KOPYRAJT – ORAJT!

Bardzo zabawna notka copyrightowa z Nonsensopedii:

KOPYRAJT – ORAJT!
Ktoś się uparł, że ta grafika podlega prawom autorskim, jednak bez niej artykuł w Nonsensopedii wyglądałby kijowo, dlatego zakładamy, że możemy sobie ją pożyczyć na zasadzie niedozwolonego użytku.


iPod touch, filmy i napisy

Uaktualnienie: można robić to znacznie prościej.

iPod touch jest znakomitym odtwarzaczem. Mój zakup był nieprzemyślanym impulsem, ale jestem niezmiernie zadowolony z niego. Rano sobie sprawdzam na nim pocztę bez konieczności odpalania komputera, który hałasuje, grzeje i długo startuje. W wolnych chwilach (śniadanie, wizyta na kibelku, przed snem) oglądam na nim filmy. I dzięki temu mam w ogóle szanse je obejrzeć, bo inaczej byłoby z tym bardzo krucho. Sprawdził się także w podróży (3 godziny w pociągu minęły mi bardzo przyjemnie), no a o odtwarzaniu muzyki nie ma co wspominać, bo to przecież normalna rzecz przy iPodzie.

Aby móc cieszyć się filmem w dobrej jakości i rozdzielczości wykorzystującej ekran iPoda (480×320), musimy sobie odpowiednio przygotować materiał filmowy. Dobrze jest też, gdy filmy ma napisy, bo niezależnie od znajomości języków obcych, napisy bywają bardzo przydatne. Szczególnie, gdy oglądamy odcinek serialu, gdzie rozmowy toczą się w slangu czarnych drug-dealerów. Przyznam, że rozpracowanie tego procesu i odnalezienie odpowiednich programów zajęło mi trochę czasu. Tym wpisem chciałbym zaoszczędzić kłopotów innym posiadaczom tego iPoda.

Podstawowym narzędziem, którego będziemy używać jest konwerter, którzy przekształci film zapisany w formacie AVI (np. kodowany Xvidem) na plik w formacie MP4 z kodowanie H.264 lub MPEG4, który potem już bez żadnych problemów zostanie przyjęty przez iTunes i samego iPoda. Dodatkową zaletą takiego programu będzie odpowiednie przeskalowanie filmu do rozdzielczości ekranu z odpowiednim rozmieszczeniem obrazu, tak aby maksymalnie wykorzystać lekko panoramiczny ekranik iPoda (ma on proporcje 3:2, więc aż taki szerokoekranowy to nie jest). Wypróbowałem wiele aplikacji komercyjnych przeznaczonych do tego celu i rezultaty były średnie. Albo nie znały rozdzielczości iPoda touch zmuszając do kompresji w innej rozdzielczości (np. 640×480), którą potem iPod zmieniał podczas odtwarzania w dół. A jak znały iPoda touch, to nie radziły sobie z napisami – po prostu nie miały o nich najmniejszego pojęcia.

Rozwiązaniem prawie wszystkich problemów okazał się darmowy konwerter Videora. Nie dość, że mamy wersję dostosowaną dokładnie do iPoda touch, to jeszcze programik ten pozwala dość precyzyjnie dobrać parametry konwersji, aby uzyskać maksymalnie dobre rezultaty np. w stosunku do objętości pliku z filmem. Moim faworytem jest ustawienie H.264 480×320 768kbps Stereo/128kbps – daje to rozmiary porównywalne z plikiem źródłowym przy jakości nie gorszej od oryginału. Oczywiście, gdy dysponujemy lepszym materiałem źródłowym, może sobie pozwolić na większą przepustowość, np. 1536kbps w kompresji MPEG4. Jak kto lubi – można zrobić trochę prób i wybrać coś dla siebie.

Dodatkową zaleta Videory jest możliwość dodawania napisów podczas konwersji obrazu. Sam iPod touch nie ma obsługi napisów bezpośrednio z pliku tekstowego, więc trzeba po prostu je „wypalić” na obrazie. Dzięki temu bez problemu będziemy mogli oglądać film i go dobrze zrozumieć. Proces dodawania napisów jest automatyczny – gdy Videora zorientuje się, że plik źródłowy AVI (np. FILM.AVI) posiada odpowiadający mu plik z napisami (np. FILM.SRT), to włączą się odpowiednie opcje przetwarzania i wszystko będzie zgodnie z oczekiwaniami.

Tu mała uwaga – obsługiwane są jedynie niektóre formaty napisów, te najważniejsze (na zachodzie): SUB, SRT, ASS or SSA. Najlepsze rezultaty dla mnie daje format SRT (SubRip), więc takowych napisów szukam, a jeśli mam je w innym formacie, konwertuję je na niego. Do konwersji używam chyba najlepszego narzędzia do napisów: Subtitle Workshopa. Pozwala on nie tylko na konwersję, ale także poprawki, zmianę synchronizacji i inne operacje na napisach. Zna chyba wszystkie używane formaty napisów, więc raczej z konwersją nie będzie problemów.

Jak widać, przystosowanie filmów od odtwarzania na iPodzie touch jest to łatwe i daje świetne rezultaty. Warto, bo to znakomity odtwarzacz.

Oczywiście nie wszystko jest takie różowe. Są pewne wady, które być może z czasem uda się wyeliminować.

Konwersja jest wolna. Videora jest darmowa, ale jest też chyba jednym z najwolniejszych konwerterów, które testowałem. Nie wiem, czy to kwestia tego, że dodaję napisy, ale przetworzenie godziny filmu trwa na moim komputerze jakieś 70 minut (Pentium 4HT 2.8GHz). Na to mam już sposób – niedługo zamienię go na Core 2 Duo 3GHz, powinno pomóc.

Nie umiem wpływać na wygląd napisów – czcionka, tło/cień, wielkość. Na szczęście domyślne ustawienia są bardzo dobre, ale chciałbym wiedzieć jak je zmienić. O ile podczas odtwarzania filmu AVI wiem jak to zrobić – poprzez ustawienia VOBSuba albo ffdshowa, ale gdy zmieniam te ustawienia bez odtwarzanego filmu, nic się nie zmienia, gdy uruchamiam konwersję. Tego jeszcze nie rozkminiłem.

Bywa, że po konwersji wynikowy film na rozjechany dźwięk, czyli całkowitą utratę synchronizacji i rozbieżność sięgającą nawet paru sekund. Jak na razie natrafiłem na jeden zestaw plików cierpiących na taką przypadłość. Związane było to z użyciem tzw. variable bit rate (VBR) przy kompresji dźwięku, co najwyraźniej sprawia problemy konwerterowi. Na ratunek przybył program AVIDemux. Wczytałem do niego takie trefne AVI, on wykrył, że coś jest nie tak, zaproponował zbudowanie odpowiednich struktur danych, a następnie zapisałem tak „poprawiony” film pod inną nazwą. Ten nowy przekonwertował się bez problemów.

Bywa też, że niby wszystko jest w porządku, a film nie zostaje przyjęty przez iTunes i nie ląduje na iPodzie. Nie pozostaje nic innego, jak próbować przekonwertować go ponownie, z innymi ustawieniami, np. używając konwersji MPEG4 zamiast H.264. Nikt nie mówił, że będzie łatwo…


Tagi

WordPress od wersji 2.3 obsługuje tagi, jak to się mówi slangowo, natywnie. Czyli nie potrzeba już specjalnych wtyczek, aby wpisom tagi przypisywać i wyświetlać je w różnych formach. Wszystko fajnie, ale mój blog to ponad 600 wpisów pozbawionych stosownego otagowania, więc raczej się tą nową funkcjonalnością specjalnie nie przejąłem. Niemniej jednak, aby sytuacji nie pogarszać, nowe rzeczy zacząłem powoli oznaczać tagami, tak na przyszłość.

Zgłębiając trochę temat, trafiłem na ciekawą wtyczkę – Simple Tags – która oferuje trochę ułatwień w używaniu tagów. Choćby takich, jak: podpowiadanie tagów z puli już użytych, dzięki czemu nie mnożymy ich ponad miarę, czy rozmaitą funkcjonalność porządkową – zmiany nazwy, usuwanie, scalanie, edycja. I mnóstwo innych, których nawet nie będę próbował ogarnąć.

Przede wszystkim jednak, oferuje możliwość masowego dodawania tagów do wielu postów, bez konieczności edycji każdego wpisu z osobna. Tego było mi potrzeba, gdyż to jedyna możliwość, aby dodać tagi do wszystkich wpisów na blogu. Oczywiście nie od razu, bo nawet masowo zajmuje to sporo czasu – przecież każdy wpis muszę choćby zgrubnie przeczytać, aby wiedzieć jak go oznaczyć. Porządne narzędzie, dobrze zintegrowane z WordPressem.

No ale dodane tagi pozostawały jedynie wpisami w bazie, niewidocznymi dla czytelników. Aby pochwalić się nowymi możliwościami i skorzystać z wprowadzonych już tagów, niezbędna była ingerencja w szatę graficzną. Nie jest to coś, za czym przepadam, bo tutaj WordPress mógłby zostać lekko dopracowany. W celu pracy nad wyglądem witryny uruchamiam sobie lokalną kopię na własnym komputerze, korzystając z pakietu WAMP (Windows, Apache, MySql, PHP), a konkretnie WAMP Server.

Wszystko fajnie, ale przecież muszę zmiany testować na konkretnym przykładzie, najlepiej na kopii prawdziwego serwisu. Niestety, kopia bazy nie wchodzi w grę, bo za dużo poprawiania w niej wpisów, aby działała poprawnie lokalnie. Najlepiej po prostu stworzyć sobie lokalnego bloga i zaimportować do niego wpisy, komentarze i tagi z prawdziwego bloga. To proste, bo WordPress ma opcje Export i Import, które zdają się działać. Tak przynajmniej myślałem.

Niestety, działają jedynie częściowo, a konkretnie nie działa akurat to, na czym mi najbardziej zależało, czyli przenoszenie tagów. Chciałem przecież testować zmiany wyglądu w oparciu o prawdziwe tagi, w całej ich mnogości, którą już wyprodukowałem. Jak się okazało najnowsza opublikowana wersja WordPressa ma błąd, który wprawdzie został naprawiony, ale czeka na kolejną publikację. Nie miałem innego wyjścia, niż uaktualnić moje blogi do wersji developerskiej. Dopiero wtedy szczęśliwie udało się przenieść zawartość Miasik.net na komputer lokalny i mogłem zabrać się do pracy (Przy okazji, to mogę sobie zobaczyć planowane zmiany interfejsu administracyjnego, które wszyscy zobaczą pewnie w wersji 2.5, bo chyba nie będzie 2.4).

Trochę kombinowania i wyświetliły się tagi pod wpisami oraz po prawej stronie pojawił się tzw. obłok tagów. I bardzo dobrze. Teraz pozostało mi jedynie otagować z jakieś 400 wpisów. Poza tym, tagi przydadzą mi się od stworzenia listy najlepszych wpisów. To fajna rzecz.


Megaczytnik

Za jedyne $20 z przesyłką można mieć czytnik kart flash, który czyta nie mniej niż 80 różnych formatów. Gdybym potrzebował, pewnie już bym zamawiał – poczta z HK dochodzi całkiem sprawnie.


Expect us

Tajemnicza grupa Anonymous wypowiedziała wojnę kościołowi scjentologicznemu:

We are anonymous. We are legion. We do not forgive. We do not forget. Expect us.

Ciekawe z jakiej broni zaatakują scjentologów…


Pożegnanie z Liveboxem

Wczoraj uznałem, że dość już zawieszania się Liveboxa i postanowiłem się z nim rozstać na korzyść jednego z urządzeń Linksysa. Wystarczy.

Od tej będę miał spokój, bo nie będę pamiętał, co tam się jak w tym Liveboxie ustawia. Biedni użytkownicy będą musieli sobie radzić sami, coś przecież na ten temat napisałem.


Pandora powraca?

Jak widać, nie tylko mnie nie podoba się koncepcja, że radio internetowe Pandora stało się dostępne jedynie słuchaczom z USA. globalPandora to projekt stawiający sobie za cel ponowne globalne udostępnienie fantastycznej funkcjonalności Pandory. Na razie nie działa („niespodziewane problemy techniczne”), więc trudno mi ocenić, czy się uda, ale może za jakiś czas zobaczymy…

Aktualizacja: dziś działa zgodnie z oczekiwaniami. The box is open!
Aktualizacja 2: Już nie działa!


gOS

Podatek na rzecz Microsoftu, jak potocznie nazywa się opłatę licencyjną za system operacyjny Windows doliczaną do niemal każdego komputera, zaczyna odgrywać coraz większą rolę w przypadku coraz tańszych komputerów do prostych zastosowań domowych. Czyli głównie do internetu, muzyki, filmów i niezbyt rozbudowanych dokumentów. A do tego nie potrzeba ani specjalnie wypasionego sprzętu, ani też oprogramowania rodem z Microsoftu. Właściwie wielu z tych, którzy zapłacili „podatek” i uruchamiają swój komputer z systemem Windows (np. ja), do pozostałych wymienionych celów wykorzystują oprogramowanie innych producentów, nierzadko całkiem darmowe. Wystarczyłoby się pozbyć systemu Windows, aby każdy komputer mógł być tańszy od kilkaset złotych, a jego funkcjonalność na tym zupełnie nie ucierpiała, oczywiście w pewnym zakresie zastosowań.

O ile u nas supermarkety jakiś czas temu odkryły sposób na sprzedaż tańszych komputerów poprzez instalację na nich jakiejś tam dystrybucji Linuxa, to trudno było to uznać za działania mające na celu propagowanie alternatywnych dla Windows rozwiązań. Wiadomo było, że klient od razu zainstaluje sobie pirackie Windowsy „od kolegi”, a Linux jest jedynie ściemą w celu zamaskowania tego masowego piractwa. W USA jednak postanowili stworzyć system operacyjny, oczywiście na bazie Linuxa, a konkretnie świetnej dystrybucji Ubuntu, który ma właśnie być alternatywą dla Windows przeznaczoną do instalacji w najtańszych komputerach. System specjalnie skonfigurowany, aby odciążyć potencjalnego użytkownika od problemów z instalacją i konfiguracją Linuxa, i udostępniający od razu to, czego przeciętny użytkownik takiego komputera oczekuje. Nazwano go gOS, „Good OS”, zwany także dowcipnie „Google OS”, a to za sprawą polegania w w nim w znacznej części na rozmaitych aplikacjach Google.

Dystrybucję odpowiednio odchudzono, aby mogła sprawnie działać na słabszych maszynach i wzbogacono o całkiem ładny interfejs, który łatwo daje dostęp do tego wszystkiego, czego można oczekiwać po takiej maszynie. Większość z tych aplikacji uruchamia się w oknie przeglądarki Firefox, gdyż są to aplikacje webowe typu Gmail, Google Reader, Blogger, Google Docs, Facebook, Wikipedia i temu podobne, ale w systemie można znaleźć także pakiet OpenOffice.org, GIMP, czy program do odtwarzania obrazu i dźwięku oraz nagrywania płyt. Dzięki temu rozwiązaniu sieć Wal-Mart sprzedaje sprawny, działający i całkiem sensowny komputer GPC za jedyne $199. gOS ma również napędzać nowy maleńki laptop firmy Everex – Cloudbook, który ma zawitać także do sieci Wal-Mart w cenie $400.

Te niskie ceny to nie tylko rezultat ominięcia opodatkowania na rzecz MS, ale także wybrania takiego systemu, który ma niewygórowane wymagania sprzętowe, zupełnie odwrotnie do najnowszych produktów z serii Windows. Fajnie byłoby to mieć po polsku – byłby niezły system do zainstalowania na jakiś starszych maszynach dla rodziców, którzy chcą poużywać w internecie.

Z ciekawości ściągnąłem sobie wirtualną instalację systemu gOS, którą uruchomiłem dzięki playerowi firmy VMware:

A tak w ogóle, to te wirtualne maszyny to fajna rzecz. Można sobie spróbować czegoś nowego, jakiegoś Linuxa, bez potrzeby instalacji i konfiguracji niczego. Warto się pobawić.


Wasze Fordy należą do Forda

Miłośnicy samochodów Ford, a konkretnie czarnych Fordów Mustangów postanowili zrobić i wydać sobie kalendarz na 2008 roku zawierający zdjęcia ich własnych (zakupionych i posiadanych) Fordów. Niestety, nie spodobało się to Fordowi, który nasłał na entuzjastów swoich prawników. Wydawca kalendarze otrzymał pismo, że zdjęcia i logo klubu narusza znak handlowy Forda i zakazał druku kalendarza.

Aktualizacja: Ford zmienił zdanie i pozwolił na hobbystyczne wykorzystanie zdjęć, które zrobili sobie właściciele Fordów swoim samochodom.


WOŚP 2008 – komentarz

Jak niektórym wiadomo, WOŚP nie należy do moich ulubieńców. Dziś pozwolę sobie zacytować celny komentarz z witryny Wolność i Kapitalizm, dotyczący najświeższej edycji tej imprezy:

Najbardziej ubawiło mnie stwierdzenie Pani Redaktor w państwowej telewizorni, że „cudzoziemcy też włączają się do akcji, a niektórzy nawet specjalnie przyjeżdżają do Polski, aby doświadczyć tego zjawiska nieznanego reszcie Świata” (do czasu Europo, do czasu), zaraz Pani Redaktor dodała, że dzisiaj nie wypada NIE DAĆ, a za dwa lata stwierdzi, że tylko faszyści nie dają, a ich nazwiska można przejrzeć na „liście owsika”.

Pamiętam, z czasów młodości, tak zwane czyny społeczne. Ba, bywało, że nawet sam brałem w nich udział (zapędzony razem ze szkołą, lub zdarzyło się raz, że dobrowolnie). Państwo totalitarne, nie mogąc podołać obowiązkom, organizowało akcje zapędzania całego społeczeństwa do roboty. Wtedy wszyscy czuliśmy, że był to jakiś przekręt, choć cele takiego czyny były nawet przydatne (kawałek chodnika, lub drogi dojazdowej).

Dziś to samo Państwo, angażuje swoje „medialne tuby” byśmy uczestniczyli w takim „czynie społecznym”. Wszystkie „autorytety” popierają akcję, a nadszef Urzędu Skarbowego, JE Premier Najjaśniejszej Rzeczpospolitej lata z puszką.

Brakuje tylko, aby US pobierał specjalny podatek na WOŚP.

Tak, czyn społeczny, celne porównanie. Wszyscy, z krzykiem, przytupem, z telewizją i innymi mediami ruszamy do czynu społecznego, którego celem jest podłatanie kawałka dziurawej państwowej drogi jaką jest „służba zdrowia”. Inne twarze (tutaj bym do końca jednak nie był tego pewien), inne sztandary, ale reszta podobna.


Wcześniejsze wpisy »

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo