygnację z obywatelstwa wyrobienia ważnego paszportu polskiego.
  • Czas: nie ograniczony żadnymi przepisami; w praktyce od 12 do 24 miesięcy lub dłużej. Prezydent RP nie jest związany żadnym terminem rozpatrzenia sprawy. Może zgody udzielić, nie udzielić, albo pozostawić sprawę bez rozpatrzenia, bez potrzeby podawania wnioskodawcy jakichkolwiek przyczyn.
  • Apelacja: Brak możliwości apelacji: decyzja o wyrażeniu lub niewyrażeniu zgody jest suwerenną decyzją Prezydenta i jako taka jest ostateczna, nie podlega apelacji, jest niezaskarżalna do jakichkolwiek sądów RP. Przypadek unikalny w Europie i jeden z bardzo niewielu na świecie.
  • Koszty: koszt podstawowy: USD 335 w tym: przyjęcie dokumentów USD 55; poświadczenie zgodności kopii dokumentu potwierdzającego tożsamość i obywatelstwo wnioskodawcy z oryginałem USD 20; doręczenie decyzji prezydenta USD 230. Koszty dodatkowe: około USD 210 za każdy dołączony zagraniczny akt stanu cywilnego (akt urodzenia, akt małżeństwa, akt zmiany nazwiska) w tym: oficjalne tłumaczenie zagranicznego aktu stanu cywilnego na język polski USD 30; “legalizacja” zagranicznego aktu stanu cywilnego przez Konsulat USD 35; opłata konsularna za “umiejscowienie” zalegalizowanego przez Konsulat aktu stanu cywilnego w polskim USC i doręczenie aktu wystawionego przez ten urzad USD 45; opłata w polskim USC za “umiejscowienie” zagranicznego aktu stanu cywilnego i wystawienie polskiego aktu EUR 90. Uwaga: w razie konieczności zatwierdzenia zagranicznego wyroku rozwodowego przez sąd w Polsce, wnioskodawca ponosi znacznie wyższe koszty, na które składają się: opłaty sądowe, koszty tłumaczenia i “legalizacji” dołączonych dokumentów zagranicznych, oraz koszty adwokackie. Osoba, która zawarła związek małżeński za granicą po otrzymaniu rozwodu za granicą, a bez zatwierdzenia rozwodu przez sądy polskie, jest w myśl prawa polskiego bigamistą i musi na własny koszt potwierdzić poprzez sądy polskie zagraniczny rozwód oraz ważność zawartego za granicą nowego związku małżeńskiego.

Jak widać, to wcale nie jest łatwe. Po pierwsze decyzja podejmowana jest przez Prezydenta RP, który może, ale nie musi jej udzielić. Co ciekawsze, ważnym elementem tego procederu jest własnoręcznie napisany życiorys! Całość trwa długo i tym więcej kosztuje, im bogatsze życie rodzinne poprowadziło się za granicą. A jak to w praktyce może wyglądać, oto przemyślenia kogoś, kto rozważał przeprowadzenie tego procesu:

Mój wniosek o zgodę Prezydenta RP na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego nie dostąpił zaszczytu złożenia jako takiego, ponieważ poległ już jakiś czas temu na wałach polskiej dyplomacji.

Konsulat odmówił przyjęcia wniosku do czasu przedstawienia kompletu wymaganych załączników. Ja mogę spokojnie strawić trzy fotografie paszportowe i niezmiernie szczegółowy, ociekający podejrzliwością, wielostronicowy formularz z danymi osobowymi calej rodziny, ewidentnie projektu kpt Klossa albo płk von Stirlitza. Mogę strawić nawet wymagany jako jeden z załączników odręcznie pisany szczegółowy życiorys. Dlaczego odręcznie? Cholera wie. Może żeby Stirlitz mógł w sklepie alkoholowym lepiej podrobić mój podpis na czeku?

