Jadąc samochodem słuchałem wywiadu z młodym, polskim, obiecującym twórcą animacji Kamilem Polakiem. Rzecz dotyczyła m.in. jego najnowszego, znajdującego się wciąż w produkcji filmu “Świteź“. Młody człowiek wyraził zadowolenie, że dystrybucją jego filmu zajmie się angielski partner, bo dzięki temu będzie miał szanse na prezentację przez szeroką widownią.
Hmm, gdyby to były lata 80-te ubiegłego stulecia, to jeszcze bym to rozumiał. Ale dziś, w 21. wieku? Wystarczy, że wrzuci swoje dzieło na YouTube i temu podobne serwisy, a wersję HD umieści na torrentach i będzie miał dystrybucję, które Andrzej Wajda mógł marzyć jedynie w mokrych snach. Rany, angielski partner może być dobry dla pieniędzy, ale nie dla dystrybucji. Co się dzieje z tą dzisiejszą młodzieżą?
















Czego tu nie rozumieć? U nas nie można się przyznać, że chce się zarobić, czy też robi się coś po to, by zarobić. To takie, pardon maj frencz, kurewskie.
A tu jeszcze chodzi o to, że do chęci zarobkowania przyznać by się musiał “arytsta” - cokolwiek to znaczy. A artysta, to ideowiec z założenia. Żywi się promieniami słońca, marihuaną i ekologicznymi liśćmi koki. Prowadzi się no może nie niemorlanie, ale jakoś dwuznacznie. Artysta, tak nam to podskórnie zostało, musi mieć swojego sute.. to znaczy opie.. na psa urok! .. MECENAT! Tak! Chciałem powiedzieć mecenasa. No i zagramanicznego - hangielski, to jeszcze nie hamerykański, ale przynajmniej nie polsky - partnera w jednym.