Pierwszy news w tej chwili na Onecie - Sto tysięcy sztuk broni w rękach Polaków? Nowa ustawa w Sejmie. Pożyjemy, zobaczymy. Temat ten wraca co jakiś czas tylko po to, aby znów odejść w niebyt. Bronisław Komorowski chce sobie poprawić u naiwniaków wizerunek, a potem wszystko będzie po staremu.
Internetowe radio Soma FM nadaje kanał z muzyką ambient zmiksowaną z nadawanymi na żywo transmisjami z misji promu kosmicznego. Fantastyczny pomysł.
Obowiązkowo, obie części w całości:
Zimo wyp****laj!
Czy jest jakiś absurd, którego nie wymyślą etatyści? Ano nie ma. W Karolinie Południowej (USA) uchwalono prawo, zwane Ustawą o działaniach wywrotowych (SUBVERSIVE ACTIVITIES REGISTRATION ACT), które wymaga urzędowej rejestracji każdej organizacji wywrotowej, organizacji pod obcą kontrolą, czy też każdego obcego agenta. Organizacje wywrotowe natomiast to takie, których celem jest przejęcie, kontrolowanie czy obalanie rządu, przy użyciu przemocy lub innych, nielegalnych działań. Teraz każda organizacja lub osoba podpadająca pod te definicje musi zarejestrować (opłata $5) się pod groźbą kary grzywny do $25000 lub 10 lat więzienia.
Terroryści i wywrotowcy, do rejestracji marsz, biurokraci czekają. Tak oto nowoczesne państwo walczy z wywrotowcami i agentami.
Jako uzupełnienie dyskusji do wpisu o zależności pomiędzy ceną, a sprzedażą, no i piractwem, przytoczę dane sondy przeprowadzonej przez serwis Lifehacker. Zapytano tam prawie 10 tysięcy czytelników ile powinna kosztować książka w wersji elektronicznej. Z odpowiedzi wynika, że 70% ankietowanych nie chce płacić za taką książkę więcej niż $10, co potwierdza tezę, że wyrównywanie cen e-booków i tradycyjnych książek nie jest mile widziane przez potencjalnych klientów i nie będzie raczej prowadzić do oczekiwanych efektów.
Wysłuchałem debaty „internautów” z premierem Tuskiem. Było słabo, i gdyby nie komentarze Martina, byłoby nie do zniesienia.
Niestety, nie była to debata o próbie wprowadzenia cenzury i proteście przeciwko temu. Poruszono za dużo tematów pobocznych, głównie dlatego, że próbowano chyba wykorzystać okazję spotkania z Premierem, aby mu się wyżalić w pewnych tematach, które, bądźmy szczerzy, mało go obchodzą. Rozmydlanie tematu było jak najbardziej na rękę przedstawicielom rządu, którzy równie ochoczo sprowadzali dyskusję na te tematy poboczne i w typowy dla siebie sposób, marnowali czas długimi, nudnymi i treściowo pustymi wypowiedziami. No i Premier się o nas naprawdę troszczy i nie chce czynić tego tylko w „realu”.
Zawiódł Vagla, bo nie spytał o to, kto z nazwiska odpowiada za nazwę (i cały pomysł) Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych (podobno spytał, ale się nie dowiedział), a skoncentrował na poruszeniu zbyt wielu spraw, aż mu czasu zabrakło – porządek w serwisach rządowych nie jest najważniejszą kwestią. Blackout Europe też nie sprowadził dyskusji na temat, a podrzucił hasło Pobieraczka.
Ze strony „internautów” – EPIC FAIL. Rząd na pewno po spotkaniu przybije sobie piątkę i pogratuluje sobie, jak to umie „internautów” załatwiać. A właściciele tych legalnych firm hazardowych, które pozostaną w kraju, będą spać spokojnie, bo rząd załatwia im właśnie konkurencję. A ustawę trzeba po prostu przepchnąć, bo czas kogoś goni („musieliśmy się śpieszyć”), ale Premier obiecał, że może te kontrowersyjne kwestie rząd z ustawy usunie, aby o nich dłużej podyskutować. No, ale to dopiero się okaże, po konsultacjach z prawnikami, i w ogóle, to pan Tusk nie jest znany przecież ze słowności.
I tak się kończy łagodne i kulturalne gadanie o kwestiach fundamentalnych, czyli w tym wypadku o cenzurze. O hazardzie nawet nie wspomnę.
To taki komentarz do sprawy sprawy Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Temat ten dobrze wałkują inni, więc ja ograniczę się na razie do powyższego obrazkowego komentarza o ogólniejszym, choć bardzo związanym charakterze autorstwa Olega Volka.
Ciekawe obserwacje – choć oczywiście nie zgadzam się końcowym z apelem, aby na przykład posłowie, czyli nasi naprawiacze świata, coś w tej sprawie zrobili. Mogliby, rzecz jasna, ale na pewno zrobią coś na opak, jak to mają w zwyczaju.
Obróbka wideo stała się obecnie chlebem powszednim na wielu użytkowników komputerów. Coraz nowsze kodeki (H.264, MPEG-4, czy trochę starszy MPEG-2) pozwalają na tworzenie i publikację materiałów w bardzo dobrej jakości, o której parę lat temu można było jedynie pomarzyć, a dzięki szeroko dostępnej technice, obraz HD stał się już czymś całkiem oswojonym. Jeśli wideo traktujemy poważniej, to najczęściej inwestujemy w lepsze oprogramowanie, nierzadko kosztujące spore pieniądze, które zapewnia nam przy okazji możliwość stosowania tych najnowocześniejszych technik kompresji obrazu. A jak robimy coś poważnie, to zdarza się, że nasze dzieła nabierają komercyjnego charakteru – ktoś nam za nie płaci, albo też służą do promocji jakichś innych naszych form zarabiania. I tu, jak się właśnie dowiedziałem, czeka nas niespodzianka – na to wszystko potrzeba specjalnej licencji!
Nikt nie czyta umów licencyjnych dołączanych do programów, ale jeden człowiek zadał sobie trud i odnalazł takie interesujące zapisy dotyczące kodeków H.264 i MPEG-4. Kodeki te dołączone do tak zaawansowanych pakietów jak Final Cut Pro pozwalają użyć się jedynie do tworzenia wideo o charakterze osobistym, niekomercyjnym. Podobne zapisy są także w systemie Windows 7. Co więcej, obostrzenia nie tylko dotyczą sposobu tworzenia nowego materiału, ale także wymagają, aby oglądane (dekodowane) przez nas wideo zostało dostarczone przez licencjonowanego dostawcę.
Ciekawe, ale jestem przekonany, że nie jest specjalnie trudno znaleźć przedsiębiorcę, który dystrybuuje wideo w którymś z formatów w gestii MPEG LA i nie ma pojęcia, że powinien mieć na to licencję. Ciekawe, czy nie dałoby się złapać na tym występku jakiegoś urzędu i złożyć wtedy jakiś donosik… Albo jeszcze lepiej, złapać na tym jakąś organizację zbiorowego zarządzania prawami autorskimi – to byłoby smakowite.


