Ale Ojczyzna dodatkowo życzy sobie, abym udokumentował swoją całożyciową historię stanu cywilnego, obejmujacą dwie kolejne żony i troje dzieci, i tu zaczynają się schody. Mam to udokumentować tutaj, w Australii, dokumentami wyłącznie polskimi, bo te obce to one, wicie, rozumicie, one są niedobre.

Na argument, że ani ex-żona, ani obecna żona, ani troje dzieci, w tym dwoje pełnoletnich, nie są objęte wnioskiem, bo albo nie mają polskiego obywatelstwa, albo nie są zainteresowane zrzeczeniem, mówią mi, że „u nas som takie przepysy” i żebym się nie mądrzył, bo konsul wie lepiej.

Żadna z tych pięciu osób nie ma nic wspólnego z Polską. Żadna nie ma numeru PESEL ani jakichkolwiek polskich papierów. Aby w ogóle móc złożyć wniosek, mam załatwić kosztowne „umiejscowienie’ w Polsce trzech aktów urodzenia, po uprzednim kosztownym wyrobieniu czterech numerów PESEL (bo sam też PESELU nie mam, a bez tego moje dzieci, jak wiadomo, nie istnieją).

Musiałbym następnie kosztownie „umiejscowić” dwa akty małżeństwa, w tym jednego rozwiązanego, a potem jeszcze kosztowniej potwierdzić swój zagraniczny rozwód w Sądzie Wojewodzkim właściwym dla mojego ostatniego miejsca zameldowania w PRL w pierwszej połowie mojego życia, czyli ponad ćwierć wieku temu.

Konsulat uprzejmie informuje, że jak już zarejestruję to swoje pierwsze małżenstwo, to wtedy tak ja jak i moja ex- jesteśmy według prawa RP bigamistami, ponieważ nie zarejestrowaliśmy naszego rozwodu w Polsce przed zawarciem ponownych związków małzeńskich. No istotnie, nie zarejestrowaliśmy, wychodząc z założenia, że jak się w Australii obywatel australijski żeni lub rozwodzi z obywatelką australijską, to nikomu w Polsce nic do tego. Tą bigamię też mamy teraz odkręcić, naturalnie nie darmo, bo to jest w Polsce czyn przestępczy ścigany z urzędu.

Ponieważ moja pierwsza żona była polskiego pochodzenia, to żeby „umiejscowić” w Polsce akt mojego dawno rozwiązanego z nią małżenstwa, bez którego nie ma mowy o walidacji obcego rozwodu przez polski sąd, trzeba mieć jej PESEL, którego ona nigdy nie miała. Musiałbym zatem namowić swoją ex-, żeby sobie wyrobila PESEL. To jest o tyle trudne, że jej barczysty drugi mąż obiecał dać mi po ryju, gdybym kiedykolwiek miał czelność zawracać głowę jego żonie. Moja druga żona obiecała mi to samo, gdybym kiedykolwiek miał czelność kontaktować się z poprzednią.

Aby zadośćuczynić wymaganiom konsulatu, musiałbym zatem najpierw oberwać po pysku co najmniej dwa razy. Potem mam dokonać cudu, przekonując wolną kobietę w wolnym kraju, że ma iść do polskiego konsulatu, wypełnić podanie do polskiego USC i słono za to podanie zaplacić. Cud musiałby być na skalę Lourdes, bo moja ex- nie po to się ze mną rozwiodła, żeby spełniać moje życzenia, mieszka w innym mieście, oddalonym o ca. 1000km od jedynego w Australi polskiego konsulatu, a moją ambicję pozbycia się obywatelstwa polskiego ma gdzieś, razem z wszystkimi innymi dziwacznymi problemami dzikich Slowian.

Ponieważ dwóch synów z tego małżeństwa jest już pełnoletnich, ja nie nie mogę nawet wyjąć z australijskiego biura stanu cywilnego ich aktów urodzenia, z powodu Privacy Act. Musieliby to zrobić sami, a nie bardzo rozumieją po co. Jak już ich przekonam, to z powodu ich pełnoletności nie moge również za nich „umiejscowić” tych aktów urodzenia w Polsce. Musieliby to zrobić sami, występując poprzez konsulat z podaniem do polskiego USC, naturalnie nie darmo i naturalnie po uprzednim wyrobieniu sobie numerów PESEL.

Wytłumaczenie dwóm młodym Australijczykom o co tu chodzi, i po co oni mieliby to robić, przekracza moje możliwości dydaktyczne oraz ich pojęcie o świecie. Niewykluczone, że w końcu zadzwoniliby po karetkę z kaftanem bezpieczeństwa, donosząc, że Dad na starość zwariował i chce, żeby oni robili jakieś dziwne rzeczy w obcojęzycznych urzędach na drugim końcu świata, dopłacając jeszcze do tego.

Razem do kupy, samo tylko zgromadzenie papierów niezbędnych by je dołączyć do wniosku, po to, aby go dyplomacja polska zechciała w ogóle przyjąć w okienku i przekazać do Warszawy, musiałoby trwać ca. dwa lata i kosztować mnie (według oceny adwokata) od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów, w tym opłaty sądowe w Polsce, koszty prawnika w Polsce, prawnika w Australii oraz dantejskie opłaty pobierane przez polskie urzędy i konsulaty na każdym kroku i za wszystko, z powietrzem zużytym w poczekalni włącznie.

Następnie pan prezydent z należytą powagą rzecz rozważy, po uprzednim tajnym zaopiniowaniu mojego wniosku przez dwa ministerstwa. Według Konsulatu Generalnego RP w Sydney, procedura w Polsce bedzie trwała od roku do dwóch lat. Pan prezydent albo się zgodzi, albo się nie zgodzi, albo pozostawi moje podanie bez rozpatrzenia, przy czym w żadnych z tych trzech wypadkow polskie prawo nie zobowiązuje nikogo do zawiadomienia mnie o wyniku w jakimkolwiek konkretnym terminie.

Decyzja pana prezydenta będzie nieodwołalna i niezaskarżalna do jakichkolwiek sądów, a za jej doręczenie mi na piśmie trzeba będzie konsulatowi całkiem osobno dobrze zapłacić. Razem, cała rzecz ma trwać od trzech do czterech lat.

Otóż ja mam lepsze pomysły na temat tego, co chciałbym robic przez cztery lata, za kilkanaście tysięcy dolarów, więc w tym momencie wysiadam z tej stalinowsko-bizantyjskiej karuzeli.

Tym samym wały dyplomacji polskiej odnoszą kolejne zwycięstwo, bo w końcu po to tą procedurę tak ustawiono, a nie inaczej, żeby środkami pozaprawnymi zniechęcić Polaków z Zachodu do zrzekania się obywatelstwa polskiego.

Oczywiście, pozbyć się polskiego obywatelstwa możemy tylko wtedy, gdy pokażemy, że mamy inne. Zostanie bezpaństwowcem nie jest dla obywatela RP możliwe.

To ciekawe, że państwa tak niechętnie pozbywają się obywateli, a z drugiej strony tak sam niechętnie nabywają nowych. No ale nic dziwnego, to nie wolny rynek, tylko taka mafijna sitwa, która rządzi się swoimi dziwacznymi prawami. Póki co, nie zamierzam zmieniać mojej podległości względem RP na podległość innej mafii i będę krytykował RP oraz państwa ogólnie ile wlezie. A jak się nie podoba to, co mówię, to wynocha!


Websajt dla każdego

Okazjonalnie ktoś pyta mnie jak zbudować/założyć/mieć własny sajt WWW, coś minimalnie ambitniejszego niż pojedyncza strona na jakimś darmowym serwerze. I odpowiedź na to jest zawsze trudna, bo:

  1. Wybór hostingu nie jest rzeczą łatwą. W Polsce zazwyczaj kończy się to rozczarowaniem. Za granicą z kolei też bywa różnie, choć tam trochę lepiej klientów traktuje. Mam tutaj sporo różnych doświadczeń.
  2. Potem wybór oprogramowania, najczęściej jakiegoś systemu CMS czy blogowego. W tym momencie dla wielu zaczyna być zbyt technicznie i niezrozumiale.
  3. A na koniec dostosowanie tego wszystkie go własnych potrzeb – wygląd i funkcjonalność. Bez pomocy jakiegoś zaprzyjaźnionego geeka raczej się nie obejdzie, bo w tej dziedzinie królują rozmaite skróty: PHP, HTML, CSS.

Dla zwykłego użytkownika komputera i internetu to po prostu za wiele. Okazuje się, że technika poszła do przodu i nie trzeba już się tak męczyć. Istnieją gotowe serwisy, które za niewygórowaną opłatą rozwiązują wszystkie powyższe problemy, a do tego sposób obcowania z naszym sajtem od kuchni, jest przystępny raczej dla każdego, kto umie w miarę sprawnie posługiwać się komputerem i oprogramowaniem. Z ciekawością obejrzałem sobie rozwiązania oferowane przez 2 przykładowe serwisy i muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem:

Własny serwis składamy tam z klocków, które oferują rozmaitą funkcjonalność: blogi, galerie, strony statyczne, połączenia z innymi serwisami. Wygląd załatwiają nam dostępne szablony, które potem sobie do woli modyfikujemy. Całość hostowana jest przez dostarczyciela usługi, więc nie musimy się zastanawiać gdzie i jak to wszystko uruchomić. Można łatwo i szybko stworzyć estetyczną stronę prywatną albo też całkiem niezłą wizytówkę małej firmy, bez konieczności ponoszenia jakichś spektakularnych wydatków. Niestety, nie wiem, czy są gdzieś spolonizowane alternatywy.


Europa dzika jak Ameryka?

W dyskusjach na temat dostępności broni palnej dla zwykłych obywateli, często przywołuje się przykład USA, gdzie zdarzają się masowe strzelaniny, nierzadko w szkołach, co ma rzekomo być efektem właśnie powszechnie dostępności broni. Europa, gdzie dostęp do broni palnej został dawno „ucywilizowany”, poprzez odebranie jej zwykłym obywatelom i ścisłą reglamentację dostępu dla uprzywilejowanych, wydaje się nie dostarczać nam często informacji o takich strasznych wydarzeniach, ani też żaden ambitny reżyser nie robi kariery na „dokumencie” na ten temat.

Tymczasem wyczytałem właśnie w artykule Johna R. Lotta, że Europa wcale nie wypada tak dobrze w tej kwestii – oto lista największych ostatnio publicznych strzelanin w szkołach (dotyczy segmentu szkół od przedszkola do szkoły średniej – K-12):

  1. Erfurt, Niemcy, 2002 – 18 zabitych
  2. Dunblane, Szkocja 1996 – 16 zabitych
  3. Winnenden, Niemcy – 15 zabitych
  4. Columbine, USA, 1992 – 13 zabitych
  5. Emsdetten, Germany – 11 zabitych

Kto chętny, może obejrzeć sobie stronę w Wikipedii poświęconą masowym morderstwom. Łatwo zauważyć, że USA nie jest tam jakoś szczególnie nad-reprezentowane i wypadki masowych strzelanin zdarzają się dość często także w tych krajach, także w tych, w których dostęp do broni palnej jest mocno reglamentowany. Warto choćby przytoczyć przypadek sprzed kilku dni – strzelaniny w miejscowości Cumbria, UK – gdzie 2 czerwca 2010 roku taksówkarz zastrzelił 12 osób, w tym kilka kompletnie przypadkowych, no i siebie.

A Zjednoczone Królestwo to przecież prawie wzorcowe państwo w zakresie ograniczania dostępu do broni palnej – całkowity zakaz prywatnego posiadania współczesnych pistoletów i rewolwerów, strzelby i karabiny dostępne są jedynie za pozwoleniem, a obrona własna nie jest uzasadnieniem do otrzymania takiego pozwolenia. Nawet broń sportowa objęta jest zakazem i sportowcy muszą ćwiczyć poza wyspą. Mimo tego, szaleniec otrzymał pozwolenie na broń, z której niedawno zamordował 12 osób. Żadne regulacje, poza fizyczną likwidacją broni palnej (co przecież nie jest możliwe, bo jak przedstawiciele państwa zmuszaliby nas do posłuszeństwa) nie uchronią nas przed tego typu przypadkowymi – wypadkami. Są one po prostu częścią życia, jak wiele tragicznych wydarzeń, a swoją szczególną ekspozycję zawdzięczają głównie medialnej atrakcyjności.

Autor artykułu zauważa też, że bardzo dużo przypadków masowych zabójstw przy użyciu broni palnej ma miejsce w strefach, które niezależnie od regulacji dotyczących posiadania broni, określane są jako strefy „wolne od broni”. Co niby ma być rezultatem chęci zapewnienia np. dzieciom i studentom bezpieczeństwa. No cóż, nie da się zapytać o opinię w tej sprawie 32 ofiar strzelaniny w Virginia Tech, w strefie wolnej od broni. Inne znane wydarzenie, masakra w Fort Hood tylko potwierdza tezę, że masowi mordercy bezpiecznie czują się w strefach bez broni – 13 osób przypłaciło życiem fakt, że w bazie wojskowej żołnierze – przecież wytrenowani w posługiwaniu się bronią – zostali pozbawieni prawa jej przenoszenia i dopiero spóźniona o 10 minut (i 13 ofiar) interwencja lokalnej policji zakończyła atak szaleńca.

Jeśli ktoś lubi sam dochodzić do wniosków, to może zastanowi się nad sytuacją opisaną w tym tekście i spróbuje sobie odpowiedzieć na zadane w nim pytania.

Fakty jednak nie zmieniają argumentacji przeciwników dostępu do broni, mimo że regulacje ani nie zapewniają nam bezpieczeństwa, ani też nie eliminują tego typu wypadków. Dziwi mnie też, dlaczego ci sami ludzie nie obracają się przeciwko instytucji US Post, bo nie na darmo właśnie pracownicy pocztowi sprawili, że do języka angielskiego weszło na stałe sformułowanie „going postal”, na określenie morderczego ataku szału.


Młodzież przyszłością narodu

Jak na razie, to młodzież wydaje się „specjalistom” przyszłością narodowej gangsterki (bandziorki). Nic dziwnego, lata nauczania, że zawsze za nas odpowiedzialny jest ktoś inny (rodzina, społeczeństwo, rówieśnicy, nawet państwo) nieuchronnie prowadzi do takich rezultatów. Skończy się, jak zwykle, na alarmach. Nam zawsze pozostanie ucieczka, bo o właściwym przygotowaniu się na rozboje ze strony młodocianych bandytów raczej nie będzie mowy.

Rynek jednak lubi wypełniać próżnię, więc warto wiedzieć, że zawsze znajdzie się jakaś furtka, której powszechni obecnie „rozbrajacze ofiar” nie znajdą. Natknąłem się niedawno na bardzo interesujący koncept i produkt – parasol obronny – bardzo wytrzymały (niełamliwy – po przejechaniu po nim czołgiem „kinda works”) parasol, który poza tradycyjną funkcją, może być niezłym narzędziem do samoobrony, czymś w rodzaju solidnej pałki, która jest znacznie skuteczniejsza w odpieraniu ataków niż gołe ręce (i telefon komórkowy z nieodpowiadającym numerem 997).

Oczywiście, $215 z wysyłką do Polski to nie jest zbyt tanio, szczególnie za parasol. Ale z drugiej strony można go zabrać wszędzie, nie wzbudza też przerażania u tych, którzy z powodu własnych obaw chcą wszystkich wystawiać na niebezpieczeństwo napadów ze strony młodocianych bandziorów, pozbawiając nas prawa posiadania skuteczniejszych środków do samoobrony – broni palnej.

Bo powszechnie wiadomo, że im bardziej bezbronny jesteś, tym bardziej bezpieczny przed bandytami.


To nam wolno



  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo