Znakomite wideo:
Sumliński powinien był zastosować się do tej rady. Przydałaby się wersja dostosowana do polskiego prawa, o ile jest potrzebna.
Moją skromną kolekcję wpisów o kominkach wypada uzupełnić o nowe kominkowe rozwiązanie – kominek przenośny, który sobie możemy postawić gdziekolwiek i cieszyć się widokiem (i ciepłem?) ognia.
Cory Doctorow komentuje porozumienie zawarte pomiędzy przedstawicielami przemysłu muzycznego a brytyjskimi dostawcami internetu. W skrócie to dostawcy będą monitorować poczynania swoich klientów, i gdy natrafią na działalność (np. wymianę plików), które może szkodzić interesom wytwórni płytowych, to zaczną nękać takich delikwentów, na początek listami z ostrzeżeniem. Ewentualne dalsze kroki mają być efektem planowanych zmian legislacyjnych i mogą oznaczać spowolnienie łącza lub nawet całkowite odcięcie od internetu.
Przy okazji Cory celnie wykazał krótkowzroczność molochów muzycznych i ich niezdolność adaptacji do zmieniających się warunków technologicznych:
Oryginalny Napster oferował niezły układ: mógł pobierać opłaty od użytkowników swojej sieci i co kwartał wypisywać gruby czek dla przemysłu muzycznego. Co jak co, ale dysponował wtedy najszybciej rozwijającą się technologią w historii świata, 70 milionów użytkowników w 18 miesięcy, i wiedział, że statystyczny Amerykanin będzie skłonny zapłacić $15 miesięcznie za tę usługę. Przemysł nagraniowy wyprocesował Napastera aż została po nim jedynie dymiąca dziura w ziemi, a z jego popiołów powstał z tuzin nowych technologii sieciowych. Każda z nich bardziej zabezpieczona przed monitoringiem i bardziej odporna na przerwanie połączeń niż poprzednia.
Virgin Galactic (wciąż nie przestaje się zachwycać tą nazwą) wczoraj pokazał swój nowy pojazd latający WhiteKnightTwo, następcę WhiteKnightOne, który wyniosił na granicę atmosfery prywatny statek kosmiczny SpaceShipOne. WhiteKnightTwo został alternatywnie ochrzczony Virgin MotherShip Eve, co równie mi się podoba. Bardzo finezyjne nazewnictwo jak na korporację.
Statek Matka ma za zadanie wynosić na granicę atmosfery większy statek kosmiczny SpaceShipTwo, który ma pełnić rolę kosmicznego autobusu wożącego kosmicznych turystów. Ale na niego jeszcze musimy sobie poczekać.
Oficjalne zdjęcia w dużej rozdzielczości z premiery można sobie zobaczyć tutaj wraz z ciekawymi diagramami. Spodobała mi się też grafika „DNA of flight”, taka skala czasowa awiacji (od Ikara po SpaceShipOne):
Rozpoczynam publikację wybranych nagrań wykładów z wiosennej konferencji Libertarian International, które niedawno odbyła się w Warszawie.
Nie obyło się bez problemów z natury technicznej i prawnej. Serwis YouTube, który wydawał się naturalnie dobrym kandydatem, nie pozwala na umieszczania materiałów dłuższych niż 10 minut, oczywiście w trosce o możliwość naruszania praw autorskich przy dłuższych nagraniach. Google Video przyjęło materiał, po czym radośnie wyświetliło błąd po przetworzeniu wysłanych nagrań. W efekcie zdecydowałem się na serwis Vimeo, z którym na razie nie mam kłopotów. Tutaj jednak jest tygodniowy limit wysłanych filmików (500 MB), więc będę musiał rozłożyć sobie całą zabawę na raty. A to i dobrze, bo będę miał więcej czasu na obróbkę tego, co pozostało. Jak ktoś ciekawe nagrań, proszę o odwiedzać ten wpis, gdyż będę go aktualizował o nowe filmiki.
Kolejny odcinek przygód Simona i jego kota:
Kto ma koty, ten wie.
Mises Blog publikuje wpisy Stephana Kinselli, które nierzadko poruszają kwestię „własności intelektualnej”. Zazwyczaj oznacza to też burzliwą dyskusję pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami tego pojęcia. Dziś wybrałem ciekawsze komentarze przeciwników, bo dla mnie tylko takie warte są przytaczania.
Oto komentarz w dyskusji, a właściwie odpowiedź na zarzut (częsty i w krajowych dyskusjach na ten temat), że postawa anty-IP to ukryta postawa socjalistyczna (komunistyczna):
- Postawa anty-IP jest wolnorynkowa, anty-przymusowa. Mówi sama za siebie.
- Postawa pro-IP wymaga silnego państwa, które:
- Ingeruje w pokojowe, prywatne akty wymiany pomiędzy osobami trzecimi.
- Definiuje legalne i nielegalne wymiany idei w arbitralny i zmieniający się sposób.
- Ustala arbitralne okresy wygasania monopoli dla idei. Prawdziwa własność nie ma daty wygasania.
- Ogranicza pokojowe wykorzystywanie przez ludzi ich fizycznej własności.
- Czyni to wszystko „dla większego dobra”, uznając, że niezbędne jest ograniczenie wolności indywidualnej.
Toż to socjalizm w pigułce.
Dłuższy komentarz przy okazji innej dyskusji:
„Własność intelektualna” to prawna fikcja, która narusza naturalne prawa człowieka.
Własność to określenie stanu natury, a konkretnie stanu, w który posiada się wyłączną kontrolę nad fizyczną rzeczą lub „dobrem”, aby użyć bardziej precyzyjnego terminu ekonomicznego.
Libertarianie odrzucają (przynajmniej powinni) koncepcję „własności intelektualnej” ponieważ sama natura idei jest kompletnie odmienna od natury rzeczy fizycznej czy dobra ekonomicznego. Aby zostać „dobrem ekonomicznym”, obiekt taki musi być rzadki ze swej natury, musi do czegoś człowiekowi służyć i musi być kontrolowany przez jedną lub kilka osób. To dotyczy wszystkich obiektów, które powszechnie uznawane są za własność: domu, samochodu, jedzenie, terenu, itd.
Randyści są zwolennikami IP, gdyż są przekonani o wartości idei jako produktu ludzkiej pracy umysłowej, a więci przez samą cnotę tego aktu autor „zasługuje” na rekompensatę. Czyniąc to, w zasadzie opierają się nalaborystycznej teorii wartości Adama Smitha (i Ricardo i Marxa). Czy ja pierwszy zauważam ironię sytuacji, gdy Ayn Rand przejmuje komunistyczną teorię?
Laborystyczna teoria własności została obalona przez Ludwika von Misesa i innych austriackich ekonomistów. Wartość nadawana jest dobrom przez konsumentów/nabywców: „Pożądam tej rzeczy i jestem chętny do zamiany jej za tamte”. Jako dowód, wyobraź sobie sytuację, gdy głodujesz i spotykasz kogoś, kto chce sprzedać ci brylant, który mozolnie wykopał, obrobił i oszlifował. Ten brylant będzie dla ciebie mało wartościowy ze względu na twoje zestawienie celów – uniknięcie śmierci poprzez zdobycie jedzenia jest o wiele ważniejsze w tej chwili niż nabycie ładnego kamienia. Dla odmiany, brylant ten może mieć wielką wartość dla przejeżdżającej nieopodal księżnej. Albo wyobraź sobie, że stoisz w rajskim ogrodzie i próbujesz sprzedać jabłko. Nie będzie miało ono dla mnie żadnej wartości, skoro wystarczy, abym wyciągnął rękę i zerwał sobie tyle jabłek, ile zechcę. Dlatego też wartość ekonomiczna jest zawsze subiektywna, indywidualna i zależna od sytuacji. Nie definiuje jej wysiłek włożony do stworzenia danego dobra, ani też nie może zostać zmierzona przez abstrakcyjny wskaźnik jej społecznej użyteczności.
Postawa randystów w sprawie „własności intelektualnej”, która stwierdza, że mam prawo pojawić się na placu, wykonać taniec interpretacyjny składający się z podskoków i pompek, a potem domagać się (posiłkując się przemocą państwa) pieniędzy od przechodniów, którzy byli świadkami tego spektaklu. Tylko dlatego, że się spociłem (podziękowania dla WalteraBlocka za ten przykład reductio ad absurdum)
Idee nie są własnością ponieważ ze swojej natury mogą być swobodnie kopiowanie i rozpowszechniane bez uszczerbku dla siebie. Idea, raz uwolniona w nowoczesnym świecie, istnieje w praktycznej nadobfitości, gdyż naturalny koszt alternatywny pozyskania jej jest tak zbliżony do zera, jak koszt zerwania jabłka w rajskim ogrodzie. Z tego powodu musimy odrzucić określenie „własność intelektualna” jako niewłaściwe i fundamentalnie mylące.
Rozważmy teraz warunki, pod którymi narzucono nam rzadkość idei. Możemy rozróżnić dwie formy. Jedna to dobro konsumenta: „Chcę, aby wielu ludzi usłyszało moją piosenkę”. Druga to dobro producenta: „Chcę, aby tylko wybrani współpracownicy mieli dostęp do mojego innowacyjnego procesu, abyśmy mogli zdobyć konkurencyjną przewagę w produkcji pewnych towarów”. Pierwsza generalnie odnosi się do praw autorskich (copyrights), druga do patentów i tajemnic handlowych, nad którymi koncentruje się nasza debata.
W środowisku bez patentów, szukający zysku wynalazca „trzyma karty przy orderach” i dzieli się swoim wynalazkiem jedynie z tymi partnerami, którzy umową zobowiążą się do zachowania go w tajemnicy. Należy podkreślić, że taki układ jest zgodny z prawem do swobody zawierania umów, które to wolnościowcy popierają. Libertarianie generalnie akceptują pogląd, że państwo ma obowiązek pilnowania dotrzymywania takich umów.
Powodem powstania patentów była chęć skłonienia wynalazców do publikowania swoich wynalazków, aby po jakimś czasie, pomysły te stawały się wolnymi i dostępnymi dla wszystkich, co ma prowadzić do większego rozwoju technologicznego i powiększania się dobrobytu społeczeństwa. O ile wygląda to ładnie z utylitarystycznego punktu widzenia, ale ma też wadę pozwalającą na rozciąganie przymusu na strony trzecie, które nie są stronami umowy. Ktoś może niezależnie wpaść na podobny pomysł, opublikować czy użyć go, a potem zostać przez państwo zmuszony do zapłaty kary na rzecz kogoś zupełnieobcego po drugiej stronie świata. Dlatego też musimy odrzuć utylitarystycznie wspierany argument na rzecz monopolistycznych przywilejów patentowych, gdyż naruszają nasze fundamentalne prawa do swobody wypowiedzi, własności i umów.
Obecny reżim praw autorskich dla mediów konsumpcyjnych jest także bezprawny i naruszający prawa [podstawowe]. Dane raz opublikowane nie są własnością, gdyż już nie są dobrem rzadkim i przestają być pod ścisłą kontrolą jednej osoby. Każda próba nadania im atrybutów własności we współczesnych czasach nieuchronnie wymaga reżimu kontroli, który zakłada inwazyjne szpiegowanie prywatnej komunikacji i prywatnych ruchomości (nośników danych).
Tym samy dochodzimy do finalnego pytania: „Pod nieobecność praw patentowych czy autorskich, jakie formy ograniczenie idei są zgodne z wolnością, sprawiedliwością i prawami naturalnymi?”
Odpowiedzią jest pilnowanie przestrzegania wzajemnych i dobrowolnych umów. Wynalazca ma prawo zawierać umowy z innymi, które określą, że nie można dalej ujawniać czy sprzedawać wynalazku. Jeśli strona zerwie umowę, wynalazca na prawo domagać się zadośćuczynienia w zgodnie z warunkami kontraktu.
Dobrowolne ograniczenia umowne mogą też być funkcjonalnym ekwiwalentem praw autorskich (przynajmniej w dziedzinie muzyki i filmu) odkąd istnieją algorytmiczne sposoby na znakowanie czy sygnowanie każdej kopii dzieła. Osoba, która pragnie skonsumować dzieło audio lub wideo po prostu zawiera umowę z producentem/dystrybutorem, w której zobowiązuje się nie rozpowszechniać go dalej pod groźbą kary umownej. Gdy konkretnie oznaczona kopia zostaje wykryta „na swobodzie”, to jej źródło może zostać namierzone i można domagać się zadośćuczynienia od nabywcy podejrzanego o złamanie umowy.
W takim świecie nikt nie będzie miał prawa do nazywania idei własnością i domagania się zadośćuczynienia od dowolnej strony, które wejdzie w posiadanie takiej idei poprzez wynalezienie jej czy odkrycie. Jeśli miałbym na ulicy znaleźć kopię poprawionego procesu produkowania aspiryny, nikt nie miałby prawa mnie ukarać, gdybym z niego skorzystał. W ten sam sposób, jeśli znalazłbym w internecie kopię książki, piosenki czy filmu, nikt nie miałbym prawa przejąć mojej prawdziwej własności jako kary za skorzystanie z tej kopii, czy podzielenie się nią.
Idee nie są własnością i prawne definiowanie ich w ten sposób jest obrazą dla prawdy i natury. Jakiekolwiek twoje roszczenia do mojej własności rozpoczynają i kończą się na warunkach określonych w umowie opartej o obopólną zgodę.
Dawno nic nie pisałem o fantastyce, a to dlatego, że jakoś inne tematy były ważniejsza, a w ogóle na nic nie mam czasu, więc trzeba sobie ustawiać jakoś blogowe priorytety. Zerknąłem niedawno na półkę, na której zbieram zakupione książki (tutaj uwaga dla pana Pilipiuka, tak, kupuję książki) z szeroko pojętej tematyki science-fiction. Sytuacja zaczyna mnie przerażać – książek przybywa znacznie szybciej niż jestem w stanie je czytać. Teraz w kolejce czekają:
- Peter F. Hamilton „The Dreaming Void„
- Alastair Reynolds „The Prefect„
- Neal Asher „The Line of Polity„
- Neal Asher „Brass Man„
- Neal Asher „The Skinner„
- Ian M. Banks „The Algebraist„
- Ian M. Banks „Excession„
- Ian M. Banks „Matter„
- Robert Shea, Robert Anton Wilson „The Illuminatus! Trilogy„
- Vernor Vinge „Rainbows End„
- Jeff Sommers „The Electric Church„
- Jeff Sommers „The Digital Plague„
- Antologia „The New Space Opera„
- Neal Stephenson, J. Frederick George „Interface„
- Andrzej Ziemiański „Toy Wars„
Minie pewnie z rok zanim to przeczytam, bo ostatnio moje tempo czytania zaczęło spadać i zbliżać się niebezpiecznie do średniej krajowej. Wszystko przez ten internet, no i ipoda, na którym można przecież oglądać tyle fajnych seriali.
Do czego potrzebny jest rząd? Etatyści odpowiedzą, że do wszystkiego, bo sami nie powinniśmy sobie podcierać nawet tyłka. Minarchiści powiedzą, że do funkcji nocnego stróża. Anarchiści – „do rzyci”. I ci ostatni mają rację. Bo każdy rząd, nawet minimalny, będzie w stanie wymyślić najgłupszą rzecz i zaproponować wprowadzenie jej w życie. Słuszną jest przestroga, aby nie sugerować urzędnikom różnych głupich rzeczy, bo jeszcze wezmą to na poważnie i nam je zaaplikują.
Urzędnicy amerykańskiego departamantu bezpieczeństwa (Department of Homeland Security, DHS) całkiem poważnie zaproponowali, aby każdego pasażera linii lotniczych wyposażać na czas podróży w elektroniczną bransoletkę z GPS, która pozwoli na śledzenie każdego z nich, a na dodatek będzie posiadała dodatkową funkcję zdalnego porażania prądem niewygodnych czy niebezpiecznych osobników. Taki kill switch, rodem z filmów sci-fi.
I oni robią to całkiem na serio.
O pedofilii zdarzało mi się już pisać. Generalnie uważam, że dzieje się w tej sprawie coś niedobrego i to nie dlatego, że pedofila jest jakimś szczególnym problemem, ale raczej dlatego, że pełni rolę wygodnego straszaka i przydaje się do ideologicznych manipulacji. Niedawno jednak natrafiłem na ciekawy wpis na jakimś blogu:
Dzięki Gazecie Wyborczej w Polsce zaczyna sie kolejna odslona popularnej zabawy ludowej pod nazwą “Akcja pedofil”. To coś takiego jak “Taniec z gwiazdami” – minus niebezpieczne dla zdrowia wygibasy.
Zasady tej zabawy już wam kiedys opisywałem. Chodzi w niej głównie o to, żeby skutecznie przypierniczyć komuś, komu przypierniczyć jest zapotrzebowanie. Niestety, w silnym trendzie przypierniczeniowym, jaki w Polsce od lat występuje, trudno już czymś pobudzić publikę.
No i tutaj “Pedofil” sprawdza się niesamowicie. I choć za “Pedofila” mozna tez podstawic jakieś inne modne w danej chwili słowo, to pedofil jest jak dżoker. Zawsze bije inne karty i jest uniwersalny
Gość trafiony “Pedofilem” leży i kwiczy. Z pedofila się nie wybronisz. Nikt nie wstawi się za kimś, kto ogłoszony zostanie pedofilem. Bo kto się wstawi, ten sam jest pedofil. To taki berek z trędowatym.
Reszta wpisu już jest mniej błyskotliwa, bo przechodzi w antyklerykalny bełkot, ale powyższe jest niezmiernie trafne. Już samo krytyczne podejście do antypedofilskiej histerii „załawia” miejsce wśród obrońców zboczeńców. Nie podoba ci się prawo, które penalizuje posiadanie rysunków o seksualnym charakterze z postaciami przypominającymi dzieci? To jesteś obrońcą zboczeńców i zwolennikiem gwałtów na małych dzieciach!


















