Chodzi, oczywiście, o polityków, którzy najwyraźniej się nudzą i co rusz szukają nowym sposobów na naprawianie świata i opiekowanie się swoją trzódką, czyli nami.
Jak donoszą „Fakty” za pośrednictwem Onetu – posłowie z PiS uznali, wzorując się na podobnych geniuszach z innych krajów, że solarium jest szkodliwe i trzeba coś z tym zrobić. Na początek zrobić solaria tylko dla dorosłych (jak wódka) i na dodatek z obowiązkową rejestracją opalających się. Rejestracja po to, aby ich obciążyć kosztami leczenia na wypadek jakiś powikłań posolarkowych najwyraźniej. Ciekawe, bo najczęściej ci opalający już opłacają koszty leczenia, więc dlaczego akurat mieliby robić to dodatkowo? I jak ocenić, że choroba od solarki? A jak ktoś przesadza z opalaniem na słońcu, to co? A jak zajmą się opalającymi, to zamierzają potem rejestrować tych, co chodzą bez czapek? I obciążać ich kosztami leczenia? Widać, że traktują nas jak swoich niewolników.
Senator z PO natomiast chciałby specjalnie opodatkować colę „w brzydkich butelkach”. Nudy, panie, w tym senacie i człowiek musi sobie roboty szukać.
Władza deprawuje…
Ktoś dał rozkaz, aby spróbować zawalczyć z wolnością w sieci, to się rozkaz wykonuje. Ochoczo ruszył premier Tusk, a dziś portal Gazeta.pl, a właściwie dziennikarze radia TOK FM. Nic tak dobrze nie działa w słusznej sprawie, jak „uderzenie z pedofila”, czyli ponowne zastosowanie „akcji pedofil„. Na stronie głównej pojawił się artykuł pt. „Jak dobrze gwałcić dzieci? Pedofil radzi”
Chodzi w nim oczywiście o system TOR, w którym domniemanego pedofila rzeczywiście spotkać łatwo. To rzeczywiście najciemniejszy zakątek internetu, gdzie można spotkać najgorsze robactwo. Niemniej jednak, jest to też sposób, aby móc podziałać w sieci anonimowo także w niewinnej i słusznej sprawie. Jeśli pod pretekstem robactwa pozbawimy ludzi uczciwych możliwości pozostawania anonimowymi, to z pewnością wolności nam od tego nie przybędzie. Chyba że myślimy po tuskowemu i poczujemy się „uwolnieni” od możliwości pozostania anonimowymi.
Teraz wykształciuchom TOR ma kojarzyć się wyłącznie z pedofilią, a potem to już się z nim zrobi porządek, gdy przy okazji „uwalniania” internetu dopisze się jakoś protokół TOR do indeksu stron i innych rzeczy zakazanych. Przecież wiadomo, że tam tylko pedofile.
Gdy używam terminu IP gestapo, to nie czynię tego jedynie, aby dopiec zwolennikom „własności” intelektualnej. Jestem przekonany, że jedyną skuteczną metodą obroty tego przestarzałego konceptu jest stworzenie policyjnych sił, które nie przebierając w środkach będą walczyć z tymi, które prawa autorskie naruszają, czyli praktycznie z każdym, kto ma jakieś bardziej zaawansowane urządzenie elektroniczne, o komputerach już nie wspominając.
Wiedzą o tym także w UK, ojczyźnie wielu totalitarnych pomysłów i rozwiązań. Dziś tematem dnia jest wiadomość, że właśnie tamtejszy rząd zabrał się potajemnie, a jakże, do tworzenie takiego IP gestapo. Chodzi o stworzenie urzędu/organizacji, które będzie mogła się dość swobodnie rozprawiać się z tymi, którzy naruszą prawa właścicieli praw autorskich. W grę wchodzi:
- swobodne (bez udziały prawodawców) tworzenie kar i rekompensat za naruszenie praw autorskich (ustanawianie kar więzienia, odcinanie od internetu, itp.);
- nadawanie właścicielom praw specjalnych uprawnień pozwalających na odnajdywanie naruszających ich prawa (zmuszanie dostawców internetu do ujawniania danych klientów, wprowadzania cenzury stron i serwisów, itp.);
- zmuszanie do współpracy wszystkich, którzy mogą mieć związek z ewentualnymi naruszeniami praw (przymuszanie dostawców do szpiegowania klientów i ich działalności w sieci, zmuszanie firm do zapewniania, że użytkownicy nie będą naruszać praw, tworzenia specjalnych milicji czuwających nad przestrzeganiem praw autorskich w sieci).
Jak to emocjonalnie podsumował Cory Doctorow: „Jest to wypowiedzenie wojny przez przemysł rozrywkowy i podległych im prawodawców wolności słowa, prywatności, wolności zgromadzeń, domniemania niewinności i konkurencji.”
Mnie to niespecjalnie szokuje, bo od dawna spodziewałem się, że będą tego próbować. Musi być trochę gorzej, aby potem zapanowała nam infoanarchia.
Nie tylko nasz dzielny premier zamierza zrobić porządek w internecie i uwolnić go od wszelkiego zła, ale także posłowie starają się coś zrobić w tej sprawie.
Jest czas na porządki, to trzeba być aktywnym i doświadczony w pracy terenowej poseł Gosiewski zapytał w interpelacji rząd, co ten zamierza zrobić w sprawie anonimowości wypowiedzi na rozmaitych internetowych forach, no i w sprawie brzydkiego języka, którego się tam anonimowo używa. Sytuacja w internecie jest karygodna, jak twierdzi poseł. Nie dość, że czasem nie wiadomo, kto sobie pozwala krytykować różnych ludzi, czy nawet ich pomawiać i obrażać, to na dodatek czyni to w sposób niewybredny i urągający językowi. Tak nie może być i „byłoby wskazanym”, aby sprokurować jakieś prawo, które to zaraz załatwi i przykładnie winnych ukara.
Jak domyślam się, to akurat poseł skierował do siebie i swoich kolegów, wszakże oni stanowią tu prawo, ale rządowego ministra konkretnie zapytał „co Pan zamierza uczynić, aby podnieść poziom kultury słowa języka polskiego w Internecie?” Bardzo jestem ciekawy, to ten minister odpowie. To takie tęgie głowy, że wszystko pewnie umieją załatwić, tylko trzeba im grzecznie przypomnieć.
Jak widać, zaraz nam tutaj internet uregulują. Może jakieś prawo jazdy na internet? Poprzedzone egzaminem z języka polskiego? I obowiązkowe rejestrowanie się z dowodem osobistym na każdym forum.
Dzielne chłopaki, tak się starają, ale może ktoś by wyedukował najpierw Gosiewskiego, aby wiedział, z czym walczy.
Tak się martwiłem, że będę musiał ocenzurować swoje witryny, a tutaj na ratunek ruszył rząd dzielnego premiera Tuska. W tempie ekspresowym majstruje nowe prawo, które ma „zrobić porządek” z hazardem, czyli pod pretekstem ocalenia hazardzistów napędzi interes swoim, koncesjonowanym kasynom. Jakiś Rysio zadzwonił do kogo trzeba i będzie porządek. A przy okazji postanowiono rozprawić się ze złem w internecie poprzez wprowadzenie cenzury, czyli swoistego indeksu stron zakazanych, które będą mieli obowiązek blokować wszyscy krajowi dostawcy internetu. Wszakże rząd zapowiedział, że uwolni internet od zła, to uwolni.
Nad całą koncepcją oraz proponowanymi zapisami prawnymi pastwi się znakomicie Olgierd Rudak, więc nie widzę potrzeby dodawania czegoś specjalnie od siebie. Mi będzie łatwiej ocenić, czy moje wpisy są nieodpowiednie, czy nie, bo w razie czego zauważy to stosowny „organ uprawniony” i moja strona zniknie, a mnie pozostanie dziwaczny proces odwoławczy.
Platforma eClicto, to nasz rodzimy wkład w książki na sprytopapierze, czyli e-booki. To księgarnia internetowa (wkrótce) oferująca książki w formie elektronicznej, specjalny czytnik oparty o papier elektroniczny oraz portal dla fanów tego systemu. Choć pomysł już chwilę ma, to jakoś wcześniej o nim nie słyszałem, ale teraz się dowiedziałem, więc nadrabiam zaległość.
Oczywiście, diabeł tkwi w szczegółach, a raczej w jednym szczególe – w cenie. Jak na razie wszelkie czytniki (rzeczywiście okropna nazwa) e-booków dla mnie pozostają jedynie drogimi zabawkami dla gadżeciarzy, bo same urządzenia są piekielnie drogie, a książki w formie elektronicznej swoim cenom niestety nic nie ustępują wersjom utrwalonym na martwych drzewach. A te ostatnie można bez problemu pożyczyć, podarować komuś, a w razie czego, napalić nimi w piecu.
Ponoć sam czytnik i 100 książek ma kosztować 899 polskich złotych. To wciąż sporo, bo za tyle, to mogę sobie kupić około 25 książek krajowych, a jak dobrze poszukam, to nawet więcej zagranicznych. Przy moim obecnym tempie czytania jest to zapas na jakieś 3 lata, podczas których czytnik mi się kompletnie zdewaluuje i zastąpią go ze dwie nowe generacje. A gdzie koszt książek elektronicznych?
Ale będę się przyglądał z zainteresowaniem.

















