Państwo chce kontrolować temperaturę

Chodzi o państwo Kalifornia, które planuje zmusić właścicieli domów do instalacji termostatów, które mogą być zdalnie (radiowo) kontrolowane przez państwo, czy też koncesjonowane firmy energetyczne. Oczywiście nie zawsze, ale w przypadku „zagrożenia”, które nie jest dobrze zdefiniowane. Chodzi o to, że w pewnych przypadkach państwu potrzebne jest kontrolowanie zużycia energii, aby zapewnić jej dopływ tam, gdzie będzie „bardziej potrzebna”. I ma zamiar osiągnąć to przez regulację zużycia energii (ogrzewania lub klimatyzacji) w domach prywatnych właścicieli. Aby zrealizować ten szczytny cel (prąd dla szpitali zamiast to schładzania willi), państwo musi zmusić właścicieli domów do założenia odpowiednich energetycznych smyczy, które w pewnych sytuacjach pozbawią właściciela możliwości decydowania o temperaturze we własnym domu.


WiFi jak GPL

Odkąd mam iPoda touch, kwestia korzystania z rozmaitych punktów dostępowych żywotnie mnie interesuje. Jak dotąd, z dostępnością bywa różnie – trzeba się nachodzić, aby znaleźć darmowy punkt dostępowy. Co gorsza, często miejsca, które powinny korzystać z takiego sposobu przyciągania klientów: hotele, restauracje, galerie handlowe, itp., rzadko po niego sięgają (jak ktoś będzie w Poznaniu, polecam restaurację „Room 55” – nie dość, że znakomite steki z polędwicy, to jeszcze swobodnie dostępny internet). Już lepiej bywa w miejscach, których zazwyczaj nie łączymy z nowoczesną techniką i wychodzeniem naprzeciw klientom – czyli na przykład na dworcach PKP (na przykład w Krakowie, czy w Warszawie). Co jakiś czas dowiadujemy się o inicjatywach władz lokalnych polegających na uruchomieniu większych lub mniejszych sieci miejskich – ale wtedy najczęściej dostęp jest obwarowany pewnymi niedogodnościami, choćby w postaci konieczności otrzymania przez telefon kodu dostępowego (jak w Rzeszowie)- mój iPod nie podłączy się do nich i zacznie tak po prostu działać, jak ma to miejsce w przypadku normalnych otwartych punktów dostępowych.

Przyczyn jest wiele. Niechęć do tych, którzy często bez opamiętania korzystają z darmowego dostępu pozbawiając innych możliwości korzystania (aplikacje P2P skutecznie wykorzystują całe dostępne pasmo). Obawa przed włamaniami i dostępem do danych prywatnych. Strach przed oskarżeniami o działalność nielegalną (pornografia dziecięca, naruszanie praw autorskich), gdzie adres IP komputera dostępującego bywa używany jako „dowód”, że dane czyny popełnił właściciel punktu dostępowego. Chęć zarobienia na tych, którzy bez internetu czują się jak bez ręki – choć chyba lepiej byłoby zarobić na przyciąganiu ich do swojego biznesu, niż na samym dostępie do internetu.

Pewien Argentyńczyk – Martin Varsavsky – wpadł na pomysł, aby stworzyć ogólnoświatową sieć hotspotów, zwaną Fon, w której ich właściciele będą mieli dobry powód, aby dopuścić innych do swoich sieci. Sieć ta, zwana Fon, pozwala posiadaczom pewnego rodzaju punktu dostępowego na instalację specjalnego oprogramowania, które przekształci go w punkt sieci. Co ciekawsze, uczestnik programu ma możliwość wyboru dwóch sposobów uczestnictwa w sieci, zwanych „Bill” i „Linus”. Wybierając „Linusa” określa, że jego hotspot będzie za darmo dostępny dla innych zarejestrowanych użytkowników za darmo, w zamian za co on sam będzie korzystał z podobnego przywileju w zasięgu innych hotspotów do sieci. Podobnie jak przy licencji GPL, dostajesz coś za darmo, ale musisz też to samo za darmo udostępnić. W wariancie „Bill” właściciel punktu deklaruje, że będzie pobierała opłatę od innych użytkowników, zarejestrowanych lub nie, no i sam będzie musiał za dostęp płacić w przypadku konieczności korzystania z innego hotspotu należącego do sieci.

Mnie oczywiście podoba się wariant „Linusowy” i mam nadzieję, że generalnie on zwycięży w tym eksperymencie, gdyż widzę tu jakiś innowacyjny koncept. Powstanie kolejnej sieci płatnych hotspotów, nawet atrakcyjnie wycenionych, nie jest niczym ciekawym. Jak na razie, powodzenie przedsięwzięcia jest średnie i nie wiem, czy przyczyna tkwi po stronie koncepcji „Linusa” czy „Billa” – w Warszawie jest zaledwie kilka punktów dostępowych tej sieci.

A tak w ogóle, nie bardzo wyobrażam sobie przyszłość, gdzie bezprzewodowy internet nie jest swodobnie dostępny wszędzie i bez jakichś specjalnych kosztów (najlepiej za darmo).


DRM RIP?

Przynajmniej DRM dotyczący plików z muzyką. Sony-BMG skapitulowało i jako ostatnia duża wytwórnia rozpoczęło sprzedaż plików z muzyką w niezabezpieczonym formacie MP3, dołączając tym samym do wytwórni Warner, EMI i Universal Music, które wcześniej zdecydowały się na taki ruch. Próba zabezpieczenia przed kopiowanie tego, co ze swej natury kopiowane być musi, okazała się klapą.

Tym samy rośnie spora konkurencja serwisowi iTunes, który wciąż większość swojej oferty obkłada zabezpieczeniami DRM. Teraz jeszcze powinniśmy poczekać na ruchy cenowe, gdyż $0.99 dla mnie to wciąż za dużo.

Wytwórnie filmowe jeszcze łudzą się, że dadzą radę zapanować nad bitami, głownie poprzez kontrolę nośników i odtwarzaczy. Ale jak doświadczenie pokazuje, nic z tego nie będzie, tylko się wszyscy umęczymy – producenci i konsumenci.

Jak się właśnie dowiedziałem, zdjęcie ograniczeń systemów DRM nie oznacza, że wytwórnie porzuciły plany walki z własnymi klientami. Technika cyfrowych „znaków wodnych” ma zapewnić wytwórniom gnębienie swych klientów i to tych, którzy wydali pieniądze na ich produkty (muzykę). Wciąż istnieje możliwość, że będziemy mogli kupować swobodnie kopiowalne pliki muzyczne, ale będą ona znakowane kodami pozwalającymi identyfikować kupującego stosowny plik. I jeśli taki plik wyląduje w sieciach P2P, to będzie można dochodzić, kto go nie upilnować i go swobodnie złupić. Na razie to tylko plany, ale zobaczymy, co przyniesie przyszłość.


Czysta radocha

Czysta, niczym nie skrępowana radocha, w wykonaniu małej kozy:

Jak ktoś skomentował – wydaje się, że dostała nowe kopytka, które musiała natychmiast radośnie wypróbować.


Trzecia rocznica

Właśnie się zorientowałem, że zbliża się 3 rocznica mojego blogowania – pierwszy wpis pochodzi z 10.01.2005. Postanowiłem zrobić małą statystykę tych 3 lat:

  • Rok 2005 – 347 wpisów – 6,67 tygodniowo
  • Rok 2006 – 230 wpisów – 4,42 tygodniowo
  • Rok 2007 – 144 wpisy – 2,77 tygodniowo

Jak widać aktywność nieustannie spada. Obawiam się, że do czasów z roku 2005 raczej nie wrócę – byłem wtedy bezrobotny i cierpiałem na nadmiar wolnego czasu. Kolejne lata to z kolei nadmiar pracy i praktycznie brak czasu na wszystko, łącznie z blogiem. Mam nadzieję, że w 2008 będzie trochę lepiej i wrócę do aktywności przynajmniej z 2006 roku, czyli jakiś 4-5 wpisów tygodniowo.

Inną sprawą jest, że czasem brakuje mi tematyki. Wiele ogólnych problemów wolnościowych już poruszyłem w ten czy inny sposób, a powtarzać się raczej nie chcę. Prędzej wprowadzę cykliczne przypomnienia tych wpisów, które uważam za najciekawsze i warte przypominania, bo przecież nie każdy przegląda archiwa. Zupełnie za to nie chce mi się komentować spraw bieżących, choćby krajowej polityki, bo właściwie trzeba by wolnościowo krytykować każdy news, a to byłby pełen etat, za który raczej nikt nie zapłaci.

Co do statystyk oglądalności, to w ciągu ostatniego roku miesięcznie było to około 56 tysięcy wizyt, czyli 2 tysiące dziennie. Ostatnio nawet trochę lepiej, zarysowała się pewna tendencja zwyżkowa, gdyż listopad i grudzień to odpowiednio 67K i 74K wizyt. Może się ten trend utrzyma, o ile będę miał coś sensownego do napisania.

Wciąż blog utrzymywany jest w Polsce, ale gdy znajdę trochę czasu, przemigruję na hosting zagraniczny, gdyż to zupełnie inna jakość usługi i możliwości. Oczywiście nie zamierzam też porzucać WordPressa, bo to znakomita platforma blogowa. Być może zmieni się szata graficzna, ale to wymaga trochę więcej czasu, którego znów nie mam.


Śmiertelny cios?

Tuż przed wielkim świętem elektroniki użytkowej, czyli targame CES, wytwórnia filmowa Warner wyprowadziła cios, który może rozstrzygnąć wojnę formatów wśród nośników obrazu HD, będą jednocześnie ciosem śmiertelnym dla HD-DVD. Warner ogłosił, że od maja 2008 będzie wydawał swoje filmy jedynie w formacie Blu-ray. Warner to największy gracz na tym rynku, więc jego „zdrada” może mieć decydujący wpływ na rezultat wojny.

Wojna formatów z pewnością nie pomagała w akceptacji nośników HD i w ogóle techniki HD. Z drugiej strony jednak, konkurencja pomiędzy formatami prowadziła do obniżenia cen odtwarzaczy (szczególnie HD-DVD) i polepszenia jakości wydawanych filmów (przejście na kodeki lepszej jakości w przypadku Blu-ray). W sytuacji, gdy jeden format wyjdzie z tej potyczki zwycięsko, będziemy musieli odczekać swoje, aż zwycięskie konsorcjum z Sony na czele (jeśli rzeczywiście wygra Blu-ray) odbije sobie koszty stworzenia nowego formatu i samej wojny, która nigdy tania nie jest.

Co gorsza, format Blu-ray ma pewne niemiłe własności, czyli kodowanie regionalne i zabezpieczenia BD+, których łamliwość nie została w pełni sprawdzona. No i jest to format Sony, a nie jest to firma, która lubi tworzyć rzeczy przyjazne dla konsumentów – uwielbiają kontrolę ponad wszystko.


« Późniejsze wpisy

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo