Wiosenne porządki

Ten weekend upłynął mi pod znakiem porządków mojego WordPress i odrobiny pracy dla społeczności.

Od pewnego czasu zabierałem się za drobne poprawki mojego motywu graficznego i właściwe sformatowanie nowych elementów. Głównym problemem była lokalna kopia, na której mogłem wytestować zmiany przed umieszczeniem ich na serwerze. Zazwyczaj nazywa się taką instalację sandboxem, czyli piaskownicą, w której bezpiecznie bawimy się przez dokonaniem zmian na żywym organizmie naszego serwera „produkcyjnego”.

Oczywiście instalacja WordPressa lokalnie to żaden problem:

  1. Instalujemy ulubiony pakiet WAMP (Windows Apache MySQL PHP). Ja preferuję WAMP Server, ale każdy ma swój ulubiony, więc nie będę specjalnie go reklamował.
  2. Instalujemy WordPressa. Instalacje jest bardzo prosta, w zasadzie nie trzeba wychodzić z przeglądarki, aby ją w całości przeprowadzić.
  3. Zaludnieniamy bazę. Z tym zawsze miałem problem – dobrze testuje się na czymś, co przypomina żywy organizm, czyli nasz blog. Z jego mnogością wpisów, stron, komentarzy, osadzonych elementów, itp. Świeżo zainstalowany blog jest pusty, jeśli nie policzymy standardowych wpisów ćwiczebnych.Można korzystać z bazy naszego bloga, jeśli hosting na to pozwala (mój pozwala), ale to kłopotliwe, bo dostęp jest zawsze wolniejszy, a zmiany bieżące wymagają wielu prób zanim będziemy zadowoleni z wyniku. Lepiej przenieść zawartość bloga na lokalny serwer (WAMP). Oczywiście jest to możliwe, ale dość kłopotliwe, przynajmniej tradycyjnym sposobem poprzez eksport i import bazy przy pomocy phpMyAdmina – trzeba poprawić w wersji lokalnej trochę wpisów, które zmieniają się przy zmianie serwera. Tego chciałem uniknąć, więc poszukałem alternatyw. Na początek wykorzystałem gotową paczkę wpisów ćwiczebnych, które ktoś przygotował właśnie na taką okazję (albo taką).

    Wszystko pięknie, ale to nie to samo. Doznałem olśnienia, że mogę przecież wyeksportować tym samym mechanizmem wpisy z mojej produkcyjnej bazy i zaimportować je do piaskownicy bez konieczności żadnych dodatkowych modyfikacji w bazie. Szast, pras, i mam bazę z setkami wpisów i tysiącami komentarzy gotową do zabawy i testów. O to chodziło!

  4. Pozostaje teraz skojarzyć lokalną instalację z wybranym edytorem HTML/PHP/CSS, w moim wypadku jest to Pajączek Pro (warty swojej ceny) i można ruszać do poprawiania wyglądu witryny.

W moim przypadku zmiany ograniczały się do sformatowania moich wypocin z Twittera oraz dodania okienka z najświeższymi komentarzami. Niewiele, ale wystarczy na początek. Na radykalne zmiany wciąż jest za wcześnie, poza tym, lepsze jest wrogiem dobrego.

Oprócy pracy na swój rachunek, postanowiłem dołożyć cegiełkę do wspólnego wysiłku społeczności użytkowników WordPressa i popracowałem nad polskim tłumaczeniem dwóch wtyczek: Better Search i Ajax Edit Comments. Na razie tłumaczenia siedzą w piaskownicy, ale dotarły do autora i wylądują w kolejnych wersjach wtyczek, które sobie uaktualnię poprzez mechanizmy WordPressa.

To oczywiście nie koniec koniecznych zmian, ale nie samym WordPressem człowiek w weekend żyje. Przecież ruszyła Formuła 1 i trzeba było odespać wczesny wyścig oraz zmianę czasu.


TOR – masz prawo do anonimowości

Było trochę dyskusji po moim wpisie o cieniach aktywnego uczestnictwa w sieci TOR. I dobrze, bo to ciekawy temat, o którym warto dyskutować dopóki jeszcze wolno.

O ile wspieranie sieci swoim sprzętem może napytać nam biedy, to korzystanie z sieci TOR ma same korzyści. Jeśli nie mamy nic przeciw podjęciu pewnych kroków, aby móc to robić, to zawsze warto zwiększyć swoją anonimowość. Choćby po to, aby zrobić na złość zamordystom.

Jako wprowadzenie i instrukcja konfiguracji może posłużyć artykuł: „Sieć Tor i polskie Onionforum. Kompendium wiedzy dla początkujących.” Jeśli ktoś ma ochotę zajrzeć w najciemniejsze zakątki internetu, to może popróbować…


E-papieros na celowniku

Oczywiście e-papierosy znalazły się na celowniku państwowych biurokratów. Na razie w USA, gdzie tamtejsza Food and Drug Administration zapowiada przyjrzenie się elektrycznym papierosom, aby rozważyć zakaz ich używania albo przynajmniej regulację. Argumentacja jest głupia, więc szkoda ją przytaczać.

Tak właśnie działa nowoczesny totalitaryzm. Jasno widać, że nie chodzi o zdrowie, ale o to, aby kontrolować ludzi. Aby przy każdej okazji pokazywać im, że to państwo rządzi. Rękami swoich urzędników. Sami sobi skręcamy sznur, którym nas potem pętają.


Cloud gaming

W dyskusjach na temat likwidacji „własności” intelektualnej ogólnie, a praw autorskich w szczególności, zawsze pada argument-pytanie, który ma uderzać w podstawy mojej egzystencji – jak będą powstawać wysokonakładowe gry w warunkach braku autorskiego monopolu. Rzekomo dzięki temu monopolowi i zastępom dzielnych policjantów twórcy gier mogą odzyskać poniesione nakłady i tylko taka metoda jest w stanie zapewnić odpowiednią ilość wysokonakładowej interaktywnej rozrywki.

Jak zawsze w takich sytuacjach odpowiadam, że mocno wierzę w potęgę ludzkiego rozumu i jego zdolność do znajdowania sposobów zarobkowania tam, gdzie pozornie ich nie ma. Linux i środowisko F/OSS pokazuje, że można  tworzyć oprogramowanie i zarabiać na nim bez uciekania się do straszenia swoich użytkowników policją. Podaję także przykład gier online, w których twórca kontroluje serwery, na których odbywa się symulacja, więc ma na chętnych do zabawy sposób – oprogramowanie dostaje się za darmo, a płaci się za udział w symulacji. Oczywiście dotyczy to gier wieloosobowych, a gry dla jednego gracza wciąż jednak uruchamia się na własnych komputerach i konsolach.

Oczywiście łatwo było wyprorokować, że kiedyś taka konieczność zniknie i będą istniały wyłącznie gry uruchamiane na zewnętrznych serwerach, co pozwoli ich twórcom sprawować pełną kontrolę nad wykorzystaniem ich dzieł bez konieczności posiłkowania się aparatem kontroli i przymusu. Nie spodziewałem się jednak, że rozwiązania techniczne stanie się dostępne są już teraz.

Właśnie zaprezentowano światu rewolucyjną usługę OnLive, która może przenieść dowolne gry na internetowe serwery. Zamiast uruchamiać grę na własnym kompie czy konsoli, będziemy mogli skorzystać z mikro-konsoli oferowanej przez dostawcę usługi albo uruchomić odpowiednie oprogramowanie na niezbyt wymagającym komputerze (choćby laptopie) i grać w dowolnie skomplikowane i sprzętowo wymagające gry. Pomysł polega na tym, że sama gra uruchamiana jest na serwerach firmy, a do nas dociera jedynie poprzez internetowe łącze szerokopasmowe obraz, na którym widzimy rezultat symulacji gry. Oczywiście mamy kontroler czy klawiaturę i myszkę, którymi możemy swobodnie sterować grą, w takim sam sposób, jakbyśmy uruchamiali ją na swoim sprzęcie. Oczywiście łącze pozwalające na zabawę musi pozwolić na transfery od 1,5 do 5 Mbps, co na razie pozostanie pieśnią przyszłości, ale zadziwiająco bliskiej przyszłości. Takie gry na życzenie, dostępne z dowolnego miejsca (o ile będzie łącze), na wiele sposobów. Nowe sposoby opłat, nowe możliwości korzystania z gier, natychmiastowy dostęp, funkcje społecznościowe. Nieźle to ogarnęli, muszę przyznać.

Oczywiście, jak naprawdę to wszystko działa, to dowiemy się z czasem. Ale idea stała się rzeczywistością. A nie mówiłem, że się da?


Last.fm już nie darmowe

Skończyło się dobre. Serwis (radio internetowe) Last.fm zapowiedział wprowadzenie abonamentu za korzystanie z niego dla wszystkich krajów poza USA, UK i Niemiec. Niby niewiele, EUR 3 na miech, ale zawsze. Szkoda, bo już się przyzwyczaiłem do szerokiej oferty muzycznej i rekomendacji. Na szczęście są darmowe alternatywy. Z pewnością nie skorzystają na tym artyści, ale kto by się tam tym przejmował.


Zachciało się anonimowości?

Wolnościowcy są zwolennikami pełnej swobody wypowiedzi, w zakresie, który nie mieści się „normalnemu” człowiekowi w głowie. A co za tym idzie, sprzeciwiamy się wszelkim formom cenzury i cenimy sobie nowoczesne środki techniczne, które cenzurze przeciwdziałają. Nie zawsze cenzura oznacza kontrolę jakichś publikacji – bardzo często skutecznym elementem cenzorskiego zapobiegania rozpowszechniania informacji jest szykanowanie tych, którzy próbują głosić opinie, poglądy, czy publikować informacje, które nie podobają się rozmaitym zamordystom. Jedynym sposobem na uniknięcie tych dotkliwych konsekwencji jest zapewnienie sobie możliwości anonimowego dostępu do platform, na których takie rzeczy się publikuje. Ba, totalitarne reżimy każą przecież nie tylko tych, którzy takie informacje rozpowszechniają, ale także tych, którzy je czytają – zamordyzmu nigdy nie za wiele.

Oczywiście od pewnego czasu próbuje się na wszelkie sposoby nałożyć kaganiec na internet, na informacje w nim umieszczane i krążące. Cenzurą zajmują się państwa, więc czasem udaje im się, dzięki przewadze sił i środków, coś tam przyblokować, ale też znacznie mniejszym wysiłkiem udaje się te blokady przełamywać. Jedną z metod zapobiegania szykanom jest zapewnienie sobie anonimowości przy publikacji i pobieraniu interesującej nas informacji.

Dość popularnym sposobem na zachowanie anonimowości w sieci jest sieć TOR. Z grubsza polega ona na tym, że nasz dostęp do określonego miejsca w sieci (serwisu WWW) odbywa się nie bezpośrednio, jak w przypadku normalnego surfowania w sieci, ale za pośrednictwem sieci specjalnych serwerów proxy, które w naszym imieniu dokonują połączeń z wybranymi serwisami. Nasza przeglądarka zamiast łączyć się bezpośrednio z docelowym serwerem i przedstawiając się naszym adresem IP, po którym można nas zidentyfikować, wysyła stosowne zapytanie do odpowiedniego węzła sieci TOR, a potem to zapytanie przekazywane jest poprzez sieć pozostałych węzłów TOR (przekaźników) do serwera docelowego. Transmisja pomiędzy węzłem wejściowym sieci TOR i pozostałymi przekaźnikami jest szyfrowana, więc nie można na bazie analizy ruchu wychodzącego z naszego komputera oraz pomiędzy węzłami dowiedzieć się, z jakimi stronami się łączymy. Ostatni węzeł sieci TOR jest zwany wyjściowym i właśnie on łączy się z serwerem docelowym. Węzły TOR wiedzą jedynie jak połączyć się z najbliższymi sąsiadami w drodze pakietów i nie można na podstawie ich analizy odkryć źródła informacji. Oczywiście sieć TOR to tylko jeden z wielu mechanizmów, które należy stosować, aby zapewnić sobie anonimowość i bezpieczeństwo, ale to temat na osobną pogadankę.

Sieć TOR opiera się na współpracy woluntariuszy, którzy przeznaczają wolne moce swoich komputerów i pasmo sieciowe na przekazywanie ruchu w sieci TOR. Ich komputery mogą zajmować się przekazywaniem danych, albo być węzłami końcowymi (wychodzącymi) sieci. I tutaj zaczyna się igranie z ogniem.

Dla policji (ogólnie tak nazywając te służby) przestępstwa internetowe popełniają głównie adresy IP. O ile w przypadku przestępstw normalnych, należy znaleźć, albo wskazać sprawcę, to w przypadku wielu przestępstw w sieci: rozpowszechniania pornografii dziecięcej, piractwa, głoszenia niewygodnych poglądów proces ten rozpoczyna się od uzyskania adresu IP, którego użyto do dostępu do nielegalnego zasobu. Z jakiegoś powodu policja uznaje, że adres IP jest czymś na kształt materiału DNA, a już przynajmniej odcisków palców i na tej podstawie dokonuje aresztowań, albo przynajmniej konfiskaty sprzętu w nadziei znalezienia na nim obciążających materiałów. A adres IP to jedynie ciąg liczb, bardzo często losowo przypisywanych do komputerów łączących się do sieci. Jego znajomość musi być często łączona z innymi danymi, aby zidentyfikować klienta dostawcy internetu, a i to wcale nie oznacza, że identyfikacja jest pozytywna, bo istnieją mechanizmy podszywania się pod czyjeś adresy IP, a i sam proces identyfikacji bywa zawodny (w pewnym eksperymencie po numerze IP jako przestępców na uniwersytecie zidentyfikowano drukarki). O otwartych bezprzewodowych punktach dostępowych już nie wspomnę.

Powiedzmy, że interesuje nas wspieranie swobodnego dostępu do informacji, które pewne reżimy uznają za niewygodne (bo walczymy o wolność Tybetu, czy coś w ten deseń). Możemy uczynić nasz komputer węzłem wychodzącym sieci TOR, dla dobra większej sprawy. I możemy tego gorzko pożałować, jak przekonał się pewien człowiek. Jego wparcie sieci TOR zakończyło się tym, że przeżył najazd policji, która niemalże go aresztowała i skonfiskowała mu sprzęt pod pretekstem dostępu do materiałów nielegalnych (najprawdopodobniej związanych z dziecięcą pornografią). O ile straty w sprzęcie to jeszcze pikuś, w porównaniu do perspektywy dostania się na listę przestępców seksualnych i utraty własnych dzieci. Przyczyną oczywiście było, że ktoś użył sieci TOR do dostępu do monitorowanego serwera z nielegalną treścią. Niestety, osobnik ten pozostał anonimowy, tak wszakże działa TOR, ale adres IP węzła wyjściowego został zarejestrowany i stał się podstawą do szykan. Kiedyś wystarczył donos, teraz IP – jest postęp, nie?

Jak wiadomo, jak ktoś nie robi nic złego, to nie ma się czego bać, nieprawdaż? Jak jesteś za wolnością Tybetu, to przecież jesteś za wolnością pedofilii, no nie? Czy nie o taki komunikat tu chodzi? Bo zamordyści naprawdę się ucieszą, gdy zabraknie chętnych do wspierania sieci TOR – ich życie będzie o wiele łatwiejsze.


The Copyright Song


Przesadne porównania

Ściąganie filmów z sieci to kradzież? Naprawdę?


Z czego żyją gwiazdy

W dyskusjach na temat praw autorskich często pada argument, że są te prawa niezbędne, bo bez nich artyści poumieraliby z głodu. Oczywiście zawsze wtedy rzucam kontrargumentami, że artyści nie umierali z głodu, gdy takowych praw nie mieli, a i dziś bycie artystą i korzystanie z prawnej ochrony wcale dostatniego żywota nie gwarantuje. Po prostu, z faktu bycia artystą może wyżyć jedynie mizerna garstka, a reszta twórców (bo jest nas twórców miliardy) musi po prostu inaczej zarabiać na życie.

Co ciekawe, choć obracam się od lat w towarzystwie ludzie, którzy teoretycznie zarabiają na prawach autorskich, to faktycznie prawie wszyscy z nas otrzymają za swoje dzieła jednorazowe opłaty. Z naszego punktu widzenia, prawa autorskie nic nie zmieniają, niczym nie różnimy się od innych zawodów. Oczywiście można powiedzieć, że to dzięki owym prawom istnieją tacy, którzy nam te jednorazowe wynagrodzenia płacą, ale to rzecz naprawdę trudna do weryfikacji i udowodnienia, że bez praw autorskich, to by ich nie było. Ja wiem, że by byli, bo byli także zanim koncept praw autorskich wymyślono 300 lat temu, czy objęto nim np. programy komputerowe (u nas dopiero gdzieś na początku lat 90.) Ale wróćmy do prawdziwych beneficjentów systemu, weźmy za przykład artystów muzycznych, czyli tej drobnej garstki, która na sprzedaży swoich dzieł zarabia prawdziwe kokosy. Drobniejsi twórcy mogą sobie pomarzyć o tantiemach ze sprzedaży – już o to dbają wytwórnie płytowe – i muszą dorabiać w tradycyjny sposób, czyli dając koncerty dla fanów, sprzedając koszulki i inne gadżety. I w ich wypadku, to jest właśnie właściwe źródło ich dochodów, a nie sprzedaż utworów wspierana całym aparatem egzekwowania autorskiego monopolu, którego chyba nigdy nikt nie wycenił.

Onet opublikował bardzo ciekawe zestawienie wpływów najbogatszych gwiazd muzyki w USA. Wśród pierwszej dziesiątki z wyjątkiem AC/DC, wszyscy artyści zarobili więcej na swoich koncertach niż na płytach, a w przypadku numeru jeden, czyli Madonny różnica ta wynosi aż 105,3 miliona do 14,8 miliona dolarów. Jak widać, nawet ci najpopularniejsi, które bezsprzecznie korzystają z monopolu praw autorskich, niewiele by zbiednieli bez wpływów ze sprzedaży. Oczywiście taki biedak jak ja, nie zrozumie artysty, który by stracił połowę swoich wpływów i musiał wyżyć z tych 40 mln rocznie (patrz Coldplay). Może zamiast dzielić skórę na niedźwiedziu, co robi wielu dyskutantów argumentujących za utrzymaniem obecnego systemu, warto by się zastanowić, czy rzeczywiście przynosi on korzyści każdemu twórcy? Czy naprawdę warto zakładać kulturze i technice prawny kaganiec w złudnej nadziei, że być może kiedyś zostaniemy drugą Madonną?


Miłośnicy zwierząt z piekła rodem

Dawno temu napisałem o moim stosunku do „praw” zwierząt. Taki stosunek nie czyni ze mnie potwora, bo jestem zwolennikiem „animal welfare”, czyli zapewniania im dobrobytu, choć bez udziału państwa i specjalnych, skrojonych pod zwierzęta praw. Poprzez prywatne organizacje, czasem najdziwniejsze. Albo samodzielnie, jak ja – moje koty mają u mnie bardzo dobrze.

Poznajcie Rescue Ink, organizację miłośników zwierząt (już nieistniejącą). Panowie wyglądają raczej na Aniołów Piekieł, a nie miłośników zwierząt, ale w tym wypadku wygląd jest mylący. Panowie z ochotą w wolnym czasie ratują zaniedbane i męczone zwierzęta. Prawo, oczywiście, stoi po ich stronie, ale nawet w przypadku braku odpowiednich regulacji prawnych, dawaliby sobie radę z nieodpowiedzialnymi właścicielami. Wystarczy na nich spojrzeć!



  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo