W dyskusji na temat naszego wspólnego długu padł częsty zarzut, mianowicie taki, że za ostatni kryzys odpowiada właśnie wolnorynkowy kapitalizm i ten to kryzys miałby być gwoździem do trumny tegoż krwiożerczego kapitalizmu. I teraz tylko etatyzm i państwowy interwencjonizm miałby nas przed takimi kryzysami uchronić. A co za tym idzie, państwo musi się zadłużać, bo od tego sam dobrobyt i w ogóle.
Ponieważ warto wyjaśnić to nieporozumienie w formie pełnoprawnego wpisu, bo przecież nie wszystkim chce się czytać komentarze, także tutaj zacytuję fragment tekstu Rona Paula, amerykańskiego wolnościowego kongresmena, tym razem w mojej mowie ojczystej (i w moim, jakże niedoskonałym tłumaczeniu):
Nie powinno się potępiać kapitalizmu, gdyż kapitalizmu nie mieliśmy. System kapitalistyczny zakłada istnienie mocnego pieniądza, a nie pieniądza fiducjarnego, manipulowanego przez bank centralny. Kapitalizm zachwala dobrowolne umowy oraz stopy procentowe, które są określane przez poziom oszczędności, a nie przez wykreowany przez bank centralny kredyt. To nie jest kapitalizm, gdy system toczy plaga niezrozumiałych zasad rządzących łączeniem przedsiębiorstw, przejmowaniem ich, sprzedażą akcji wraz z regulacją płac, cen, protekcjonizmem, subsydiowaniem korporacji, międzynarodową kontrolą handlu, skomplikowanymi i zniechęcającymi podatkami dla przedsiębiorstw, rządowymi kontraktami dla uprzywilejowanych firm kompleksu przemysłowo-wojskowego, a polityka zagraniczna opiera się na interesach korporacyjnych i zagranicznych inwestycjach. Dodajmy do tego rządowe marnotrawstwo w rolnictwie, edukacji, służbie zdrowia, ubezpieczeniach, bankowości oraz pomocy społecznej. To nie jest kapitalizm!
Potępianie wolnorynkowego kapitalizmu z powodu czegokolwiek, co dzieje się obecnie, nie ma żadnego sensu. Nie ma dowodów na to, że taki kapitalizm obecnie w ogóle istnieje. Jesteśmy głęboko uwikłani w systemie gospodarki sterowanej przez interwencjonistów, która pozwala na osiąganie olbrzymich korzyści przez tych, który mają odpowiednie polityczne koneksje, niezależnie od ich poglądów politycznych. Można potępiać oszustwa i błędy obecnego systemu, ale trzeba nazywać je właściwymi nazwami – keynesistowskim inflacjonizmem, interwencjonizmem i korporacjonizmem.
Nie udało się ocalić 1790 kurteczek dziecięcych upiększonych „nielegalnym” znakiem Kubusia Puchatka. Zostaną zniszczone, bo Disney nie chce, aby ubrać w nie jakieś biedne, potrzebujące odzienia dzieci. Chciało by się rzec, a to chu**. A za zniszczenie pewnie nam przyjdzie zapłacić, bo przecież przepadły na rzecz Skarbu Państwa.
Tak to jest z „własnością” intelektualną. Kurteczki nie należą do Disneya, a jednak on decyduje, co z nimi zrobić. Sam fakt naszycie Kubusia Puchatka przenosi własność danej rzeczy na Disneya. I jak ktoś potrzebował przykładu, że „własność” intelektualna jest faktycznie über-własnością, która triumfuje nad własnością prawdziwą, to właśnie go uzyskał.
Ciekawe, co na to Kubuś i przyjaciele? I kiedy Disney przejmie i zniszczy ulicę Kubusia Puchatka?
Dziś, na rozruszanie bloga, zacytuję Stanisława Michalkiewicza:
Proces ten nabrał tempa zwłaszcza po rozpoczęciu dostosowywania naszego systemu prawnego do tak zwanych standardów unijnych. O ile Edward Gierek potrzebował prawie 9 lat na pożyczenie 20 miliardów i zadłużenie kraju na 40 miliardów dolarów, to już Leszek Miller, jako premier rządu powiększył dług publiczny o 20 miliardów dolarów w dwa lata, premier Marek Belka powiększył dług publiczny o 20 miliardów dolarów w rok, a premier Kazimierz Marcinkiewicz – zaledwie w 6 miesięcy. Premier Donald Tusk w dwa lata powiększył dług publiczny o około 200 miliardów złotych, co w przeliczeniu na dolary oznacza grubo ponad 30 miliardów rocznie. W tej chwili dług publiczny Polski oscyluje wokół 700 miliardów złotych, powiększając się z szybkością około 1700 złotych na sekundę. W przeliczeniu na złote grecki dług publiczny wyniósłby 1140 miliardów, ale przecież nasi dygnitarze w tej sprawie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.
Wielu przeciwników ograniczania dostępu do broni palnej popiera wojnę z narkotykami, z kolei krytycy i reformatorzy amerykańskiego prawa narkotykowego pokładają nadzieję w kontroli dostępu do broni. Konserwatystów można zaliczyć do pierwszej grupy a liberałów do tej drugiej.
W rzeczywistości te dwie sprawy mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się zdawać. Gdy prawo określa rodzaj broni, jaką można kupować, posiadać, nosić przy sobie lub rodzaj narkotyków, jakie można kupować, posiadać i zażywać, mamy do czynienia z przestępstwem posiadania: nieszkodliwym wykroczeniem, gdzie zaledwie posiadanie czegoś jest określane jako przestępstwo i jest karane grzywną oraz karą więzienia.
Oba te zakazy są wysoce niemoralne, ponieważ naruszają fundamentalne prawo wolności osobistej. W wolnym społeczeństwie wszystkie jednostki są właścicielami samych siebie oraz owoców swej pracy i wymiany. Mogą też robić co tylko zechcą, o ile nie naruszają wolności i własności innych ludzi. Aresztowanie, ściganie i więzienie ludzi za posiadanie broni lub konsumpcję narkotyków jest pogwałceniem prawa do samoposiadania, a w związku z tym do kontroli nad własnym ciałem i własnością.
Prawo do samoposiadania implikuje prawo do samoobrony oraz nabywania środków do jego egzekwowania. Zatem, wszelkie racjonowanie dostępu do broni jest niemoralnym naruszeniem prawa do samoobrony i samoposiadania.
Prawo do samoposiadania obejmuje prawo do leczenia we własnym zakresie, do wyboru tego, co się chce zażyć. Albo jesteś właścicielem samego siebie, albo nie.
Przepisy ograniczające dostęp do broni uczyniły bezbronnymi miliony Amerykanów. Przepisy dotyczące narkotyków pozbawiły tysiące chorych na raka, AIDS i jaskrę dostępu do marihuany i jej leczniczych właściwości. Ingerencja w prawo wyboru metod leczenia oraz ograniczanie prawa do samoobrony stały się sprawami życia lub śmierci dla zbyt wielu pokojowo nastawionych Amerykanów. Koronny argument przeciw tym przepisom jest natury moralnej: ludzie mają prawo do samoposiadania, samoobrony, posiadania własności oraz kontroli nad swymi ciałami. W praktyce, pogwałcenie tych praw prowadzi do katastrofy.
Ze względu na szczególną naturę przestępstw posiadania, podobieństw pomiędzy ograniczaniem dostępu do broni oraz wojną z narkotykami jest znacznie więcej.
Jechałem sobie w sobotę do pracy (ach ten znienawidzony crunch – stąd taka cisza na blogu ostatnio) i słuchałem, jak zwykle, radia. A tam same ciekawostki.
Na początek w Radiu Kampus rozmowa z jakąś młodą podróżniczką, która opowiadała o turystyce w Birmie. Dowiedziałem się, że Birma to jakiś autorytarny reżim wojskowy, „z którym możemy się nie zgadzać”. A będąc tamże turystami, jesteśmy zmuszeniu do wspierania tego, niepodobającego się nam reżimu, który zabiera 30%-50% z tego, co jako turyści płacimy biednym mieszkańcom Birmy, którzy mają od reżimu pozwolenie nas gościć.
I tutaj naszła mnie refleksja, która raczej jest obca większości słuchaczy i prowadzących Radia Kampus. Otóż nasz reżim, z którym ja osobiście nie zgadzam się znacznie bardziej niż z reżimem Birmy, pozbawia nas należnych nam pieniędzy w równym, a kto wie, czy nie większym stopniu (zależy jaki sobie weźmiemy indeks, ale generalnie pracowników najemnych łupi znacznie mocniej). Ba, nasz reżim także decyduje o wielu sprawa za nas poprzez bizantyjskie konstrukcje praw regulujących coraz większe obszary życia.
To, że nauczyliśmy się z naszym reżimem żyć, i że jeszcze nie posyła nas za wiele spraw za kraty, nie oznacza to, że żyjemy w oazie wolności. Przyzwyczailiśmy się do bycie gnębionymi, ostatecznie dajemy na to przyzwolenie od pokoleń.
W ramach rozwoju intelektualnego, postanowiłem posłuchać innych stacji i użyłem funkcji „seek” radia, losowo szukając czegoś ciekawego. Los chciał, że natknąłem się na dyskusję z politykami w TOK FM (moje radio pozwala mi słuchać tylko część z wielu dostępnych w Warszawie stacji, więc nie mam za dużego wyboru).
Politycy toczyli dyskusję na temat państwowych mediów, zwanych dla niepoznaki „publicznymi”. Media państwowe, głównie telewizja, mają taką właściwość, że zawsze się politykom nie podobają. Zazwyczaj dlatego, że zawsze rządzi nimi nie ten, kto powinien: albo były neonazista, albo łże-prawica, albo lewica, albo ktoś inny. I ciągle politycy muszą wysilać swoje, bądźmy szczerzy, nie za tęgie głowy, aby to jakoś naprawić. I jakby się nie starali, to wychodzi jak zawsze. W dyskusji nawet obwiniali trochę siebie, że takie skonstruowali prawo, że jest jak jest (nie wiem jak jest, bo rzadko oglądam telewizję, a państwową w szczególności). I tylko teraz pozostaje im zmienić ustawę, aby jakoś było lepiej.
Oczywiście, nikt z uczestników nie poruszył kwestii, że sam fakt, że mamy media państwowe jest źródłem problemu i cokolwiek zechcą zrobić, to ten fundamentalny problem będzie przeszkodą w osiągnięciu pożądanego celu – jakikolwiek by nie był. Bo jeśli przyjmiemy, że radio państwowe (publiczne) jest jakby własnością nas wszystkich, to nie ma takiej możliwości, aby powstał twór, który zadowoli wszystkich „właścicieli”. Ani nawet wszystkich polityków. Bo w sytuacji, gdy wszyscy mamy być zadowoleni, kto każdy, kto nie będzie, ma takie samo prawo „żądania” naprawy tej sytuacji jak każdy inny. Innej opcji nie widzę.
RAZ, który porzucił w kwestii mediów konserwatywno-liberalne podejście twierdzi, że wie, jak powinny wyglądać niezależne media państwowe. Bo prywatne to syf i malarnia, schlebiające najniższym gustom, a on jako już stateczniejsza konserwa, wymaga czegoś więcej. I wie, jak zrobić, aby wszyscy podatnicy, zafundowali mu idealną telewizję państwową. Ciekawe, jak zamierzałby przekonać do swojej wizji polityków, którzy co do telewizji państwowej mają zapewne zupełnie inne wizje.
Gdy media są prywatne, przynajmniej nie można mieć pretensji, że ktoś coś tam załatwia sobie za nasze pieniądze. Oczywiście mam na myśli prawdziwy wolny rynek mediów, bez żadnych koncesji i pozwoleń, najlepiej oparty o swobodny dostęp do odbiorców (bez przydziałów częstotliwości), gdzie każdy może spróbować swoich sił i zdobyć klienta. Technologia już na to pozwala – wystarczy popatrzeć na sytuację w internecie i pozwolić działać niewidzialnej ręce rynku.
No ale to mrzonki, bo na prawdziwie wolnym rynku mediów nie da się ukręcić tych politycznych lodów. No i obecni na nim teraz gracze wcale nie chcą, aby wyrosła im niepotrzebna konkurencja.
Dyskusja z mediów państwowych przeniosła się na taksówki, konkretnie warszawskie taksówki. Warszawa jest miastem o sporej taksówkowej konkurencji, a co za tym idzie, miastem względnie niskich cen za przejechany kilometr (niestety, za to okazji do nabijania kilometrów oferuje dużo – rekordowy kurs po imprezie z rozwiezieniem znajomych – 38km). Bez problemu można jeździć w cenie 1,6 PLN za kilometr w całkiem normalnej taksówce, z taksometrem, kasą fiskalną, ba, nawet z terminalem kart płatniczych. A jak ktoś się nie boi, może skorzystać z przewozu osób, będzie jeszcze taniej. Jest to efekt sporej konkurencji pomiędzy korporacjami taksówkowymi, których jest w Warszawie kilkadziesiąt, no i tym znienawidzonym „przewozem osób”, co to nie ma koncesji i w ogóle na podatkach na pewno oszukuje. Dla porówniania, w moim rodzinnym Rzeszowie, mieście najmarniej 10 razy mniejszym od Warszawy, taksówki kosztują 2,0 do 2,2 PLN za kilometr. Jak powiedział jeden z polityków „problem ten dotyczy głównie większych miast”. Ludzie w mniejszych miastach nie mają „problemu” tanich taksówek, jak przykład Rzeszowa pokazuje.
Taksówkarzom to się nie podoba, choć jak zauważył przytomnie jeden z rozmówców – nie istnieje coś takiego jak zadowolony taksówkarz, niezależnie od czasów. Ja tam pamiętam jeszcze czasy, gdy to taksówkarze wybierali sobie pasażerów i miejsca, do których chcieli jechać, i wcale ich nie żałuję. Znacznie bardziej wolę czasy obecne.
Taksówkarze jednak niezadowoleni są z „nieuczciwej konkurencji” przewozów osób, którzy nie mają koncesji (no i domyśle oszukują, samochody mają stare i w ogóle). Bo niby ta koncesja jest gwarancją dobrej obsługi przez klienta, no i znajomości topografii i w ogóle niekaralności. Kiedyś pewnie też oznaczała dobre stosunki z SB, ale to osobna historia.
Jak powiedziała pani polityk z PO, koncesja oznacza „większe bezpieczeństwo” dla klienta, który ma większe prawa. Dostaje kwitek, może się awanturować i dochodzić swego, jak zostanie oszukany. Koncesja jest dla naszego dobra. Choć ja pamiętam, że wszelkie warszawskie mafie taksówkowe, te spod Centralnego, Rotundy czy Okęcia, oszukujący naiwnych turystów, to byli zawsze koncesjonowani taksówkarze, bo wtedy jeszcze przewozu osób nie było.
Zapomniała pani jednak dodać, że koncesja to rynek regulowany, a więc nie wolny i nie konkurencyjny, a więc na pewno nie liberalny. A to oznacza zawsze wyższe ceny, czyli coś czego chyba żaden z klientów nie chce. Znaczy jeśli chce, to wolny rynek dostarcza mu takie możliwości, a jakże. Obecnie w Warszawie, jak ktoś ma ochotę zapłacić 3 złote za kilometr, to jak najbardziej może, choćby wybierając jakąś taksówkę hotelową. Jak lubi jeździć Mercedesem, to zawsze może zadzwonić do Merc Taxi i przejechać się za 2,8. Jak ktoś chce wiedzieć, gdzie dochodzić swojej sprawiedliwości, to niech jeździ taksówkami korporacyjnymi, a będzie mógł przynajmniej spróbować się poawanturować z korporacją. Jeśli nie ma ochoty korzystać na lotnisku z dopuszczonych tam taksówek (2,4 do 2,8), może sobie zadzwonić na taką za 1,6, poczekać chwilę i pojechać sobie taniej. Ale to tylko dlatego, że mamy jeszcze dużo konkurencji.
A co to topografii, to GPS (póki system działa), rozwiązuje ten problem.
PO, jak przystało na „liberalną” partię przystało, zamierza się z tym „problemem” uporać, uchwalając stosowne prawo. Nie, nie zamierza zwiększyć (wyrównać) konkurencyjności na tym rynku poprzez zniesienie koncesji w ogóle – takie rzeczy nie mieszczą się „liberałom” w głowach. Chcą „nieuczciwość” konkurencji zlikwidować poprzez regulację rynku taksówkowego. „Bo tak w ogóle, to taksówek jest w Warszawie za dużo”. No ja tam nie wiem – w Sylwestra trzeba zamawiać je z wielogodzinnym opóźnieniem, ale poza tym, co to za argument? Jak jest ich za dużo, to ich liczba sama odpowiednio się zmniejszy – przecież to właśnie rynek jest w tych sprawach najlepszym regulatorem, a nie jakiś koleś w garniturze, któremu wydaje się, że dzięki ustawieniu na odpowiednim miejscu listy wyborczej, nabrał jakich cudownych zdolności określania jaka to jest optymalna liczba taksówek dla Warszawy. Tak więc, korzystajmy z tanich taksówek dopóki nam ich, w naszym najlepszym interesie, nie poregulują „liberałowie” z PO z całą pozostałą pro-socjalistyczną zgrają z opozycji. Czyli politycy, co to zawsze lepiej wiedzą od nas, co jest dla nas dobre.
















