O prawie do broni raz jeszcze

Mój poprzedni wpis wywołał dość zawziętą dyskusję, wiec aby ją podtrzymać posłużę się innym artykułem „O prawie do broni raz jeszcze„, tym razem kobiecego autorstwa. Co ciekawe, autorka porusza tam wiele tematów, które przewijały się w komentarzach pod moim poprzednim wpisem, więc proszę dyskutantów o przeczytanie go. Cytat:

Pytany, dlaczego tak przeraża go wizja pojedynczych wypadków z bronią, a nie żąda zakazu posiadania pojazdów mechanicznych, przeciwnik broni najpierw odpowiada „samochód to nie broń, nie można ich porównywać”, by następnie jednym tchem powoływać się na pijanych kierowców jako argument za zakazem posiadania broni. Przecząc temu, że obywatel może skutecznie obronić się za pomocą pistoletu, przeciwnik broni zapewnia, że ten sam obywatel będzie umiał zrobić to pałką. Widząc w każdym swym sąsiedzie uśpioną bestię, która obudzi się z chwilą, gdy dostanie broń do ręki, przeciwnik broni swym oponentom przypisuje paranoiczny stosunek do rzeczywistości. Przeciwnik broni zarzuca kompleksy i frustracje tym, którzy choć zwady nie szukają i mają odwagę przyznać się do strachu, gotowi są z tym strachem walczyć. Przeciwnik broni wierzy, że każde obserwowane na świecie negatywne następstwo dostępu do broni ziściłoby się w Polsce, ale nie zdarzyłoby się u nas nic, co za granicą jest pozytywnym skutkiem rozpowszechnienia legalnej broni.


Polacy mają prawo do posiadania broni

Parę tygodni temu „Rzeczpospolita” opublikowała bardzo dobry artykuł dotyczący jednego z fundamentalnych praw człowieka, czyli prawa do samoobrony, oczywiście środkami, która uzna za stosowne i skuteczne. Chodzi,o inicjatywę liberalizacji prawa dostępu do broni palnej. Inicjatywę, która zostanie szybko i skutecznie pogrzebana.

Tylko brakiem chłodnej refleksji tłumaczyć można tak wielki opór przeciwko liberalizacji w kraju, w którym każdy może broń posiadać, jeżeli zostanie myśliwym. Tylko zacietrzewienie pozwala na akceptację sytuacji, w której hobby polegające na strzelaniu do zwierząt posiadanie broni usprawiedliwia, a chęć obrony żony przed gwałtem już nie.

Nie jest objawem namysłu ignorowanie zdecydowanie pozytywnych skutków liberalizacji i uleganie argumentom, które w dziedzinie informatyki przekładałyby się na żądanie wprowadzenia zakazu posiadania komputerów, by przeciwdziałać sytuacji, w której zamiast czaić się po gościńcach, zbójcy atakują bankowe strony internetowe. To droga donikąd.

Argumenty za liberalizacją są wystarczająco poważne i liczne, by bez ryzyka śmieszności pochylić się nad inicjatywą Andrzeja Czumy z większą niż dotychczas starannością, mając też świadomość, że podobnie jak nikt inny, i on nie domagał się wprowadzenia w Polsce nieograniczonego dostępu do broni. Zaproponował jedynie, by pozwolenia na broń nie można było uznaniowo odmówić praworządnemu i zdrowemu na umyśle obywatelowi. Ustawowy mechanizm zamiast administracyjnej uznaniowości, co do zasady wszak przez Platformę Obywatelską krytykowanej – oto sedno samotnej szarży posła Czumy.

Przyznam się, że nie spodziewałem się w mainstreamowej prasie ujrzeć coś takiego.


Autodesk: 0 użytkownicy: 1

Pisałem kiedyś o moich problemach z oprogramowaniem firmy Autodesk, a konkretnie o niemożności odsprzedaży niepotrzebnych programów tej firmy. Autodesk nie pozwala na sprzedaż „z drugiej” ręki i chyba nikomu z konsumentów nie podoba się taka praktyka. Podałe też odnośnik do informacji, że pewien człowiek postanowił wytoczyć firmie o to proces. I go wygrał! Przynajmniej w pierwszej instancji.

W USA było mu łatwiej, gdyż tam w prawie autorskim istnieje pojęcie „first sale doctrine”, które mówi, że właściciel praw autorskich do dzieła nie ma możliwości dalszego kontrolowania obrotu fizycznego egzemplarza dzieła poza pierwszą sprzedażą. Tylko z pierwszej sprzedaży należą mu się stosowne profity, a potem ten egzemplarz może być przedmiotem handlu bez konieczności dzielenia się z właścicielem praw autorskich, ani bez konieczności uzyskiwania od niego pozwolenia na dalszy obrót egzemplarzem.

Sąd właśnie orzekł, że owa doktryna dotyczy także oprogramowania, a więc firma Autodesk nie ma prawa w żaden sposób ograniczać prawa użytkowników do odsprzedaży egzemplarzy oprogramowania. To wiadomość, która nie ucieszy wielu producentów oprogramowania, który nagminnie limitują możliwość handlu używanym oprogramowaniem. Należy spodziewać się, że łatwo broni nie złożą. Ale na razie nasi górą!


Dyfuzor

Od pewnego czasu mój Nikon D40 wspierany jest przez lampę SB-400 tej samej firmy. Był to bardzo dobry zakup, szczególnie po amerykańskiej cenie, gdyż możliwość regulacji kąta, pod którym ustawiamy właściwy promiennik błyskowy lampy, pozwala na robienie zdjęć z użyciem światła odbitego od sufitu, co prowadzi do znacznie przyjemniejszych rezultatów niż zdjęcia jedynie z użyciem lampy wbudowanej w aparat.

Niestety, sama możliwość regulacji kąta błysku nie rozwiązuje wielu problemów oświetleniowych. Zdjęcia przy niskim suficie prowadzą do prześwietlonego bliskiego planu. Zmiana kąta też nie zawsze daje odpowiednie efekty, bo pojawiają się nieoczekiwane flary. W takich sytuacjach dobrze sprawdzają się rozmaite dyfuzory, których zadaniem jest zachowanie błysku na sufit z jednoczesnym skierowaniem części światła do obiekt fotografowany. Można takowe urządzenia nabyć wyprodukowane gdzieś w chińskiej fabryce, ale lepiej zrobić metodą zrób to sam, z papieru i taśmy klejącej czy gumki recepturki.

Eksperymentowałem przez jakiś czas z dyfuzorem autorstwa Kena Rockwella. Wydrukowałem, wygiąłem, przykleiłem. Efekt był, ale całość była bardzo niewygodna, trudna w transporcie i użytku. Zniechęciłem się.

Dziś Wired’s Gadget Lab prezentując pewien fabryczny dyfuzor i jego „domową” wersję natchnął mnie do zupełnie innego eksperymentu. Skonstruowałem bardzo prosty, wygodny i mobilny dyfuzor do lampy Nikon SB-400:

„Urządzenie” składa się z 2 elementów: białej tekturowej fiszki i gumki recepturki. I to wszystko.

Jak fiszki użyłem amerykańskiej index card o rozmiarach 3″x5″. Tak przy okazji, gdyby ktoś umiał podać mi polskie źródło tych nadzwyczaj użytecznych fiszek, to będę wdzięczny. Wydaje mi się, że z nieznanych mi przyczyn nie występują one w kraju.

Fiszkę zgiąłem w pół (pewne inne proporcje będą oferować takie same lub lepsze rezultaty), naciąłem brzegi, gdyż lampa jest węższa niż 3″, a następnie przymocowałem do lampy gumką. Promiennik skierowany jest w górę pod kątem 90 stopni, a ilość światła podawanego do przodu regulujemy zmianą kąta nachylenia odblaskowej części fiszki. Każdy da sobie radę z obsługą takiego dyfuzora.

Na razie mam prototyp, który przy okazji poddam testom w odpowiednio trudnych warunkach. W domu takie nie występują.


Światełka do roweru

Gdybym miał gdzie trzymać rower, to pewnie bym go miał. A wtedy z pewnością rozważyłbym polansowanie się z takim fantastycznym zestawem elektronicznie sterowanych ozdobnych świateł LED. Dzięki bezwładności widzenia i odpowiedniemu zaprogramowaniu oglądający mnie przechodnie mogliby podziwiać fantastyczne świetlne widowiska. Fajny elektroniczny gadżet – lubię takie, bo oferują czystą, niczym nie skrępowaną i niczemu innemu nie służącą zabawę.


Powiew wolności dla kierowców w Kalifornii

Już wkrótce kierowcy w Kalifornii będą mogli cieszyć się odrobiną wolności. Przynajmniej ci, którzy chcieliby przykleić sobie na przedniej szybie urządzenie do nawigacji GPS. Bo będą to mogli robić bez obawy o mandat za złamania tamtejszego prawa. Teraz przyssanie sobie dżipiesa do przedniej szyby jest legalne. Ciekawym jednak jest zastrzeżenie, że może ono być używane jedynie do nawigacji „door to door” – nie można go używać, aby tak sobie po prostu wyświetlać pozycję na mapie?


Mój własny robot

Korzystając z nadarzającej się okazji, kupiłem swojego pierwszego, własnego robota. Jest to robot-odkurzacz Roomba, firmy iRobot. Żona się ucieszyła, bo przy 3 kotach na pokładzie naszej jednostki, częste odkurzanie jest koniecznością. Teraz wspomaga nas w odkurzaniu właśnie Roomba.

Ponieważ był to ryzykowny zakup – prywatny import z USA czegoś, co mogło okazać się kompletnym niewypałem – wybrałem najprostszy i najtańszy model 400, jeszcze z poprzedniej generacji, nabyty za całe $100. Sterowanie urządzeniem sprowadza się do naciśnięcia przycisku CLEAN i obserwowaniu jak sobie pracuje.

Przy rozpakowywaniu było trochę zabawy, bo trzeba zaakceptować EULĘ, czyli licencję użytkownika końcowego, bo jest to właśnie odkurzacz z licencją na zawarte w nim oprogramowanie. Co ciekawsze, producent umożliwia modyfikację oprogramowania przez użytkowników i nawet do tego zachęca, ale potrzebny jest do tego bardziej rozbudowany model, pozwalający na podłączenie specjalnego modułu, który jest interfejsem do komputera. Na razie podziałam więc na fabrycznym oprogramowaniu.

Przyznam, że byłem dość sceptyczny co do tego robota, mimo wielu entuzjastycznych recenzji zadowolonych użytkowników. Ale jak na razie Roomba spisuje się znakomicie. Sprzątanie rozpoczyna od odegrania radosnej melodyjki i żwawo rusza do roboty. Skuteczność jej działania opiera się głównie na tym, że robot niezmordowanie wielokrotnie pokonuje przeznaczone do sprzątania powierzchnie. Oprogramowanie nie buduje mapy pomieszczenie, po prostu Roomba porusza się różnymi sprytnymi ścieżkami w taki sposób, aby odwiedzić każde miejsce przynajmniej kilka razy. Bardzo dobrze radzi sobie z omijaniem rozmaitych przeszkód, dobrze też pracuje przy ścianach czy krawędziach mebli. W ogóle miło patrzeć jak się uwija.

Koty początkowo były dość wystraszone – Roomba jest dość hałaśliwa – i Rysiek nie spuszczał jej z oka, ale teraz już niespecjalnie reagują na okrągłego robota.

Roomba jest od wielu lat dostępna na polskim rynku, ale jej dystrybutorem jest firma, która najwyraźniej wierzy, że wyłączność na dystrybucję i mocno zawyżone ceny to dobra recepta na sukces. Dla ilustracji mogę powiedzieć, że jeden z nowszych modeli, który w USA kosztuje $350, w Polsce oferowany jest za, bagatela, 3600 złotych, czyli ponad 10 złotych za jednego dolara. Nic dziwnego, że Roomba nie sprzedaje się tutaj jak w USA – ponad 2 miliony sprzedanych egzemplarzy. Firma jest na tyle paranoiczna w tej swojej wyłączności, że akcesoria i materiały eksploatacyjne do Roomby sprzedaje wyłącznie swoim zarejestrowanym klientom. Oczywiście po należycie zawyżonych cenach. Sam zasilacz 220V kosztuje tam więcej niż kosztowała moja Roomba za amerykańskim zasilaczem.


Niech nie zdradzi cię szum

Zachowanie anonimowości podczas publikacji zdjęć w internecie to trudne zadanie. Jeśli nawet uda nam się opublikować zdjęcia w taki sposób, że niemożliwe będzie zidentyfikowanie nas poprzez miejsce publikacji, musimy pamiętać, że same zdjęcie może w sobie przenosić wystarczająco danych pozwalających przypisać nam jego autorstwo, gdy w ręce władzy dostanie się nasz aparat. Każde cyfrowe urządzenie tego typu zostawia na zdjęciu wiele elementów, które są charakterystyczne dla konkretnego egzemplarza. Najczęściej jest to tzw. znacznik szumów, czyli rozkład zakłóceń na zdjęciu, który jest specyficzny dla konkretnego aparatu, będący czymś w rodzaju cyfrowego odcisku palca. Dodatkowo pliki ze zdjęciami zawierają sporo informacji dodatkowych w formacie EXIF, które też mogą służyć do identyfikacji aparatu.

Serwis Instructables publikuje krótki ilustrowany poradnik opisujący jakie kroki warto przedsięwziąć, gdy chcemy pozbyć się informacji identyfikujących ze zdjęć przed ich publikacją online. Warto o tym pamiętać.



  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo