Może to nie będzie najbardziej spektakularny przykład działania państwa, ale przynajmniej mi bliski, gdyż opisywane dalej miejsce mijam codziennie.
Państwo buduje i utrzymuje drogi. Ponoć inaczej się nie da, a to co nam oferuje to jest najlepsze z możliwych rozwiązań, co najwyżej niewiele gorsze od drogowych rozwiązań innych państw. Drogi nie tylko się buduje, ale też od czasu do czasu, remontuje i przebudowuje. Czasem ze skrzyżowań kolizyjnych robi się bezkolizyjne, bo to i bezpieczniej, i ruch płynniejszy.
W Warszawie, zanim tam pojawiłem, przebudowano Rondo Zesłańców Syberyjskich. Skrzyżowanie to uczyniono bezkolizyjnym, przynajmniej dla niektórych kierunków ruchu, budując estakadę oraz tunel do skrętu w lewo w bardziej uczęszczanym kierunku. Niby fajnie, ale okazało się, że względów oszczędnościowych, aby czegoś tam nie przebudowywać, tunel ma jedynie 3 metry wysokości, za mało dla tzw. tirów, które wymagają najmarniej 4 metrów prześwitu. Dobra i psu mucha, jak mówi przysłowie – moim samochodem to się w tym tunelu mieszczę. Ciężarówki muszą pokonywać mozolnie zakorkowane skrzyżowanie.
Oczywiście tunel jest oznakowany znakami zakazu wjazdu pojazdów ciężarowych (czy jak tam się ten znak nazywa) i pojazdów powyżej 3 metrów. Jak wiadomo, kawał blachy z nadrukiem to żadna przeszkoda, więc wysokość tunelu dodatkowo zasygnalizowana sztywną barierą na odpowiedniej wysokości jeszcze przed wjazdem do tunelu.
Bariera była skuteczna, nie powiem, ale była też niezbyt solidna i regularnie demolowały ją ciężarówki, blokując wjazd do tunelu do czasu naprawy. Drogowcy (państwowi) po kilku latach zorientowali się, że bariera elastyczna, zawieszona na bramce lepiej się sprawdzi, przynajmniej kolizja nie zwali całej konstrukcji i zablokuje wjazdu. Takoż uczynili, co jakiś czas jednak zmuszeni byli do prostowania i wymiany zawieszonych blach. Jak się to dokładnie sprawdzało, nie wiem, ale przestałem widywać zablokowany tunel.
Ale ktoś miał lepszy plan. Chodziło o elektroniczny system, który będzie monitorował wysokość przejeżdżających pojazdów i wyświetlał elektroniczne znaki informujące kierowców wysokich pojazdów o konieczności zmiany pasa na ten omijający tunel. Wymagało postawienia to kilku (chyba 4) konstrukcji z czujnikami wysokości oraz znakami, do tego przebudowy wjazdu do tunelu i postawienia dodatkowych świateł zatrzymujących ruch i umożliwiających zapędzonemu kierowcy opuszczenie wjazdu do tunelu. Aha, jeszcze zestaw kamer rejestrujących tych, który zakaz ignorują – wjazd do tunelu ma skończyć się zebraniem dostatecznej ilości punktów karnych, aby stracić prawo jazdy. Wydano 1,7 mln złotych i system ruszył. I od razu okazał się do kitu.
Kierowcy ciężarówek o mniejszych gabarytach wciąż próbują sforsować tunel, bo wiedzą, że krótki pojazd nawet o wysokości 3,2 metra da sobie radę. W takim momencie system głupieje i wyświetla zakaz wjazdu do tunelu nawet do 10 minut, gdyż nie wie, co się dzieje i wchodzi chyba w jakiś tryb „bezpieczny”. Kierowcy osobówek ignorują znaki i jadą przez tunel, bo nikt nie zaryzykuje zatrzymania tam ruchu z powodu bezsensowych wyświetlanych symboli. Zwycięża zdrowy rozsądek.
Oczywiście to wzbudza kontrowersje – znaki to jednak znaki i powinno się ich przestrzegać. Ale z drugiej strony, dla tych, którzy widzą sytuację na drodze i znają to miejsce, uznają, że system jest zepsuty i stosownie do tego reagują, czyli go ignorują. Ciekawe cytaty ze świetnego forum Skyscrapercity:
Najpierw należałoby odbudować ZAUFANIE do tego systemu, a nie stosować tępą tresurę.
Myślę, że wiele osób z pewnym niedowierzaniem patrzyło, że system „wykrywał” ciężarówkę, której jednak wcale na pasie nie widać, ale z wahaniem jechało tunelem, widząc, że jest drożny. Z każdym kolejnym przejazdem, kiedy za każdym razem system pokazywał zakazy, a wszyscy jechali, bo nic się w tunelu nie działo, każdy z tych kierowców uczył się, że system jest zepsuty albo do dupy i nie trzeba się nim przejmować. Jeśli w tym momencie bez naprawiania systemu zostanie wprowadzone mandatowanie osób, których „wina” polega na tym, że wykazują elementarną spostrzegawczość i kojarzenie przyczynowo-skutkowe, to ZARĘCZAM, że każdy kolejny automatyczny system sterowania czymkolwiek będzie musiał być od razu wyposażany we wszystkie kamery, fotoradary etc, bo bez tego będzie systemowo od początku olewany przez ogół kierowców.
[...]
Jadę osobówką. Przede mną i za mną same osobówki. Nikt nie robi nic głupiego, żadnego przekraczania ciągłej, prędkość umiarkowana. MIMO TO cały czas świeci się zakaz. I tak kolejno kilka razy.
Wniosek średnio rozgarniętej osoby: skoro system wykrywa nieistniejące ciężarówki, to albo jest niegotowy, albo zepsuty albo do dupy. A wobec tego NIE MOŻNA MU UFAĆ! NIE MOŻNA! Trzeba kierować się własną oceną sytuacji!
Czy widząc ewidentną awarię świateł na tym wspomnianym marszałkowska/świętokrzyska (np. świeci się zielone dla wszystkich kierunków), byłbyś skłonny im zaufać? No byłbyś?
Wykonawcy, oczywiście, twierdzą, że wszystko jest okay, tylko nasi kierowcy niedobrzy, oszukują system, a tak w ogóle nie stosują się do bezsensownych znaków. Bo jak na razie, trudno nazwać to rozwiązanie „systemem usprawniającym ruch”. Gdyby nie ignorowanie jego wadliwego działania, nie byłoby mowy o sprawnym ruchu w tym miejscu.
Elastyczna bariera wciąż wisi i wciąż trzeba ją wymieniać. Ciekawe, ile takich wymian można zrobić za 1,7 mln złotych, ale podejrzewam, że całkiem sporo. Oczywiście system jakoś się naprawi i będzie pewnie działał. Ale prawdziwy problem tkwi w tym, że ktoś kiedyś nie pomyślał, a potem to już mamy do czynienia z mężną walką z problemem, który samemu się stworzyło. A że nikt tutaj nie wydaje swoich pieniędzy tylko państwowe, to można najpierw wydać je na za płytki tunel, a potem na głupi system.
Gnomy z Sount Parku miały taki swój biznesplan:
- Zbieranie bielizny
- ?
- Zarobek!
Niestety, jak w wielu przedsięwzięciach, krytyczny bywa właśnie punkt drugi. Okazuje się jednak, że plany, w których brakuje drugiego etapu mogą być całkiem zyskowne. Na przykład takie:
- Udostępniaj swoje dzieła za darmo
- Mimo tego zarabiaj!
Przekonali się o tym członkowie trupy Monthy Pythona, który zaczęli udostępniać na YouTube nagrania swoich skeczy, o tak, zupełnie za darmo. Poprosili jedynie o klikanie na odpowiednie linki i kupowanie DVD z ich twórczością. Efekt – wzrost sprzedaży o 23000%
Równie ciekawe doświadczenia ma grupa Nine Inch Nails. Ostatnie albumy rozpowszechniane były całkiem swobodnie i za darmo w sieci na licencji CC, a mimo to przyniósły grupie całkiem niezłe zyski ze sprzedaży wersji kolekcjonerskich, które rozchodziły się jak świeże bułki, a do tego te same utwory kupowano w sklepie Amazon MP3, czyniąc tamże album Ghost i-IV najlepiej sprzedającym się wydawnictwem ubiegłego roku.
Ciekawa historia. Jakiś „arogant” zbudował na swojej własności tor motocrossowy. Dzielna policja i prokuratura złapała bandytę i doprowadziła przed obliczę sprawiedliwości. I dostał 10 miesięcy w zawiasach.
A dlaczego? Ano dlatego, że choć własność jego, to jednak nie do końca jego, bo leży na terenie Chęcińsko-Kieleckiego Parku Krajobrazowego. A bandyta dopuścił się zbrodni „zmiany naturalnego ukształtowania terenu w wyniku prac ziemnych”. Do tego utwardził, nasypał i ustawił opony. Według „ekspertów”, znaczy w jednoznacznej opinii biegłych, dokonał trudnodwracalnych zmian krajobrazu, z którymi przyroda nie poradzi sobie nawet przez kilkaset lat. Ja tam nie wiem, wydaje mi się, że po 50 latach pozostawienia tego terenu samemu sobie, trudno będzie go w ogólne znaleźć. Przyroda nie z takimi rzeczami sobie daje radę. No, ale jaki ze mnie ekspert?
Przyznaję, że motocykliści rzeczywiście mogli naprzykrzać się mieszkańcom wsi, bo to hałaśliwe bestie, ale to jest raczej sprawa pomiędzy mieszkańcami, motocyklistami i właścicielem terenu. Nic tutaj nie ma do roboty prokurator.
Zdaje się jednak, że główną obrazą było nie to, że tor powstał na terenie parku, ale fakt, że odbyło się to z pominięciem rozmaitych obwarowań administracyjnych. Gdyby urzędnicza pycha (a może i kieszeń) została odpowiednio zaspokojona, to nie byłoby sprawy i pewnie nawet nikt skargami mieszkańców by się nie przejął, bo przecież byłoby już urzędowo. A co gorsza, oskarżony nie okazał należytej skruchy i w oczekiwaniu na prawomocny wyrok, wciąż pozwalał na korzystanie z toru.
Interesuję się zegarkami. Głównie dlatego, że to jedyny element męskiej biżuterii (poza obrączką u żonatego), który bezwględnie toleruję. Poza tym, zegarek nie tylko zdobi, o ile jest ładny, ale i bywa funkcjonalny. Trochę o zegarkach różnych wcześniej pisałem. Sporo o nich czytam. No i mam parę. Postanowiłem coś o nich napisać, bo zawsze to temat do dyskusji. Zdecydowanie „poor man’s watches”, nie specjalnego.
Zacznę od najnowszego zegarka, który mam od tego tygodnia – Raymond Weil RW Sport 8100:
Urzekł mnie swoją urodą i wielkością – lubię duże zegarki. Po wizycie w Galerii Mokotów, u jedynego polskiego dealera tej marki, wiedziałem, że go chcę, ale zdecydowanie nie za cenę w Polsce. Trochę kombinacji i przybył do mnie z USA za pół ceny. I jak tu nie przemycać? Zobaczymy jak się sprawdzi.
Przed nim parę lat służył mi Tissot T-Touch:
Fajny, lekki – tytanowa koperta i bransoletka. Dotykowe sterowanie rozlicznymi i średnio przydatnymi funkcjami (wysokościomierz, barometr, czy kompas). Głupi soft – bez wiecznego kalendarza i dnia tygodnia. Dokładny. Lepszy soft w nowym modelu, który też mi się podoba, bo jest większy. Ale postanowiłem zmienić firmę i spróbować czegoś innego. Acha, przywieziony z USA, za jakieś 2/3 krajowej ceny.
Przedtem przez kilkanaście lat Casio G-Shock:
Weteran. Kupiony gdzieś koło 1993 roku, jako efekt oddziaływania reklamy w MTV. Jeden z pierwszych zegarków z podświetleniem elektroluminescencyjnym. Wcześniej zegarki cyfrowe podświetlane były miniaturową żaróweczką. Niezły design, no i niezła trwałość. Zegarek po przejściach – nieudolnie wymieniona bateria spowodowała rozszczelnienie, a w konsekwencji utopienie zegarka. Spisany na straty, został tanio ożywiony przez serwis Casio. Wygląda dobrze, bo ma nowy pasek oraz całkowicie nową obudowę (z Allegro). Wciąż go używam okazjonalnie, na wypady w teren, czy w podróży, gdzie trzeba zmieniać strefy czasowe.
No i taki zegarek zapasowy, także Casio G-Shock:
Kupiony na szybko, gdy drugie Casio „utonęło”. Myślałem, że już tamtem nie ożyje i postanowiłem powrócić do zegarka z analogowym wskazywaniem. Podoba mi się jego kształt i masywność, pewnie jeszcze go ponoszę przy jakiejś okazji. Przyda się jako backup.
Widać pewien trend. Przerzuciłem się na zegarki szwajcarskie i pewnie już pozostanę przy wyrobach „Swiss Made”. Wciąż jestem przekonany, że zegarek męski powinien być duży. Nie ciągnie mnie do zegarków mechanicznych, stąd z premedytacją wybieram zegarki kwarcowe, choć mogą być z analogowym wskazaniem. Żałuję, że szwajcarzy nie produkują więcej zegarków cyfrowych, byłoby w czym wybierać. Ale wiadomo, tradycja.
Prawo amerykańskie jest nieubłagane, szczególnie w kwestii pornografii dziecięcej, czyli działań przestępców seksualnych. Czyli takich, których nie tylko kara się więzieniem, ale też naznacza się na całe życie, czasem gorzej niż morderców czy innych poważnych przestępców. Bo to najwyraźniej najgorsza kategoria złoczyńców.
Czyżby?
Wyobraźmy sobie sytuację (bynajmniej nie wydumaną), w której trójka dziewcząt w wieku 14-15 lat robi sobie nagie lub półnagie zdjęcia telefonami komórkowymi, które obecnie praktycznie zawsze wyposażone są w cyfrowe aparaty fotograficzne. Następnie panny wysyłają te zdjęcia poprzez MMSy do swoich odrobinę starszych chłopaków (16-17 lat). Nauczyciele przypadkiem odbierają chłopcom komórki i odkrywają straszną zawartość. I po chwili policja aresztuję szajkę nieletnich zboczeńców. Dziewczęta oskarżone są o produkcję i rozpowszechnianie pornografii dziecięcej (no, powiedzmy z udziałem nieletnich), a chłopcy o posiadanie takowej pornografii. I świat staje się lepszy, bo ze złem trzeba walczyć bezwględnie.
Czyżby?
Ja wiem, że intencje były inne. Ale zrujnowanie życia tym ludziom (jeśli zapadną stosowne wyroki, mogą zostać na całe życie napiętnowani mianem przestępców seksualnych i zapisani w stosownym rejestrze) z pewnością nie będzie mniejszym złem niż czyn, którego się dopuścili. Jak dobre intencje zaczynają dominować, to się źle kończy. Ja bym uznał to za większe niebezpieczeństwo, niż fakt, że jak sobie nieletni trzaśnie nagą fotkę, to nic dobrego z tego nie będzie (czytat z linkowanego artykułu).
Dziś kolejny finał WOŚP, czyli dzień nagonki na przechodniów. Udało mi się dać odpór jednemu małemu komandu serduszkowców i paradowałem po sklepie bez serduszka. Potem skryłem się ze wstydu w domu i postanowiłem więcej nie wychodzić. Jutro będzie po wszystkim. WOŚP nie jest moim ulubieńcem.
Ale tak naprawdę, to chodzi mi o inną sprawę, którą dobrze realacjonuje Vagla. Fundacja pana Owsiaka i organizowane przez nią imprezy, czyli Finał WOŚP i Przystanek Woodstock cieszą się szczególnym poparciem ZAiKSu, który zwalnia te imprezy z należnych na rzecz tej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi opłat. Sprawa warta grube miliony złociszy, które oczywiście idą na zbożny cel, więc pewnie lepiej się ich nie czepiać.
Ciekawi mnie dlaczego jednak akurat pan Owsiak cieszy się taką przychylnością ZAiKSu? Jak można sobie zasłużyć na takie traktowanie? Bo nie jest to bynajmniej standard w działaniach ZAiKSu. Dlaczego fryzjer musi płacić, choć często ledwo wiąże koniec z końcem, a WOŚP, który z roku na rok zbiera „jeszcze więcej”, nie musi się kłopotać z opłatami na rzecz autorów i kompozytorów? O ile zwolnienie imprezy charytatywnej mogę jakoś zrozumieć, to Przystanek takową imprezą nie jest. O co tu chodzi, poza tym, że jak zwykle chodzi o pieniądze?
Czyżbyśmy się wreszcie doczekali? Smarthone, którey jest lepszy od iPhone’a? Mający wszystko to, co ma iPhone, ale jeszcze więcej, fajniej, ładniej i lepiej? Zapoznajmy się z smartphonem Palm Pre.
Warto spędzić trochę ponad godzinę i obejrzeć prezentację wideo tego cacka. Nie jest to prezentacja tej klasy, które serwuje nam Steve Jobs i Apple, ale produkt niezmiernie ciekawy.
- 3.1″ ekran 320×480
- ekran dotykowy
- obszar dotykowy jest większy niż ekran, więc pewne gesty nie blokują ekranu
- mutitouch
- transmisja 3G
- WiFi
- Bluetooth, w tym stereo
- GPS
- wysuwana, fizyczna klawiatura QWERTY
- miniUSB
- widoczny jako zwykły dysk USB
- 8GB pamięci flash
- możliwość użycia jako modem (przez Bluetooth)
- normalnie gniazdko słuchawkowe
- czujniki: oświetlenia, położenia i bliskości twarzy
- aparat 3MP z flashem LED
- bezprzewodowa ładowarka Palm Touchstone
- wymienna bateria
Boldem zaznaczyłem te cechy, których chyba nie ma iPhone.
Ale nie tylko fizyczne cechy wyróżniają ten telefon. WebOS, system go napędzający także mocno daje radę. Największą dla mnie zaletą w porównaniu do OSX w wersji mobilnej (iPhone i iPod touch) jest możliwość łatwego przełączania się pomiędzy zadaniami. Można mieć uruchomiony wiele aplikacji i przewijać je niczym w Windows. Możemy przełączyć się na inną aplikację bez konieczności wychodzenia z niej. Wygodnie się je wybiera i aktywuje.
Synergy to inne hasło tego produktu. Polega to na zbieraniu informacji z wielu źródeł o naszych kontaktach i udostępnianiu na wiele sposobów. Kontakt grupuje swoje telefony, adresy mejlowe, dane IM. W ten sposób łatwo możemy do każdej osoby dotrzeć w dowolny wybrany przez siebie sposób bez zmiany kontekstu. Pisząc do niej mejla, możemy skorzystać z jej adresu pracowego, z Gmaila, Facebooka, itd. Pisząc wiadomości tekstowe, możemy skorzystać z SMSa, GTalka, czy innego wspieranego systemu IM. Stosowne aplikacje grupują i udostępniają informacje kontaktowe danego rodzaju pozyskane z różnych źródeł. Kalendarz grupuje informacje o spotkaniach ze wszystkich naszych kalendarzy (Outlook, Googla Calendar, itp.).
Niezmierne ciekawe jest też wyszukiwanie. Wystarczy po prostu zacząć wpisywać poszukiwaną frazę z klawiatury, a telefon zacznie wyszukiwać ją w kontaktach, w aplikacjach, a następnie zaproponuje nam wyszukiwanie w internecie.
Specjalny system powiadomień pozwala kontynuować pracę w dowolnej aplikacji jednocześnie zapewniając dostęp do najświeższych informacji z innych źródeł, na które znów łatwo można się przełączyć.
Oczywiście obsługa zdjęć, filmów i muzyki, ale temu poświęcano mniej uwagi, bo to produkty firmy od telefonów, a nie od iPodów. Na razie niedostępny i jeszcze nie wiadomo jak działają inne aplikacje. Niewiadomą pozostaje też jak łatwo będzie się je tworzyć (ponoć Javascript, HTML i CSS, zobaczymy). No i nic o grach, bo pewnie nie będzie tak dobrze z nimi jak na iPhon’e.
Mniejszy i zgrabniejszy od iPhone’a, a do tego naprawdę może być równie dobry, a może nawet fajnieszy w obsłudze. Konkurencja robi swoje!
Mój paroletni okres fascynacji czcionką Georgia minął, więc wróciłem na blogu do czytelniejszej Verdany. Trzeba było słuchać sugestii tych, którzy się na takich sprawach znają – na ekranie lepiej sprawdzają się czcionki bezszeryfowe.
Jak w tytule, Tacyt kiedyś powiedział:
Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze są prawa.
I, jak go rozumiem, im bardziej państwo zepsute i skorumpowane, tym więcej ma (i stanowi) praw. To tak, jak w miłościwie panującej nam RP, UE i w wielu innych, kiedyś wolnych, krajach. Przepisów wciąż przybywa, coraz absurdalniejszych, ale zdecydowanie mających na celu wyciskanie z nas kasy tam, gdzie dotychczas kasy nie dało się wyciskać. Dwa przykłady z ostatniego tygodnia…
Certyfikaty energetyczne dla każdego lokalu. Budujesz, wynajmujesz, sprzedajesz dom lub lokal? To będziesz musiał wykosztować się na certyfikat energetyczny za tysiaka. Bo takie teraz prawo. A że kupującego nie interesuje charakterystyka energetyczna lokalu? Trudno, twarde prawo, ale prawo. Cieszą się oczywiście ci, którzy będą tego tysiaka inkasować i chyba oni są jedyną grupą, która cieszy się nowego nakazu. Szczególnie, że to ściśle określona grupa, więc konkurencja zawsze będzie mniejsza i przymus zapewni stały dopływ chętnych na ekspercką usługę.
Pozostali chętnie wydaliby te pieniądze na inne cele. A jak ktoś naprawdę ciekawy jak tam z energetyką danego lokalu, to powinien wymagać takiego dokumentu przy zakupie (co mu pewnie utrudniłoby znalezienie stosownego lokalu), albo powinien sobie sam zafundować stosowną ekspertyzę. A teraz to dopiero będzie okazja do łapówek za „zaoczne” sporządzenie ekspertyzy – bo skoro już trzeba ją zrobić, to po co się kłopotać z jakimiś tam testami, wyliczeniami i badaniami…
Strażak w każdym „zakładzie pracy”. No może niekoniecznie strażak (choć spełnia on wymogi), ale specjalista od ochrony ppoż. Nawet w firmie, w której taki specjalista jest jednocześnie jedynym pracownikiem. Co gorsza, to nie może być byle kto, żaden tam domorosły strażak Sam, bo wymogi też są określone, no i oczywiście po stosownym kursie, znów za ponad tysiaka. I znów ci, którzy będą inkasować pewnie się cieszą, a pozostali zżymają się na głupotę tych, którzy to wymyślają. Skoro przeszkoleni strażacy są niezbędni do funkcjonowania przedsiębiorstwa i całej gospodarki, to może wprowadzimy wymóg, że w każdej rodzinie czy innym stadle powyżej 2 osób mieszkających razem, jedno z nich musi takie przeszkolenie mieć, inaczej wpadnie jakieś komando i wlepi im 30 tysi kary. Przecież ma być bezpiecznie nie tylko w pracy…
Wolnościowcy są zwolennikami prywatyzacji wszystkiego, w tym takich rzeczy, których prywatyzacja nie mieści się w głowie. Sztandarowym przykładem tego, czego wedle etatystów nie da się sprywatyzować, są drogi. Bo jakby to było, gdyby drogi były prywatne?! To niemożliwe, w żadnej skali! Nawet myślenie o tym jest niedorzeczne…
O RLY? Welcome to North Oaks w Minnesocie. To małe, liczące około 4500 osób miasto, w którym wszystkie drogi są prywatne. Ba, nie tylko drogi, gdyż miasto nie posiada żadnych nieruchomości, wszystko należy do mieszkańców. I jakoś żyją i raczej nie jest to obraz nędzy, konfliktu i rozpaczy. Swego czasu skorzystali nawet z przywilejów swojego prawa własności i usunęli zdjęcia swoich dróg z Google Street View.
A jak ktoś nie wierzy Wikipedii, bo przecież każdy tam może sobie wpisać jakąś głupotę, to może zajrzeć na oficjalną stronę miasta, gdzie znajdzie potwierdzenie faktu, że wszystkie nieruchomości są tam w prywatnych rękach. I są z tego dumni. I słusznie.
















