Simon’s Cat powraca, jak zwykle w znakomitym stylu:
To, oczywiście, historia o moich kotach, które od zawsze uwielbiają hot spoty na moim biurku:
Biurka się zmieniają, komputery się zmieniają, monitory się zmieniają, a koty nie.
Producenci świetlówek kompaktowych usiłują nas przekonać, jakim to dobrodziejstwem są te urządzenia i jak to wiele zaoszczędzimy ich używając. Jak widać rynkowe zachęty były niewystarczające, bo sięgnęli po lobbying i rękami unijnych urzędników, wprowadzili nam mocniejsze środki perswazji, która z czasem zamieni się w urzędowy przymus.
Okazało się, że ktoś nie dał wiary zapewnieniom producentów w kwestii tego, jak fantastyczne są te świetlówki i jak świetnie świecą mimo małego poboru mocy. Zebrano kilka świetlówek o nominalnej mocy 11-12W, które pod względem emitowanego światła (pomijając jego kolor i inne właściwości) miały być równoważne tradycyjnym żarówkom 60W. Każdej dano ponad 10 minut na osiągnięcie maksymalnej wydajności (normalna żarówka tego zupełnie nie potrzebuje), a następnie zmierzono jasność emitowanego światła.
I co się okazało? Ano to, że świetlówki osiągają zaledwie do 60% jasności rzekomo ekwiwalentnych im żarówek. Gdy jasność żarówek osiągała 101-126 luksów, to świetlówki „wyciągały” 67-77 luksów. Owszem oszczędności są, ale wcale nie takie, jak by wynikało z informacji na pudełkach. Ciekawe, czego jeszcze nam producenci nie powiedzieli?
A urzędnicy, oczywiście, zajmą się tą sprawą i sprawią, że etykiety będą mówiły prawdę.
Bardzo dobry tekst ze strony QuestionCopyright.org
Następujące zdanie pojawia się w wielu dyskusjach dotyczących praw autorskich: „Artyści powinni być wynagradzani za swą Sztukę”. Zakłada się, że a) Artyści posiadają przyrodzone prawo do pieniężnego wynagrodzenia z swoją Sztukę, oraz że b) prawa autorskie zapewniają to wynagrodzenie.
Kwestionuję oba te założenia.
Oczywiście, ludzie zazwyczaj mówią: „Artyści powinni być wynagradzani za swą Pracę”. Poniżej postaram się wykazać różnicę pomiędzy Sztuką, a Pracą, bo mylenie jednego z drugim jest głównym problemem.
Zgadzam się, że artystom należy się zapłata ZA ICH PRACĘ.
Praca to wykonywanie czynności za pieniądze. Pracodawca i pracownik negocjują stawkę, praca zostaje wykonana i pracownik otrzymuje zapłatę. Wielu artystów jest pracownikami: są kelnerami, kierowcami, sprzedawcami. Powinni otrzymywać zapłatę za swą pracę i otrzymują ją, gdyż właśnie dlatego pracują. Niektórzy artyści wykonują za pieniądze pracę zgodną ze swoimi kwalifikacjami. Taki rodzaj wstępnie negocjowanej pracy nazywa się pracą na zlecenie. Zlecona praca zostaje wykonana i artysta otrzymuje wynagrodzenie, gdyż właśnie dlatego podejmuje się pracy na zlecenie.
Ale artyści nie mają przyrodzonego prawa do pieniężnego wynagrodzenia ZA ICH SZUKĘ.
Sztuka to dar. Artysta tworzy Sztukę (nie należy tego mylić z pracą zgodną z kwalifikacjami) z własnej inicjatywy. Artysta „pracuje”, aby służyć swojej wizji, swojej Muzie, Sztuce samej w sobie. To Muza jest dla Artysty pracodawcą. Dyskusyjną kwestią jest, czy Artysta może negocjować z Muzą przed podjęciem się zadania – ja często próbuję – ale warunki, jak w przypadku większości prac, raczej wynikają z konieczności. Tak jak ekonomiczna konieczność zmusza wielu pracowników do ciężkiej pracy za marne wynagrodzenie na warunkach pracodawcy, tak cierpienie zmusza Artystów do pracy na warunkach Muzy. Ale w przeciwieństwie korporacji czy ludzkich pracodawców, Muza ma zawsze na względzie najlepsze interesy artysty. Zawsze wolę służyć Muzie niż pracodawcy, ale Muza nie ustala pieniężnej zapłaty. Pieniężne wynagrodzenie nigdy nie jest częścią tego układu.
Muza „płaci” mi Życiem. Mówi „Zrób to, a będziesz Żyć. Odrzuć ofertę, a co najwyżej będziesz wegetować”. Mam wybór: mogę tworzyć Sztukę lub nie. Przyjmuję warunki Muzy. Wykonuję pracę i otrzymuję „zapłatę”: Życie.
SZTUKĘ negocjuje się z MUZĄ. „Zapłatą” jest ŻYCIE.
PRACĘ negocjuje się z PRACODAWCĄ. Zapłatą są PIENIĄDZE.Jeśli artyści chcą być wynagradzani pieniędzmi, to powinni wynegegocjować wynagrodzenie zanim podejmą się wykonania pracy. To jest właściwy warunek otrzymania zapłaty. Albo mogą stworzyć dzieło bez wcześniejszego ustalenia zapłaty, jednocześnie nie żądając jej po fakcie. To też jest w porządku. Domaganie się zapłaty po dobrowolnym wykonaniu pracy na własnych warunkach – to już jest wymuszenie.
Popatrzmy na człowieka myjącego szyby samochodom na skrzyżowaniu. Nieproszony przeciera szyby, a potem domaga się zapłaty. Wykonał pracę, więc czy nie „należy mu się wynagrodzenie”? Większość z nas stwierdziłaby, że nie – bo jeśli chcielibyśmy mieć umyte szyby, to najpierw wynegocjowaliśmy warunki tej usługi.
Jeśli decyduję się siedzieć za biurkiem, odbierać telefony, wymyślać pokrętne plany biznesowe i kłamać, czy ZASŁUGUJĘ, aby wynagradzano mnie jak prezesów banków? Nie. Praca prezesa banku jest wcześnie negocjowana. Dostaje miliony wynagrodzenia i premii, bo taka była umowa ZANIM zasiadł za biurkiem i wykonał swą robotę.
Czy prezes banku zasługuje na takie wynagrodzenie? Cóż, wielu ludzi zaczyna to ostatnio kwestionować. Aż dziw bierze, że trzeba było do tego wielkiego krachu finansowego, ale przynajmniej ludzie zaczynają się zastanawiać.
Mamy olbrzymi kryzys artystyczny od dziesięcioleci, więc może ludzie już przestali zastanawiać się, czy topowe 0,5% artystów zasługuje na swoje wynagrodzenia. Czy jeśli zaśpiewam i poskaczę po scenie, to należy mi się 110 milionów dolarów rocznie? A to jest to samo, co robi Madonna, i tyle właśnie za to dostaje. Ale Madonna załatwiła sobie to wynagrodzenie z góry, zanim zaśpiewała i poskakała, i wykonała to jako pracę.
Jeśli artyści zasługują na wynagrodzenie, to na ile dokładnie zasługują? Czyż sztuka nie jest bezcenna? Jak ustala się, co ile jest warte?
Moglibyśmy pozwolić ustalić to rynkowi. To mogłoby zadziałać, GDYBYŚMY POZBYLI SIĘ MONOPOLI. Wolny Rynek działa jedynie w przypadku braku monopoli. Monopol informacyjny praw autorskich niszczy taki system. Jestem za tym, aby zadziałał Wolny Rynek, ale może on działać jedynie bez praw autorskich.
Tak naprawdę, Madonna nie jest wynagradzana jako artystka, czerpie zyski ze swego informacyjnego monopolu, czyli praw autorskich, które ograniczają jej Sztukę. Jeśli Madonna jest dla ciebie modelem, to nie popierasz artystów, a popierasz monopolistów. Jeśli twój mechanizm „wynagradzania” artystów wymaga, aby zostali monopolistami, a potem, jak to monopoliści, rozrastali się i rozbudowywali swoje monopole, to jesteś orędownikiem monopoli, a nie Sztuki.
Sztuka to nie towar, to jest dar. Jeśli chcesz produkować towary, negocjuj ich cenę z góry. Sztuka tworzona jest z inicjatywy artysty. W przeciwnym razie, to jedynie praca zlecona, która w oczywisty sposób i tak wynagradza pracownika. Ale zazwyczaj zleceniodawca to korporacja albo grupa inwestycyjna, która spodziewa się monopolistycznych przychodów ze swej inwestycji. Dlatego też popieranie praw autorskich to przysługa na rzecz utrzymania oligarchii, której elity są jednocześnie głównymi patronami współczesnej sztuki. To jak wspieranie monarchii, bo królowe i królowie są patronami artystów.
Może trudno to zaakceptować, ale wielu artystów, którzy twierdzą, że chcą jedynie jeść i mieć gdzie mieszkać, kłamie (być może okłamują i siebie). Większość artystów nie chce jedynie zarobić na życie – chcą wygrać na loterii. Zasugeruj większości filmowców czy muzyków, że „sukces” to jakieś 75 tysięcy dolarów rocznie, a od razu zaczną kręcić nosem. To nazywasz wygraną? Przecież im chodzi wyłącznie o grube miliony, kochanie. Jeśli oznacza to, że muszą pracować w innym zawodzie i pozostawać nieznanymi, to niech tak będzie. Miliony muszą klepać biedę, aby jeden został bogaty. Godzą się na spędzenie pewnego czasu jako biedacy, aby jednego dnia zostać bogaczami na koszt innych. Myślą, że nadejdzie ich czas.
Radzę im zagrać w kompletnie inną grę, gdyż loteria to podatek od tych, którzy są słabi w liczeniu. Ale ten rodzaj artystów woli bardziej grać na loterii niż sprawić, aby ich sztuka dotarła do ludzi.
Nie chcę tu sugerować, że wszyscy artyści mają takie podejście. Są także tacy, którzy zadowolą się jedynie zarobkiem na życie, co jest dobre, gdyż jest rozsądnym oczekiwaniem nawet w przypadku bardzo utalentowanego artysty. Problem w tym, że dyskusja o prawach autorskich zdominowana jest przez podejście loteryjne, co oznacza, że gdy ludzie mówią „Artyści powinni być wynagradzani za swą pracę”, to naprawdę oznacza to, że „Sztuka powinna być objęta monopolem, aby niektórzy Artyści mieli malutką szanse na zostanie kiedyś bogaczami”.
Najlepszy sposobem, aby sztuka „konkurowała” na „wolnym rynku” jest swobodny jej przepływ. Internet sprawia, że artysta może bardzo łatwo przedstawić swoje prace publiczności. Sprawia także, że publiczność może łatwo odwdzięczyć się za ten dar. Dawanie jest całkiem odmienne od płacenia czy ulegania wymuszeniu. Pieniądze ofiarowane różnią się od pieniędzy wymuszonych. To jest dobrowolna, swobodna transakcja.
Nie każdemu spodoba się każde dzieło sztuki. Nie chcę, aby ludzie, którym dzieło się nie spodobało, byli zobligowani do zapłaty za nie. Pewne dzieła, które mnie urażają, wzbudzają odrazę, czy nudzą, nie zachęcają mnie do wynagradzanie ich twórców. Ale dzieła, które mnie poruszają i inspirują, jednocześnie zachęcają mnie do wspierania ich autorów. Jestem poruszona przez uczucia Artysty i chcę zaoferować coś w zamian. Pieniądze to rozwiązanie oczywiste: Artysta może z pewnością z nich skorzystać. Ale nie zawsze jest to właściwy wybór. Wiele utworów Beatlesów mnie porusza, ale nie zachęca mnie to wysłania czeku Paulowi McCartneyowi. Nie potrzeba mu pieniędzy (nie wspominając, że jest prominentnym monopolistą). Jednak pieniądze są prawie zawsze właściwym darem dla nie-bogatego (czytaj: typowego) artysty. Zostaną docenione, a jednocześnie nie są zbyt osobiste, aby były krępujące czy stresujące.
Internet sprawia, że fanom jest łatwo wysyłać artystom pieniądze.
To naprawdę proste. Sztuka konkuruje ze sztuką jedynie na podstawie jakości. Internet pozwala na rozprzestrzenianie jej, docieranie to tylu odbiorców ilu to możliwe. Ci, którym się spodoba, mają do dyspozycji prosty mechanizm odwdzięczenia się Artyście, jeśli poczują potrzebę. Nie każdy poczuje potrzebę, ani nie każdy musi. Nie każdemu musi się wszystko podobać. Nie wszystko może nas poruszyć.
Podsumowując:
Artyści NIE posiadają przyrodzonego prawo do pieniężnego wynagrodzenia z swoją Sztukę. Choć my, jako społeczeństwo, możemy zadecydować, że chcemy wspierać Sztukę. Problem w tym, że 95% Sztuki jest do kitu. Większość z nas nie chce wspierać artystów, którzy są do kitu, ani nie chce pozwalać rządowym komisjom decydować, co jest warte wspierania, a co nie. Nie przyznany mi grant NYSCA i towarzyszące temu komentarze nauczyły mnie, aby już nigdy nie ufać rządowym agencjom do spraw sztuki. Chętnie przyjmę od nich pieniądze, ale dobrze zdaję sobie sprawę, że nie są oni dostatecznie kompetentni, aby oddzielać ziarno od plew.
Najlepszy sposobem, w jaki społeczeństwo może wspierać Sztukę, jest pozwolenie, aby Sztuka swobodnie się rozprzestrzeniała, oraz zachęcanie, aby przekazywać pieniądze bezpośrednio artystom. Co i tak wydaje się najbardziej naturalnym sposobem dla wielu ludzi, a dodatkowo nie narusza wolności innych.
Autorka powyższego tekstu – Nina Paley – już wstąpiła raz na moim blogu.
Właśnie skoczyłem oglądać, a właściwie zmęczyłem, ostatni, czwarty sezon serialu Battlestar Galactica. Okrzyknięty najlepszym serialem science-fiction ostatnich lat, u mnie wywołał mieszane uczucia.
Pierwsze dwa sezony były bardzo dobre, choć w zasadzie był to dobrze napisany i zrealizowany serial wojenny, w którym elementy sci-fi nie grały aż tak istotnej roli. Siła polegała na ciekawie zarysowanych postaciach i ich relacjach, dobrze powiązanych z intensywną akcją.
Potem było już tylko gorzej. Pojawiają się silniej zarysowane elementy sci-fi, bez których fabuła przestałaby mieć sensu, szkoda że tak późno. Za to akcja wyraźnie słabnie. Pojawiają się odcinki – wypełniacze, które praktycznie nie posuwają fabuły do przodu, a mają za zadanie zbudować skomplikowany (i przy okazji nudny) obraz zawiłych stosunków pomiędzy postaciami. Ostatni odcinek sezonu to krótkotrwały powrót do najwyższej formy.
Czwarty sezon zieje nudą na maksa. Sprawia wrażenie, że twórcy, i przy okazji ja, chcą jedynie dotrwać do końca. Coś tam się wyjaśni po drodze, reszta pozostanie tajemnicą, no i w zasadzie nie ma co specjalnie się starać, wszakże to i tak ostatni sezon. Podstawowy konflikt schodzi na dalszy plan, akcja zwalnia, tajemnice nie są takie ciekawe i klimat diabli biorą. W zasadzie lepiej było przeczytać streszczenia i analizy na Battlestar Wiki.
Dla mnie dodatkowym obciążeniem była spora ilość bardzo irytujących elementów. W trzecim sezonie następuje apogeum używania przez postaci przekleństwa „frak”, które ma być złagodzoną wersją popularnego „fuck”. O ile wcześniej pojawiało się chyba jakoś sporadycznie, to od trzeciego sezonu w górę używane jest nagminnie do zwiększania ekspresji. Nie mam nic przeciwko przeklinaniu, ale jakoś mnie to wyjątkowo raziło – to jakbym soczyste „kurwa” zastąpić czymś w rodzaju „motyla noga”. To nie jest to samo.
Z trudem znosiłem wszechobecne anachronizmy. Ja wiem, że to taki zamysł artystyczny, wszakże to historia protoplastów ludzkiej cywilizacji, wcześniejsza od niej o setki tysięcy lat, więc wszystko jest dozwolone, ale nie tego oczekuję po kinie sci-fi. Jeśli ma się opanowane loty FTL i antygrawitację, to można uzbroić się w coś lepszego niż broń maszynowa rodem z XX w. w rękach Marines wyglądających dokładnie jak w ubiegłym wieku. Taśmowe magnetofony, kamery nad taśmę filmową, stare radia i inne, zupełnie współczesne nam wynalazki, ale bez powszechnej łączności bezprzewodowej i komputerów przenośnych. Lubię stylizowane science-fiction, ale tego nie kupiłem.
Co ciekawe, mimo zagłady cywilizacji, ucieczki i tułaczki po wszechświecie, poważnych problemów z jedzeniem, lekarstwami, itp., we flocie nigdy nie zabrakło alkoholu i papierosów. I co gorsza, prawie w każdej scenie, gdzie ktoś pił alkohol ze kieliszka/szklanki, robił to siorbiąc. Jak można siorbać alkohol?
Ale największy problem, który zupełnie zepsuł serial w moich oczach, to dziwna umiejętność twórców do wykreowania praktycznie 100% niesympatycznych postaci. Ja rozumiem, że pokazywanie każdego z jego słabościami miało uwiarygodnić i urzeczywistnić tę kreację, ale nie tego oczekiwałem. Większość postaci mnie niezmiernie irytowała i poczułem się nijak z nimi związany. Ba, większość postaci pierwszoplanowych w moich oczach była tak antypatycznymi, że w zasadzie chciałem, aby zginęły w dowolny sposób i przestały mnie męczyć swoją obecnością. Już więcej sympatii czułem do antagonistów, choć przecież to szuje odpowiedzialne za zagładę miliardów. Przydałby się choć jeden uczciwy, sprawiedliwy i 100% pozytywny bohater – ludzi ze słabościami mam dość na co dzień.
Galco’s Soda Pop Stop to sklep w Kalifornii (niestety), który oferuje ponad 500 rodzajów napojów gazowanych. Świetny film dokumentalny, w którym właściciel sklepu opowiada o jego historii oraz o towarach, które oferuje:
Świetna reklama wolnego rynku (motto sklepu: Freedom of choice), ciekawa krytyka interwencjonizmu rządowego w kwestii opłat recyklingowych. Po obejrzeniu tego filmu, maszyna oferująca 100 smaków Coli nie wydaje się mi już tak ciekawa.
Wykład Stephana Kinselli (autora tekstu z mojej strony W obronie Napstera i przeciwko Drugiej Zasadzie Zagospodarowania):
Amerykańska agenda rządowa – CDC – rozważa akcję propagandową „obrzezanie dla każdego”. Okazało się, że plemiona afrykańskie dzięki temu zabiegowi słabiej zarażają się HIV, z czego wyciągnięto wniosek, że trzeba wykonywanie tego zabiegu zalecić każdemu dziecku rodzącemu się w USA. Na razie, rzecz jasna, dobrowolnie, ale potem pewnie będzie to „standardowa procedura”, na oprotestowywanie której pewnie zazwyczaj będzie za późno. Nie wszystkim to się podoba – i słusznie.
Tak to z urzędasami, napierw żarówki, potem naplatek. Nikt nie jest bezpieczny.



















