Rynek daje radę

Firma Apple w swoim najnowszym produkcie – iPadzie – w wersji wyposażonej w internet mobilny zastosowała nietypową (bo jednak ustandaryzowaną) kartę micro-SIM. Ruch ten miał na celu „zachętę” do skorzystania z internetu oferowanego przez konkretnego z amerykańskich operatorów, z którym Apple łączą dobre biznesowe stosunki. Taka próba ograniczenia konkurencji i sterowania rynkiem.

Ale rynek tego nie lubi – najpierw hakerzy pokazali jak szybko i sprawnie przyciąć „normalną” kartę SIM, aby przypominała wersję micro, bo kontakty elektryczne i działanie jest identyczne niezależnie od rozmiaru karty. A teraz ma pojawić się wygodne narzędzie, którym można łatwo i masowo przycinać SIMy dowolnych operatorów, aby pasowały do iPada.

Tak, tak, rynek nie lubi, gdy się go próbuje oszukiwać. I działa, o ile jakiś mądrala prawnie nie wesprze takich prób ograniczania niewidzialnej ręki rynku, rozmaitymi prawami mającymi chronić „własność” intelektualną czy równowagę rynkową itp.


Bo dzieci trzeba chronić

Wiadomo, internet to siedlisko zła, przed którym trzeba chronić przede wszystkim dzieci (choć nasz rząd chce chronić także dorosłych). A dzieci trzeba chronić za wszelką cenę.

Czyhają w internecie na dzieci pedofilie, pornografia, narkotyki, hazard i całe to zło. Najlepiej więc będzie, gdy z jednej strony tych, którzy głoszą poglądy, które można uznać za „złe” (np. „propagujące” poglądy pedofilskie – to chyba wciąż projekt) odpowiednio się potraktuje, czyli jakoś przykładnie ukarze, z drugiej jak się odpowiednio internet ocenzuruje, aby zakneblować tych, których nie może łatwo dosięgnąć ręka sprawiedliwości. Już nie trzeba popełniać czynów, które mogą budzić wątpliwości nawet dość libertyńskich osobników, wystarczy, że coś tam będzie na rzeczy – jak przypadku „propagowania zachowań pedofilskich”, czy posiadaniu rysunków, które przedstawiają osoby wyglądające na małoletnie i poddające się czynnościom seksualnym.

Wiadomo, cenzura jest łatwiejsza, bo można, po wdrożeniu odpowiednich mechanizmów, nie ruszać się zza biurka i paroma kliknięciami „robić porządek”. Nic dziwnego, że koncepcja ta co rusz powraca w jakiejś nowej odsłonie, z nową tematyką wymagającą właśnie takich działań.

Powiększa się też lista tematów, które można uznać za niebezpiecznie dla dzieci, a więc będącymi dobrymi kandydatami zarówno do ocenzurowania, jak i przykładnego karania tych, którzy o takich tematach mówią. Najnowsze tematy niebezpieczne to Ana i Mia, czyli anoreksja i bulimia. Bo, jak się okazuje, to jakiś problem, z którym trzeba walczyć, najlepiej ograniczając wolność słowa, cenzurując internet i wsadzając do więzień za głoszone poglądy. Francja na czele postępu, gdzie już można zostać ukaranym za propagowanie chudości. Brawo Francja – wydawało mi się, że nie potrzebuję więcej powodów by pałać szczerą nienawiścią to tego narodu, ale patrzcie, Francuzi nie ustają w wysiłkach, abym ich nie polubił.

Jak napisałem w jednym z komentarzy: nie ma takiej tyranii, której by się nie dało jakoś uzasadnić troską o dzieci. Kiedyś cenzura broniła ustroju, teraz ma bronić dzieci – totalniactwo takie samo.


Guns are sexy

Jest sobota, więc coś lżejszego:


ROMB

Donoszą mi czytelnicy, więc muszę odnotować fakt powstania strony zatytułowanej „Ruch Obywatelski Miłośników Broni„. Na razie strona w większości w budowie, więc konkretów nie za wiele. Zobaczymy, gdy coś się tam skonkretyzuje.


Koszty wojny z narkotykami

Associated Press opublikowała ciekawy artykuł podsumowujący 40 lat wojny z narkotykami w USA, na którą wydano już bilion (1000 miliardów) dolarów, w tym:

  • 20 miliardów dolarów na walkę z gangami narkotykowymi w krajach źródłowych. Na przykład w Kolumbii USA wydało 6 miliardów, a efektem tego było przeniesienie upraw koki do Meksyku wraz ze związaną z tym przemocą.
  • 33 miliardy na akcje marketingowe w stylu „Powiedz nie narkotykom”, skierowane do młodzieży i inne programy prewencji. Uczniowie szkół średnich używają takie same ilości narkotyków jak w latach 70. a ilość przedawkowań stale rośnie od tego czasu sięgając 20000 w ostatnim roku.
  • 49 miliardów na siły antynarkotykowe, które mają pilnować amerykańskich granic przed napływem narkotyków. Tego roku 25 milionów Amerykanów będzie używać narkotyków, co stanowi o 10 milionów więcej niż w 1970., większość z nich przeszmuglowanych z Meksyku.
  • 121 miliardów na aresztowanie ponad 37 milionów przestępców narkotykowych, którzy nie uciekali się do przemocy, w tym 10 milionów za posiadanie marihuany. Z badań wynika, że pobyt w więzieniu skłania do nadużywania narkotyków.
  • 450 miliardów na utrzymanie tych przestępców w więzieniach federalnych. Obecnie połowa więźniów w USA odsiaduje wyroki za narkotyki.

Wszystkie te wydatki nie przynoszą żadnych rezultatów w zakresie zmniejszenia problemu nadużywania narkotyków. To wojna, której nie da się wygrać, ale rząd USA (jak chyba każdy rząd) nie poprzestaje w wysiłkach. W przyszłym roku Obama planuje przeznaczyć na ten cel ponad 15 miliardów dolarów. Powodzenia.


Bo z monopolem jest lepiej

Tak twierdzą rozmaici naprawiacze świata, którzy co jakiś czas biorą w obronę rozmaite monopole. Od lekkiej transformacji ustrojowej minęło już ponad 20 lat, a państwowa („narodowa” ) Poczta Polska wciąż jest, dzięki wsparciu państwa i prawa, monopolistą w zakresie przesyłek do 50 gramów. Bo dzięki temu monopolowi mamy zapewnioną „usługę powszechną”, czyli poczta ma docierać wszędzie, nawet na najbardziej zapyziałe wioski przez 5 dni w tygodniu, po „rozsądnej” cenie.

To oczywiście ciekawe, bo monopol nigdy nie idzie w parze z rozsądną ceną, ale z ceną monopolistyczną – taka to już jego natura. Ceny przesyłek państwowej poczty na pewno nie należą do specjalnie atrakcyjnych, a jakość obsługi jest taka, jaką każdy zna, kto choć raz na poczcie miał wątpliwą przyjemność być lub z jej usług korzystać.

Tu ciekawostka z bardziej cywilizowanego kraju, czyli USA, gdzie mają też swoją „narodową” monopolistyczną pocztę – US Post Office – której poziom usług i jakość obsługi jest podobna do tego, co doświadczamy u nas. Tam klienci skarżyli się na długi czas oczekiwania w kolejce (skąd to znamy) i poczta znalazła świetne rozwiązanie na poprawę tego aspektu obsługi klienta – usunęła zegary z 37000 placówek pocztowych. Tak rozwiązuje problemy monopolista.

Rynek lubi rozwiązywać takie problemy inaczej. Nawet w takiej sytuacji, gdy państwo faworyzuje jeden podmiot („narodowy”), znajdą się tacy, którzy starają się obejść narzucane prawnie ograniczenia i dostarczyć klientom oczekiwanych usług w dobrych cenach, znacznie przystępniejszych niż te, które oferuje pełniący „misję” monopolista. Jak się okazało, wystarczy, aby przesyłka, choćby skromny liścik, ważył więcej niż 50g, a wtedy zostaje wyzwolona z rąk monopolu i może zostać przekazana konkurencji, które dostarczy ociężałą przesyłkę równie skutecznie, a do tego taniej. Stąd w naszych skrzynkach pojawiły się listy obciążone zwykłymi kawałkami metalu z fantazyjnym nadrukiem firmy InPost.

Oczywiście, to prywatne przedsiębiorstwo nie dociera jeszcze z przesyłkami wszędzie, ale z drugiej strony nic dziwnego, skoro dopiero istnieje na rynku od kilku lat, w którym to czasie musi zmagać się z monopolem poczty państwowej. Do tego musi zamawiać miliony blaszek z nadrukiem, naklejać je mozolnie i zupełnie niepotrzebnie na przesyłki, transportować potem te przesyłki z dodatkowym obciążeniem, ponosząc koszty tego zupełnie niepotrzebnego procederu. I mimo to, potrafi zaoferować swoje usługi taniej niż „narodowy” monopolista o rzekomo „przystępnych” cenach.

Pomyśleć, co by było, gdyby tę blachę zużyć na budowę czegoś, co ludzie naprawdę potrzebują. I powstałyby blaszane towary (choćby blachodachówka) i przesyłki docierałyby szybciej, taniej i lepiej. A tak, czekamy aż się monopolista pogodzi z powoli nadciągającą utratą monopolu (2013) i wywalamy te blachy do śmieci. No, ale tak działa państwo.


Wypiłeś – musisz dać się zabić

Taki właśnie morał płynie z tej historii:

Taksówkarz przez kilka godzin popijał w barze piwo. Wyszedł około godz. 2, gdy lokal zamykano.

- Wówczas napadło na niego trzech mężczyzn, którzy także pili piwo w moim lokalu – opowiada właścicielka.

Jeden z napastników uderzył taksówkarza butelką w głowę. Wtedy mężczyzna wyciągnął z kabury broń. Najpierw oddał strzały ostrzegawcze w ziemię, później w kierunku napastnika, który ruszył w jego stronę. 41-latek został ranny w brzuch. Z uszkodzoną nerką trafił do szpitala, gdzie był operowany. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

[...]

Taksówkarz miał 1,5 promila alkoholu we krwi. Pistolet glock 17, z którego strzelał, posiadał legalnie. Oddał z niego cztery strzały. Prokuratura Rejonowa Łódź-Bałuty przedstawiła mu zarzut usiłowania zabójstwa.

Jak zwykle prokuratura dzielnie oskarża i idzie po linii najmniejszej oporu. Strzelał? Strzelał. Znaczy usiłował. A bezbronnego, to by go najwyżej skatowali, wylizałby się może i nie miał tych nieprzyjemności.


Che Guevara – komunistyczny zbrodniarz i terrorysta

Dobry dodatek do moich wpisów na temat Che Guevary – wideo z polskimi napisami:


Złowroga własność intelektualna Jordana Pollacka

Dziś wpis gościnny – Krzysztofa Kożuchowskiego:

Dwadzieścia lat temu, twórcy programów komputerowych cieszyli się, gdy ktoś zainteresował się wytworami ich pracy, zależało im na maksymalnych ułatwieniach w rozpowszechnianiu swojej pracy i sławy. Dzisiaj taka postawa, choć przetrwała w niektórych niszach rynkowych, traktowana jest jako dziwactwo. Żyjąc w naszym świecie ograniczonego dostępu do własności intelektualnej, nie sposób nie spostrzec trendu dalszego jej ograniczania. Proces ten zauważa, komentuje, jak również akceptuje Jordan Pollack, sławny amerykański naukowiec zajmujący się sztuczną inteligencją.

Pollack beznamiętnie konstatuje fakty:

… zmienia się sposób myślenia o własności. Własność to już nie złoto czy biżuteria, własność staje się informacją o prawie do użycia, które jest przenaszalne w sposób wykluczający jego utratę lub replikację. Jedyną różnicę między biedakiem a bogaczem – pomijając stan ich uzębienia – stanowi to, co mówią o nich komputery bankowe i brokerskie!

Kluczowe jest tutaj sprzeczne z intuicją stwierdzenie „…w sposób wykluczający jego utratę lub replikację…” oznacza ono, że przekazując innej osobie np. książkę w postaci elektronicznej, jednocześnie sami pozbawimy się do niej dostępu (tak się faktycznie dzieje tylko w przypadku przedmiotów materialnych). Dzisiejsza technologia umożliwia jednak podobne sztuczki potocznie znane pod ogólną nazwą DRM (Digital Rights Management). Jednakże przeciętny użytkownik komputera preferuje tradycyjne podejście do wymiany informacji umożliwiające jej replikację (File Sharing).

Jak widać społeczeństwo informatyczne stoi dziś na rozdrożu przyjęcia dwóch wzajemnie wykluczających się interpretacji własności intelektualnej.

Dla normalnego człowieka wybór wydaje się oczywisty: brak ograniczeń w kopiowaniu jest lepszy niż ograniczenia. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w Rajskim Ogrodzie, w którym można bez wysiłku i bez ponoszenia kosztów tworzyć kopie istniejących przedmiotów (np. można podarować komuś krzesło i nadal je mieć). Nieoczekiwanie w świecie owym pojawia się mistyk, który proponuje powrót do archaicznych idei sztucznych barier kopiowania (licencje, opłaty za kopiowanie). Oczywiście w tej nowej wizji musi pojawić się konieczny, a dotąd w rajskim świecie nieistniejący, element przemocy. (Aparat kontroli, grzywny, więzienia dla opornych, itp.) Bez wątpienia mistyk uznany zostałby za szaleńca na tej samej zasadzie, na której za szaleńca zostałby dzisiaj mistyk proponujący przymusowy powrót do archaicznych metod transportu konnego.

Jednak Pollack uważa inaczej:

Zarówno zwolennicy Digital Rights Management jaki i zwolennicy File Sharing działają przeciwko własności (rozumianej jako coś co się posiada dopóki się tego czegoś nie sprzeda). Uważam, że największym zagrożeniem dla rodzaju ludzkiego, nie są tanie roboty, ale koniec własności, czyli sytuacja, kiedy nasze książki, nagrania, filmy, programy nie będą już należeć do nas („Do nas” ma oznaczać: do autorów; przypis KK). (zob. http://www.edge.org)

W zbiorze „Nowy renesans, Granice nauki” (wydawnictwo CIS 2005) Pollack rysuje swoją wizję mrocznej (choć dla niego oczywistej, koniecznej i pożądanej) przyszłości:

… Pewnego dnia Ford przestanie być koncernem samochodowym – stanie się właścicielem praw intelektualnych, który będzie udzielał licencji na konkretne projekty uporządkowania materii. Twój T-Bird rocznik 2030 nie będzie tak naprawdę twój, jedynie na mocy licencji będziesz miał prawo przez trzy lata utrzymywać atomy w określanej konfiguracji…

W tym sprzecznym z intuicją stanowisku, które de facto pozbawia nas fizycznej własności do wszystkiego, przyszłościowy DRM zdaje się naruszać „jedynie” własność materialną, z czym „niestety trzeba będzie się pogodzić” natomiast „złowrogi” File Sharing narusza własność intelektualną, z czym „w przyszłości będzie się walczyć”.

Mam nadzieję, że karykaturalna postawa intelektualna Pollacka pozwoli niektórym na jej tle zrozumieć niegodziwość DRM. Jej zwolennicy przybliżają nas tylko do orwelowskiej totalitarnej antyutopii.



  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo