Electro Body – wprowadzenie

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Przeglądałem wczoraj moje backupy, jeszcze pochodzące z początku lat 90. w poszukiwaniu elektronicznej wersji podręcznika do Electro Body. Odnalazłem, napisałem w Pythonie program do przekodowywania polskich znaków z Mazovii na współczesne kodowanie, zacząłem czytać i wspominać. Gra Electro Body miała w podręczniku krótką historię wprowadzającą, mego autorstwa. Nic specjalnego, ale postanowiłem zamieścić ją poniżej, jako ciekawostkę z 1992 roku.

Jak to się wszystko zaczęło

Jacek obudził się, podniósł głowę spoczywającą na stole, przetarł oczy i spojrzał na zegarek. Było sporo po północy i nie zdziwił się, że pozostał w laboratorium zupełnie sam. Każdy normalny człowiek po dniu wytężonej pracy śpi o tej porze w swojej kabinie.

Zerknąwszy na notatki stwierdził, że próby przekonania samego siebie o własnej chęci do wytężonej pracy mijają się całkowicie z celem. W tej chwili chciał tylko jednego – znaleźć się jak najszybciej w łóżku.

Powoli, by nie rozbudzić się całkowicie, wyłączał, jedno po drugim, pracujące wciąż urządzenia laboratoryjne. Pokój wypełniał się ciszą. Po chwili do jego uszu dobiegał tylko szum wentylacji. Przez moment zastanawiał się, dlaczego konstruktorzy baz kosmicznych i planetarnych nie eliminują tego dźwięku. Być może twórcy stacji nie chcieli, aby jej użytkownicy mieli poczucie zupełnej izolacji, być może miało to imitować zgiełk ziemskiego miasta.

Nagle, zupełnie niespodziewanie ucichł także ten delikatny szum. Jacek zmarszczył czoło i podniósł brwi. Tu, na stacji, awaria wentylacji mogła i powinna budzić niepokój. Wsłuchiwał się z zaciekawieniem w otaczającą go ciszę. Oczekiwał na start wentylacji awaryjnej, powinna właściwie rozpocząć pracę już w momencie awarii.

Fakt takiego dziwnego zachowania się systemów bezpieczeństwa nie budził w nim strachu, miał zaufanie do otaczających go nowoczesnych urządzeń. Był zdziwiony, że technika, od której tak wiele zależy, nagle zawodzi. Zapewne na ekranach w pomieszczeniach kontrolnych pojawiły się ostrzegawcze komunikaty, rozbrzmiewały sygnały alarmowe.

Przynajmniej nie jestem jedynym, który nie śpi – pomyślał i uśmiechnął się w duchu.

Usiadł ponownie przy stoliku i sięgnął po komunikator. Wybrał połączenie z pomieszczeniami kontroli. Po chwili na ekranie pojawiła się czyjaś gniewna twarz. Zanim zdążył otworzyć usta, usłyszał:

- Nie czas na pytania. Mamy tu poważne kłopoty! i ekran zgasł.

W tym momencie zorientował się, że awaria musi być poważna. Przez chwilę zastanawiał się, którego ze swych kolegów obudzić i powiadomić o tych interesujących wydarzeniach. Ponieważ nie mógł się na żadnego zdecydować, pomyślał o żonie. Wybrał połączenie i czekał. Odpowiedź była niespodziewanie szybka. Przeczytał komunikat: „Połączenie niemożliwe do zrealizowania – awaria systemu łączności wewnętrznej”.

Resztki snu uleciały z niego całkowicie. Ruszył ku drzwiom, otworzył je i wyszedł na korytarz. Tu spotkała go kolejna niespodzianka – na korytarzu było ciemno. Nie paliły się nawet światła awaryjne.

Ruszył w mrok, w kierunku windy. Namacał guzik przywołania i nic się nie wydarzyło. Ponowił próby ściągnięcia windy, ale bezskutecznie. Nie zapalała się kontrolka potwierdzająca jej przyjazd. Nie dowierzając coraz bardziej zawodzącej technice, przytknął ucho do drzwi. Cisza potwierdziła jego przypuszczenia – coraz mniej urządzeń działało tej nocy.

Gwałtowny i nieoczekiwany rozwój wypadków wymagał zdecydowanego działania. Postanowił przedostać się na poziom mieszkalny, gdyż zaczął niepokoić się o śpiącą, jak sądził, rodzinę. Dotarcie do nich wymagało skorzystania ze schodów awaryjnych, nie używanych chyba od czasu wybudowania stacji. Przejrzał kilka szuflad i szafek w poszukiwaniu jakiegoś przenośnego źródła światła. Pod stertą notatek znalazł latarkę należącą do jego syna, którą zabrał mu karząc za czytanie książek pod kołdrą. Sprawdził, działała całkiem dobrze, i ruszył spowitym mrokiem korytarzem.

Drzwi na schody awaryjne były tradycyjne, nie wspomagane elektrycznie, pneumatycznie ani hydraulicznie. Otwarcie wymagało tylko odryglowania zamków i użycia dość sporej siły do rozsunięcia ich.

Snop światła z latarki rozjaśnił przestrzeń za drzwiami i okazało się, że schody rzeczywiście tam są. Rozpoczął wspinaczkę w górę. Stukot butów rozbrzmiewał głośnym echem na klatce schodowej. Czuł się trochę nieswojo. Stopnie pokryte były cieniutką warstewką kurzu, który wzbijał się w powietrze, drażniąc nozdrza przywykłe do sterylnego powietrza w pozostałych częściach bazy. Nie orientował się, ile podestów ma do pokonania do następnego poziomu, gdyż nigdy go nie interesowały szczegóły konstrukcji urządzeń, których używał, ani pomieszczeń, w których przebywał. Gdy skierował latarkę w górę, promień zniknął w ciemności.

Nagle przykuł jego uwagę dziwny hałas, wydobywający się z otworów wentylacyjnych i rozbrzmiewający w całej klatce schodów awaryjnych. Usłyszał dalekie echa sygnałów alarmowych, odgłosy uderzeń i wybuchów. Ponaglony tymi niepokojącymi dźwiękami ruszył biegiem w górę schodów.

Po przebyciu paru podestów znalazł się przy drzwiach prowadzących na kolejny poziom. Za nimi powinny znajdować się magazyny. Hałas, który żołnierz bez wątpienia zidentyfikowałby jako odgłosy walki, rozlegał się w dalszym ciągu w pomieszczeniu schodów awaryjnych. Odryglował zamki i rozsunął drzwi.

Korytarz na poziomie magazynowym nie był zupełnie ciemny. Mrok lekko rozjaśniały włączone lampy awaryjne. Było wyraźnie ciszej. Rozejrzał się dookoła i dostrzegł komunikator na ścianie. Gdy podszedł do niego, ekran rozjarzył się wyświetlając komunikat: „Alarm czerwony – natychmiastowa ewakuacja całego personelu”.

Z otwartych drzwi docierał do niego coraz głośniejszy hałas. Ktoś zbiegał po schodach. Po chwili na korytarz wypadł mężczyzna, którego ubiór jednoznacznie wskazywał na przynależność do wojskowej części obsady bazy.

Żołnierz przystanął gwałtownie i spojrzał na Jacka ze zdziwieniem. Ten rozpoznał w mężczyźnie znajomego ze szkolenia – Placka. Placek ściskał w ręce broń, sporej wielkości miotacz. Skierował go prosto w brzuch Jacka, który zdrętwiał spostrzegłszy ten ruch i wyraz oczu żołnierza. Powoli rozłożył ręce pragnąc tym gestem uspokoić przeciwnika. Placek przypomniał go sobie.

- Co ty tu robisz? – zapytał ze zdziwieniem w głosie. – Myślałem, że na dole nie ma o tej porze nikogo.

- Nie zadawaj głupich pytań – odpowiedział Jacek. – Usiłuję dostać się na górę. Co tam się dzieje? Nic nie działa, nie ma łączności, wentylacji. Oświecisz mnie trochę?

- Nie uwierzysz, ale mamy tu właśnie najazd pieprzonych Obcych – odpowiedział Placek stosownym dla siebie językiem. – Podeszli nasze systemy obronne i przejęli kontrolę nad połową instalacji. Potem wkroczyli i właśnie czyszczą sobie teren.

- Co z resztą załogi?

- No cóż, można powiedzieć, że stawili bohaterski, ale krótki opór przeważającym siłom wroga. Zaryzykuję stwierdzenie, że tylko mnie udało się uciec.

- Co z cywilami? – zapytał Jacek myśląc o swej rodzinie. – Muszę się tam dostać jak najszybciej.

- Zapomnij o nich – odparł Placek sprawdzając stan trzymanej w ręku broni. – Z poziomem mieszkalnym załatwili się bardzo sprawnie. Po prostu go rozhermetyzowali. Nikt tego nie przeżył. Pozostali tylko ci, którzy byli wyżej i niżej, tak jak my. Tych z góry, jak podejrzewam, już wykończyli, pozostaliśmy więc tylko my.

- Idę tam – rzucił Jacek i ruszył w kierunku schodów awaryjnych.

Reakcja Placka była gwałtowna i stanowcza. Wyprzedził Jacka i stanął mu na drodze z bronią wycelowaną w brzuch.

- Nic z tego, stary. Próbowałem dostać się na ten poziom. Drzwi awaryjne są zablokowane. Blokada przy dehermetyzacji. Poza tym Obcy są już poziom nad nami i nie zamierzam tu na nich czekać. I tobie też nie pozwolę.

- Tam jest moja żona i syn – odparł Jacek przez zaciśnięte zęby. – Muszę się tam dostać i ty mi nie będziesz w tym przeszkadzał.

Udając zniechęcenie próbował zmylić uwagę Placka i powalić go jednym skutecznym ciosem, tak jak to widywał na filmach. W momencie, gdy ruszył ręką, żołnierz chwycił go za nią i przystawił mu wylot miotacza do czoła.

- Daj spokój! Przykro mi, stary. Naprawdę – powiedział żołnierz odsuwając broń. – Teraz musimy myśleć tylko o sobie. Oni zaraz tu będą i nie będziemy na nich czekać. Weź się w garść, potem będziemy rozpaczać. Ja też straciłem tam wiele naprawdę bliskich mi osób. Teraz jednak czas na działanie.

W końcu korytarza rozległ się szum rozsuwających się drzwi windy. Za nimi pojawiło się coś w rodzaju samojezdnej maszyny. Placek bez zastanowienia wystrzelił z miotacza w kierunku ruszającego w ich stronę robota. Strzał był niecelny, ale ze ściany buchnął płomień i posypały się szczątki konstrukcji, co zdezorientowało przeciwnika. Placek wystrzelił jeszcze raz, tym razem celnie, trafiając robota w sam środek. Wybuch był na tyle silny, że upadli na podłogę, zasypani szczątkami maszyny. Zaczęła działać  instalacja przeciwpożarowa. Placek podniósł się szybko i pomógł wstać Jackowi. Skierował go w stronę schodów awaryjnych.

- Wiejemy – rzucił – i to szybko. Teraz wiedzą, że ktoś tu jest i będą się starali nas wyeliminować. Pozwolisz, że przejmę inicjatywę.

Wpadli do klatki schodów awaryjnych. Placek zasunął drzwi i z małej odległości wystrzelił z miotacza topiąc zamek. Byli zabezpieczeni na wypadek próby dehermetyzacji tego poziomu. Pchnął Jacka w dół i zaczęli szaleńczo zbiegać po schodach. Po chwili minęli poziom laboratoriów zamykając po drodze otwarte  drzwi awaryjne.

- Dokąd biegniemy? – dysząc zapytał Jacek.

- Do hangarów – rzucił Placek przez ramię. – Zamierzam uciec z tej planety, a do tego potrzebny jest statek. Zniszczymy im kontrolę nad hangarami i lądowiskiem i spróbujemy zwiać w kosmos.

Po chwili przed nimi pojawiły się drzwi do hangarów. Nie było kłopotów z ich otwarciem, poziom był hermetyczny. Z korytarza Placek skierował się do pomieszczeń kontroli. Tam dokonał dzieła zniszczenia wypalając miotaczem wszystkie urządzenia i kable, jakie dojrzał.

- Co robisz? – zapytał Jacek.

- Są tu urządzenia do sterowania hangarami. Chcę pozbawić ich możliwości  kontroli nad naszymi poczynaniami. Teraz poszukaj dla nas skafandrów, gdyż zamierzam otwierać wrota bronią pokładową.

Ruszył w kierunku sporego statku stojącego na wprost olbrzymiej bramy  prowadzącej na lądowisko. Otworzył śluzę i wszedł na pokład. Jacek ruszył w kierunku stojaków ze skafandrami, ale został zawrócony krzykiem  dobiegającym z pokładu statku.

- Wracaj! Nie będą nam potrzebne. Ten statek ma wystarczające zabezpieczenia do walk w próżni i wrogiej atmosferze. Właź na pokład.

- Potrafisz tym sterować? – zapytał Jacek po usadowieniu się w fotelu drugiego pilota.

- Szkolono mnie na podobnym modelu. Mam nadzieję, że dam sobie teraz radę. Będzie mi potrzebna pomoc. Gdy ruszymy z miejsca, będziesz musiał przebić nam drogę salwą z broni pokładowej.

Placek sprawnie ożywił statek. Rozjarzyły się ekrany. Przed Jackiem pojawił się pulpit sterowania bronią. Zanim zdążył zaprotestować, Placek ustawił wszystkie potrzebne parametry i na ekranie pojawił się najzwyklejszy krzyż celowniczy.

- Musisz wystrzelić, gdy odległość od wrót będzie mniejsza niż 20. Wskaźnik odległości masz w prawym górnym rogu. Jeśli się pośpieszysz, to wiązka o tej mocy będzie zbyt szeroka, może uszkodzić konstrukcję nośną i wtedy pół stacji zawali nam się na głowę. Nie pomogę ci, gdyż będziemy lecieli na ręcznym sterowaniu, co w tych warunkach jest bardzo absorbujące. Wyceluj w środek drzwi i wal, jak będziemy dostatecznie blisko.

Poczuli zmianę ciśnienia towarzyszącą zamykaniu i uszczelnianiu śluzy wejściowej. Natychmiast po tym kabinę wypełnił hałas pracujących silników. Statek uniósł się nad podłogę hangaru i powoli obrócił się w stronę wrót lądowiska. Placek dał znak i ruszyli w tym kierunku. Salwa z dział pokładowych została odpalona we właściwym momencie. Potężny wybuch rozsadził drzwi. Pole widzenia zasłonił dym i latające we wszystkich kierunkach odłamki. Ekrany natychmiast zmieniły obraz rzeczywisty na jego komputerowy odpowiednik pozbawiony elementów utrudniających widzenie. Pola zabezpieczające statek niszczyły i odrzucały odłamki. Placek przyśpieszył i skorygował kurs, lekko tylko zawadzając o szczątki drzwi. Znaleźli się w korytarzu wylotowym. W momencie, gdy pojawiła się wolna przestrzeń, statek prowadzony sprawną ręką ruszył z ogromną prędkością w gwiazdy.  Przyśpieszenie było kolosalne i mimo działania układów kompensujących obaj pasażerowie stracili przytomność.

Po odzyskaniu świadomości Placek sprawdził przestrzeń dookoła – nikt ich nie ścigał. Wyraźnie ucieszył go ten fakt, co zamanifestował głośnym okrzykiem. Zaprogramował kurs i włączył sygnały namierzające. Odpiął pasy przytrzymujące Jacka i przeniósł go do kabin hibernacyjnych. Tam przygotował ich obu do oczekiwania na pomoc.

Po trzynastu miesiącach zostali namierzeni i przejęci przez statek patrolowy, który przetransportował ich na pierwszą cywilizowaną planetę. Tu ich losy rozdzieliły się. Jacek został poddany długiej kuracji, a Placek dostał awans i został przeniesiony na Ziemię.

Po uzdrowieniu ciała i duszy Jacek zrealizował polisy ubezpieczeniowe i uzyskane w ten sposób pieniądze postanowił przeznaczyć na jeden cel – zemstę. Powiększył swoje zasoby finansowe prowadząc różne, nie zawsze czyste interesy. Gdy uznał, że posiadana gotówka wystarczy do realizacji przedsięwziętego celu, pojawił się na planecie, która znana była z kształcenia najlepszych żołnierzy.

Poddał się ryzykownym i kosztownym operacjom mającym przekształcić go w coś w rodzaju cyborga. Dzięki specjalnym konstrukcjom wbudowanym w jego ciało był sprawny i wytrzymały. Udoskonalono także jego zmysły. Mimo nie najmłodszego już wieku z łatwością mógł pokonać wielu młodszych od siebie. Dzięki hipnotycznemu szkoleniu posiadł wiedzę potrzebną do walki z Obcymi. Wyposażył się tylko w taką broń i urządzenia, co do których dane wywiadu potwierdzały, że nie zabraknie im źródeł energii na terenie opanowanej stacji.

Wojsko zapewniło mu bezpieczne przedostanie się w pobliże bazy. Potem musiał zejść specjalnym tunelem na najniższy, techniczny poziom. Pozostawiono go samemu sobie. Zdołał wynegocjować warunek, że gdy pokona wszystkich Obcych i ich pułapki, wezwie oddziały wojskowe do ponownego zajęcia stacji. Dopóki nie wykona tego zadania, może liczyć tylko na siebie.

Ruszył w swoją pierwszą misję.


Gun Facts

Całość (po angielsku) na stronie www.gunfacts.info. Wybrane fragmenty:

  • Teza: Dostępność broni oznacza zwiększenie się przestępczości z użyciem przemocy.

    Fakty: Nie istnieje korelacja pomiędzy dostępnością broni, a przestępczością z użyciem przemocy. Są kraje z powszechnym dostępem do broni, gdzie przestępczość jest mała (Szwajcaria) i duża (USA), oraz kraje, gdzie dostępność do broni jest ograniczona, a przestępczość duża (Meksyk) i mała (Japonia).

  • Teza: Zakaz legalnego posiadania broni w UK rozwiązał problem przemocy.

    Fakty: Mimo zakazu posiadania broni palne w UK, a co za tym idzie pomimo spadku wskaźnika legalnie posiadanej broni w rękach prywatnych, przestępczość z użyciem przemocy w UK rośnie. Dwukrotnie wzrosła ilość przestępstw z użyciem broni od czasu wprowadzenia zakazu legalnego posiadania broni.

  • Teza: Powszechnie dostępna broń w USA jest źródłem przemocy.

    Fakty: Powszechna dostępność broni palnej w USA nie oznacza, że jest kraj w czołówce pod względem popełnianych morderstw. USA nie ma nawet w pierwszej dziesiątce (są tam: Kolumbia, Jamajka, Rosja, Meksyk, Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, Papua Nowa Gwinea i Kirgystan).

  • Teza: Broń palna jest nieefektywna w samoobronie.

    Fakty:

    • Szacuje się, że broń palna w samoobronie jest używana w USA 2,5 mln razy w ciągu roku.
    • Broń w samoobronie jest używania 6 razy częściej niż w przestępstwie
    • W 92% przypadków użycia broni w samoobronie wystarczyło pokazać przestępcy, że jest się uzbrojonym. W pozostałych 8% przypadków napastnik został zraniony, ale w mniej niż 1 na tysiąc zabity. Użycie broni w samoobronie nie oznacza wystrzału i ofiary.

  • Teza: Tylko policja umie się posługiwać bronią.

    Fakty: W 11% strzelanin z udziałem policji ginie przypadkowa osoba. Podobnie dzieje się tylko w 2% strzelanin z udziałem cywili. Policja w USA notorycznie gubi swoją broń, która potem jest używana przez przestępców.

  • Teza: Użycie broni w samoobronie zwiększa prawdopodobieństwo odniesienia obrażeń.

    Fakty: Szansa na obrażenie, podczas rabunku wynosi: 6% – gdy korzystamy broni do samoobrony, 25% – gdy nie robimy nic, 40% – gdy bronimy się nożem, 45% – gdy stosujemy opór bez użycia przemocy.

  • Teza: Powszechnie dostępna broń zachęca przestępców do używania w przestępstwach z użyciem przemocy.

    Fakty: W USA 90% przestępstw w użyciem przemocy odbywa się bez udziału broni palnej. Dwie trzecie ofiar broni palnej to kryminaliści, którzy zostają postrzeleni przez innych kryminalistów.

  • Teza: Policja nas chroni.

    Fakty: Policja nie może nas ochronić. W USA jest jeden policjant (wliczając tych, którzy nie pracują w terenie) na ponad 1800 obywateli. W Polsce jeden policjant przypada na 370 obywateli. Policja nie jest ani zobowiązana do zapewnienia nam bezpieczeństwa (nie można pociągnąć jej do odpowiedzialności za to, że coś nam się stało), ani nie może być ochroniarzem dla każdego z nas. Nasze bezpieczeństwo jest w naszych rękach, tym bardziej, że przestępcy nie atakują tam, gdzie mogą spodziewać się policji. Na numer alarmowy ciężko się dodzwonić, a na miejsce policja przyjeżdża najczęściej na za późno (w USA jest to w 95% przypadków).

  • Teza: Broń w prywatnych rękach to źródło wielu wypadków.

    Fakty: Błędy medyczne zabijają w USA 400 tys. ludzi rocznie. W z rąk lekarzy ginie 286 razy więcej ludzi niż w wypadkach z bronią palną. Wypadki z bronią to 0,8% wypadków, gdy wypadki samochodowe to 42%, upadki 16%, zatrucia 15%, utopienia 4%.

  • Teza: W miejscach publicznych jesteśmy bezpieczni, nie potrzeba nosić tam broni.

    Fakty: 77% przestępstw z użyciem przemocy w USA dzieje sie w miejscach publicznych.

To tylko mały wybór – ciekawskim polecam całość, choć jest dość ameryko-centryczna.


Broń – kwestie fundamentalne

Zacznijmy od pierwszej kwestii fundamentalnej, która bardzo rzadko pojawia się w dyskusji na temat prawa obywateli do posiadania broni palnej, zazwyczaj kręcej się wokół obrony osobistej. Chodzi mianowicie o skuteczne narzędzie do obrony przez tyranią państwa. Ojcowie Założyciele USA nie darmo umieścili prawo do posiadania broni w drugiej poprawce do konstytucji USA, w Karcie Praw (nie mylić z socjalistycznym potworkiem, czyli Kartą Praw Podstawowych UE), która potwierdzała prawa posiadane przez obywateli i faktycznie niezależne od zapisu w Konstytucji. Prawo do posiadania broni jest jedynym skutecznym mechanizmem, który pozwala obywatelom przeciwstawić się tyranii państwa.

Jak pokazała późniejsza historia, tyranii, która stała się faktem na olbrzymich połaciach naszego globu i pochłonęła setki milionów ofiar. Nie na darmo państwa XX. wieku najpierw rozbrajały swoich obywateli, potem masowo brały ich w niewolę, a następnie mordowały. Rozbrojenie było krokiem niezbędnym, aby dalsze zbrodnie były stosunkowo łatwe do przeprowadzenia i morderczo skuteczne. Każdy, kto uważa, że obywatelom nie potrzeba broni, faktycznie chce, aby obywatele ci kiedyś stali się bezbronnymi ofiarami państwa – czyli staje po stroni tyranii przeciw wolności.

Historia ubiegłego wieku pokazała, że zagrożenie wolności ze strony państwa nie jest jedynie teoretycznym niebezpieczeństwem, od którego ochroni nas demokracja i inne wolne państwa. Hitler nie miał problemów z demokratycznym zdobyciem władzy, a działaniom komunistów w Sowietach i Chinach inne, wolne państwa przyglądały się ze spokojem, a nierzadko z przyzwoleniem – wszakże wiele tyranii na świecie to sojusznicy rozmaitych demokracji. W kwestii obrony wolności i życia przed zakusami tyrana może obronić nas jedynie nasze własne działanie, bo nikt nie przyjdzie nam z pomocą.

Wcale nie dziwne, że w naszym kraju dyskusja na temat broni w rękach obywateli nigdy nie odbywa się na tej płaszczyźnie. Nic w tym dziwnego, ostatecznie od 18 wieku państwa ościenne starały się, aby duch wolności w Polakach zamierał, a wolnościowe zrywy były nieskuteczne. Ostatni duży, w 1944 roku, pokazał dobitnie, że nieuzbrojeni obywatele nie mają szans w skutecznej walce o wolność. Kogo jak kogo, ale Polaków powinna czegoś historia nauczyć i aż dziw bierze, że mamy wszyscy w domu karabinu szturmowego czekającego na czasy, gdy znów nasi sąsiedzi zaczną decydować za nas.

W zasadzie, zamiast wdawać się w drobne pyskówki ze zwolennikami utrzymywania rozbrojenia obywateli obracające się wokół wydumanych i wymyślonych „problemów”, które mają nas rzekomo nękać po zezwoleniu na posiadanie broni, warto byłoby konsekwentnie trzymać się tematu broń w walce z tyranią. Wtedy byłoby jasne, kto stoi po stronie tyrana, a kto wolności.

Liberalna elita wie, że są królami-filozofami. Oni wiedzą, że ludziom po prostu nie można zaufać; że są niezdolni do sprawiedliwego i słusznego samostanowienia; że zostawione samemu sobie, ich społeczeństwo będzie rasistowskie, seksistowskie, homofobiczne i niesprawiedliwe – a liberalna elita wie jak takie rzeczy naprawiać. Pomogą nam żyć dobrym i sprawiedliwym życiem, nawet jeśli będą musieli nas okłamywać i zmuszać nas do tego. I nienawidzą tych, którzy stają im na drodze.

Prywatne posiadanie broni palnej ochładza ten utopijny zapał. Posiadać broń palną to stwierdzać, że wolność i swoboda to nie dary od państwa. To rezerwowanie sobie ostatecznej decyzji, czy państwo narusza wolność i swobodę, to pozostawanie w gotowości do obrony tej wolności z czymś więcej niż samymi słowami, to pozostawanie poza zasięgiem totalitarnych zapędów państwa.

Drugim powodem, dla którego obywatele powinni móc się skuteczniej bronić przeciwko pospolitym bandytom (w odróżnieniu od bandytów
zorganizowanych, czyli państwa), jest fakt, że obecnie przestępcy mają przewagę. Prawo, które rozbraja potencjalne ofiary, staje po stronie bandytów. Czyni ich fach łatwiejszym, skuteczniejszym i mniej ryzykownym.  Zakaz posiadania narzędzi do skutecznej samoobrony dotyczy wyłącznie ofiar – tylko one go przestrzegają. Zwolennicy tego zakazu chcą, aby ofiary były wciąż bezbronne, a ci którzy i tak tego i innych praw nie przestrzegają mieli ułatwioną robotę.

Mimo prawnych zakazów, przestępcy mogą korzystać i korzystają w Polsce z całej gamy broni – jak trzeba, nawet z broni palnej (525 razy w 2008) i czy materiałów wybuchowych (39 razy), choć nie są przecież dozwolone. Oczywiście znacznie częściej korzystają z niebezpiecznego narzędzia (3757 razy), przed którym większość z nas jest równie bezbronna. Jak widać, zakazy niewiele im przeszkadzają.

Oczywiście, zwolennicy rozbrajania potencjalnych ofiar, proponują im rozmaite, „mniej groźne” metody samoobrony (mnie groźne dla napastnika, rzecz jasna). Począwszy od ucieczki, poprzez gazy łzawiące, paralizatory, czy też opór bezpośredni („kop w jaja”, jakaś szkoła walki, itp.). Wszystko to bardzo fajne, ale te metody mają podstawowe wady. W przypadku ucieczki, to bardzo często przestępcy oznaczają się ponadprzeciętną sprawnością fizyczną i większą szybkością od swoich ofiar. Ucieczka nie zawsze jest możliwa i nie zawsze jej próba oznacza sukces – bandyta wcale nie musi zniechęcić się do ataku.

Gazy, paralizatory, opór fizyczny to rozwiązania, które wymagają zbliżenia się do napastnika, czyli wykonanie czegoś zupełnie przeciwnego do ucieczki, albo nawet do bezpośredniego z nim kontaktu. Sama groźba użycia takiego środka obronnego zazwyczaj nie robi większego wrażenia, bo właśnie wymaga kontaktu z przeciwnikiem, będącego działaniem wbrew jego interesom. Napastnik wie, że ofiara raczej chciałaby się szybko oddalić, a zbliżając się zmniejsza szanse na ucieczkę i zwiększa szanse na obrażenia, gdy wybrana metoda obrony okaże się nieskuteczna (chybi psik z gazu, kop w jaja nie trafi, itp.) Rozpoczynający się atak przestępcy przeradza się wtedy w starcie, od którego nie będzie już odwrotu, które ktoś musi wygrać, a druga strona polec. Łatwo wyobrazić sobie reakcję przestępcy na hasło „Ej, przestań, bo kopnę cię w jaja”. I już na pewno typowy dres nie zrezygnuje z napaści, „bo mogę dostać w jaja”.

A co w sytuacji, gdy napastników jest więcej, choćby dwóch? Jaka kontaktowa konfrontacja ma szanse powodzenia? Który z kontaktowych środków obronnych (gaz, czy paralizator) da sobie radę?

Na szczęście istnieje broń umożliwiająca ochronę życia i wolności, którą praktycznie może utrzymać prawie każdy – pistolet. Mały i wystarczające lekki, aby nosić go zwyczajowo, śmiertelnie skuteczny, ale w przeciwieństwie do noża czy miecza, niewymagający wyjątkowych umiejętności czy siły, to naprawdę „wielki wyrównywacz”. Wymagający jedynie koordynacji ręki i oka, oraz odrobiny zdolności opanowania się w stresie, może być efektywnie używany przez starszych i słabych przeciwko młodym i silnym, przez jednego przeciw wielu.

Pistolet to jedyna broń, która samotnej kobiecie-biegaczce dałaby szansę wzięcia góry nad gangiem bandytów chcących ją zgwałcić, nauczycielce szansę ochrony dzieci na przerwie przez szaleńcem chcącym je zmasakrować, rodzinie turystów czekających na stacji metra dałby środek do obrony przed gangiem nastolatków uzbrojonych w noże i brzytwy.”

Broń, mimo swej groźnej natury nie musi zostać wcale użyta, aby odegrać obronną rolę i jak pokazują badania, znacząca większość defensywnych użyć broni polega jedynie na pokazaniu, że się ją posiada i chce użyć. To wystarcza, aby zakończyć konfrontację w sposób szczęśliwy dla obu stron, bo obie strony wiedzą, że to już nie są przelewki i cena może być wysoka.

Trzecią, równie ważną kwestią jest po prostu godność.

Przestępstwo to [...] także rekwizycja wolności i osoby ofiary. Jeśli godność jednostki opiera się na fakcie, że jest ona swoim własnym agentem, który podejmuje akcje w oparciu o swoją wolę, w swobodnej wymianie z innymi, to przestępstwo zawsze narusza godność ofiary. Jest faktycznie aktem zniewolenia. Twój portfel, twoja torebka, czy samochód może nie być wart twego życia, ale twoja godność jest. I jeśli nie jest warta, aby o nią walczyć, trudno uznać, że istnieje.

Nieuzbrojeni pozostajemy na łasce dowolnego bandyty, czy będzie to zwykły dresiarz czy umundurowany zbir z Gestapo czy innego NKWD. A pojęcie łaski czy chęć zachowania naszej godności jest takim ludziom zazwyczaj zupełnie obce. Czy rzeczywiście dobrym pomysłem jest zdawanie się na ich poczucie łaski i dobra? Miliony ludzie przypłaciły życiem wiarę w sumienie przestępców i głupotą jest nie wyciąganie wniosków z tej kosztownej lekcji.

Rozumiem, że są ludzie, który nie cenią sobie ani swojej wolności, ani godności i mają do tego prawo. Umożliwienie innym posiadania broni nie oznacza przymusu do posiadania. Mogą oni wciąż pozwalać pomiatać sobą i być zniewalanymi przez dowolnego przestępcę. Mogą próbować odwodzić go od niecnych zamiarów prośbą, stanowczym głosem, gazem, paralizatorem, czy kopem w jaja. Ja wolę skuteczniejsze narzędzia, ostatecznie jestem inteligentną istotą, która nauczyła się korzystać z narzędzi przed wiekami i nie musi ograniczać się do szczerzenia kłów, stroszenia się, a następnie walki na gołe pięści.

Tak naprawdę ten, kto wierzy, że błędem jest, by bronić się przez kryminalną przemocą, wykazuje się pogardą dla boskiego daru życia (albo w nowoczesnym języku – nie ceni się właściwie), nie dorasta do odpowiedzialności wobec swojej rodziny i społeczności, i ogłasza się słabym moralnie i umysłowo, gdyż nie ufa, że będzie zachowywał się odpowiedzialnie. Tak naprawdę państwo, które pozbawia przestrzegających prawa obywateli środków do efektywnej samoobrony, nie jest cywilizowanym, ale barbarzyńskim, stając się wspólnikiem morderców, gwałcicieli i bandytów, obnażając swoją totalitarną naturę poprzez milczące potwierdzenie, że niezorganizowany, przypadkowy zamęt tworzony przez kryminalistów jest znacznie mniejszym zagrożeniem niż mężczyźni i kobiety, którzy wierzą, że są wolni i niezależni i tak też działają.

Wszystkie cytaty z eseju Jeffrey’a Snydera „Naród tchórzy”, którego tłumaczenie znajduje się na mojej stronie (nie ma już popularnej kopii w serwisie giwera.pl, niestety).


Coca-Cola Freestyle

Coca-Cola Freestyle to nowa maszyna dystrybuująca napoje Coca-Coli. Od „tradycyjnych” dystrybutorów różni się tym, że zamiast oferować 6-8 smaków, umożliwia nalanie ponad 100 różnych smaków, w tym takie, które nie występują w normalnej sprzedaży. Ekran dotykowy, lód rzecz jasna i ten wypas wyboru.

„Coolest soda machine ever” – trudno się z tym nie zgodzić. A u nas w firmie automat z puszkami za 2 zeta… ech!


Popisowe strzelanie

Tym razem zawodowiec – Tom Knapp – strzela do rzutków, bardzo efektownie:

A tutaj bije rekord:

Bardzo chętnie kiedyś spróbowałbym strzelania do rzutków. Niestety, broń to samo zło, więc czerpanie przyjemności ze strzelania to też zło, na które państwo nie może pozwolić. Jak to się zwykle mówi – bo Polacy nie dorośli do posiadania broni, nie są dostatecznie dojrzali i odpowiedzialni. Pozostaje nam oglądanie wideo.


Artystą być

Przypadkiem buszująć w sieci natknąłem się na kolekcję ponad 250 riderów, czyli kontraktowych dokumentów, które specyfikują wymagania artystów w zakresie technicznych wymogów, obsługi czy gościnności.

Faktycznie może być trudno zaparkować 7 autobusów i 15 ciężarówek z ekipą i sprzętem Metalliki, więc lepiej znać ten wymóg. A Björk wymagała pół butelki koniaku dla siebie i pół butelki burbona dla zespołu – przynajmniej ktoś mógł skorzystać z tych drugich połówek. Ale po co Mobiemu 10 par bawełnianych bokserek?


Jajowar

Lubię jajka i lubię, gdy są odpowiednio przygotowane – jajka na miękko są całe na miękko, a na twardo są kompletnie ugotowane na twarde. Nie cierpię stanu pomiędzy tymi stanami, niezależnie czy chciałem jajko na miękko czy na twardo. Dotychczas gotowanie jajek to było takie losowanie, szczególnie w przypadku jajek na miękko, bo te na twardo można gotować i pół godziny dla pewności (i marnować czas). Wiedziałem, że są urządzenia do gotowania jajek – jajowary – ale jakoś bałem się, że nie będą działać. Jakoś nikt nie chciał podzielić się wrażeniami z użytkowania takiego urządzenia, więc teraz naprawiam ten brak na rzecz innych szukających tej wiedzy.

Kupiłem jajowar w efekcie impulsu – była promocja w supermarkecie i spodobał mi się ten konkretny model:

Jak to działa? Bardzo prosto – jest to łaźnia parowa, w której para gotuje nam do 6 jajek na wybraną miękkość. Wlewamy odmierzoną ilość wody dołączoną miarką, nakłuwamy skorupkę jajka dołączonym „szpikulcem” w szerszej jego części, tam gdzie jest komora powietrzna, aby nie pękło podczas gotowania, wkładany go w specjalną ramkę, odpalamy urządzenie przyciskiem i czekamy na sygnał zakończenia gotowania. Regulator twardości gotowania to zwykły timer, który po prostu daje znać sygnałem, że trzeba urządzenie wyłączyć. Nie jest to idealne rozwiązanie – nie ma jakiegoś czujnika miękkości, a opiera się na nieźle wyliczonym czasie – ale i tak efekty znacznie przekraczają to, co osiągałem przy tradycyjnym gotowaniu z zegarkiem w ręku. Powtarzalność efektów jest bardzo duża i należy jedynie nauczyć się brać poprawkę na wielkość gotowanych jaj.

Z pewnością jest to urządzenie wygodniejsze niż tradycyjna metoda. Zużywa mniej energii, gdyż podgrzewa jakieś 1/3 szklanki wody zamiast całego garnka i gotujemy tylko tyle czasu, aby osiągnąć pożądaną miękkość. Koniec z gotowaniem dla pewności, no i nie potrzeba patrzeć na zegarek czy używać minutnika. Jestem bardzo zadowolony z zakupu i żałuję, że nie zdecydowałem się wcześniej. Bo warto.


DRL po nowemu

Jakiś czas temu opisywałem moje przemyślenia w kwestii posiadanych przeze mnie świateł do jazdy dziennej (DRL). W rozporządzeniu z 2002 roku zarządzono, niezgodnie z „świętymi” normami unijnymi, że światła do jazdy dziennej muszą działać wraz z tylnymi światłami pozycyjnymi.

Mnie oczywiście nie chciało się nic przerabiać w samochodzie, po prostu ustawiłem światła na pozycję „auto” i zakleiłem czarną taśmą czujnik zmroku, oszukując samochód, że jest nieustanna noc. Inaczej mówiąc, w dzień jeździłem na oświetleniu nocnym, czyli światła mijania oraz światła pozycyjne przednie i tylne. Niepotrzebnie świeciły się i zużywały paliwo, ale przecież chodzi o tzw. bezpieczeństwo. Ostatecznie to ja za to płaciłem, więc żaden urzędnik z stosownego ministerstwa nie musiał się mną przejmować.

W maju ministerstwo zmieniło zdanie. Wypichciło rozporządzenie, w którym m.in. światła dzienne już nie mają wymogu działania wraz ze światłami pozycyjnymi. Alleluja! Lepiej późno niż wcale. Ba, teraz nowe samochody, po raz pierwszy zarejestrowane w przyszłym roku nie mogą włączać świateł do jazdy dziennej wraz z pozycyjnymi. Dla starszych jest, na szczęście, dyspensa. Mogę już odkleić czujnik i wyprowadzić auto z mroków wiecznej nocy…


Scyzoryk, scyzoryk na mnie wołają

Nie jestem z Kielc, nie jestem bandytą, ale od 10 mniej więcej lat noszę w kieszeni nóż. Nie, nie scyzoryk, ale przyzwoity nóż składany. Takie narzędzie do przecinania, wycinania, krojenia itp., jak to każdy nóż. Przydaje się często i warto mieć w kieszeni. Mam taką mini-kolekcję:

Największy z nich to Spyderco Delica 4, z charakterystycznym dla Spyderco otworem do rozkładania ostrza. Drugi nóż Spyderco to model Dragonfly, w sam raz do torebki żony. Ostatni, to dezajnerski model Snap Lock firmy Columbia River Knife & Tool (CRKT).

Snap Lock jest nożem biurkowym, bo szkoda mi go zgubić, a to ładny projekt i dostałem go od nieżyjącego już szefa portalu giwera.pl (który właśnie przestał funkcjonować). Dragonfly to nóż do kobiecej torebki. Podstawowym więc nożem noszonym przeze mnie jest Delica 4, która zastąpiła zgubioną kiedyś Delicę 2. To wygodny składak, który jest dobrym kompromisem pomiędzy wymiarami i poręcznością (nie jest to bardzo wielka i ciężka kosa), a użytecznością – wciąż można nim zrobić coś więcej niż otworzyć kopertę. Dzięki klipsowi trudniej go zgubić, a rękojeść i ostrze są trochę wygodniejsze w użyciu niż popularne szwajcarskie scyzoryki. Nie wiem, czy nadaje się do samoobrony, bo nie próbowałem (obym nie musiał) – to jest jednak przede wszystkim narzędzie użytkowe.

Dla wielu ludzi takie narzędzia to samo zło. Szczególnie, gdy nosi się go w kieszeni, zamiast trzymać gdzieś w szufladzie i nie mieć go zawsze pod ręką. Szczególnie wrażliwi na swoje lęki są urzędnicy i politycy, stąd mnożące się w wielu krajach zakazy posiadania takich narzędzi. Ostatnio dowiedziałem się, że wyjątkowo przerażeni, i zapewne też niezmiernie znudzeni, amerykańscy urzędnicy celni wymyślili, że należy rozszerzyć definicję noży sprężynowych, które w USA są zakazane, o noże o wspomaganym otwieraniu, a nawet o noże bez żadnego wspomagania, ale które można otworzyć jedną ręką! Każdy z noży na powyższych zdjęciach można otworzyć jedną ręką, a noże Spyderco są specjalnie do tego sposobu przygotowane i zaprojektowane. Nic dziwnego, że użytkownicy i posiadacze noży w USA trochę się zbulwersowali tą urzędniczą nadgorliwością i zorganizowali się w celu obrony swojego prawa do posiadania noży – powstała witryna Knife Rights. Akcja informacyjna, petycje do członków Kongresu i chyba poskutkowało, bo Urząd Celny właśnie wycofał się ze swojego pomysłu. Brawo, odrobinę wolności więcej.

A wracając do moich noży – polecam każdemu zainwestowanie w takie narzędzie. Najlepiej jednak przemycić je z USA, bo taniej, no i nie karmi się podatkami naszego wroga – państwa.


Starszy pan i jego Glock

Starszy pan bardzo ładnie prezentuje nam Glocka 19:

Muszę przyznać, że nieźle strzela. Moje doświadczenia w strzelaniu z broni krótkiej są żadne, ale nawet z wiatrówki bywa ciężko na dalsze dystanse. A tutaj celność jest naprawdę imponująca. No i pamiętajmy, że „shooting stuff is fun„.


« Późniejsze wpisy

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo