Rejestracja

Od wczoraj po sieci, za sprawą “Rzepy” krąży wiadomość, że strony internetowe muszą być rejestrowane, bo podpadają pod dzienniki i czasopisma. Nie jest to nowość, bo Vagla pisał jakiś czas temu, a Vaglę się czyta. Wciąż chyba nie ma pisemnego uzasadnienia wyroku SN, więc jeszcze nie wszystko wiadomo.

Niezależnie jednak od wykładni, to problem w nie tkwi w ustawie, które nie jest dostatecznie precyzyjna (choć jest). Problem w tym, że ktoś wciąż uważa, że prasę trzeba rejestrować. Gdyby nie ten wymóg, to nie byłoby problemu i sąd nie musiałby się wypowiadać. A tak, to mamy jakąś debilną definicję, pod którą pewnie i można podciągnąć np. blogi, no i wymóg rejestracji. Tak, takie prawo trzeba zmienić, ale nie dopasowując go do bieżącej sytuacji technologicznej, która pewnie szybko się zdezaktualizuje, ale likwidując sam pomysł rejestracji i wymagane przezeń definicje. Po stwarzać sobie problemy i potem dzielnie je zwalczać?

Oczywiście, niezależnie od wyroku, nic nie zamierzam rejestrować.


Przyszłość masturbacji

Jako nawiązanie do poprzedniego wpisu o pornografii, znów coś z Japonii - Tenga, przyszłość masturbacji. Niestety, dostępne jedynie w tamże, bo producent nie jeszcze gotowy na podbój rynków zamorskich.

Uzupełnienie: dostępne w Niemczech.


Galaretka

Myślę, że to będzie doskonałe uzupełnienie japońskich lodów o dziwacznych smakach - galaretka o smaku piwa.


Porn 2.0

Niezmiennie rozmiesza mnie, gdy widzę kolejnego polityka, krajowego lub obcego, który, aby przypodobać się swoim wyborcom, zapowiada kampanię na rzecz likwidacji pornografii, a w szczegóności pornografii w internecie. Przed wypowiedzeniem wojny temu wrogowi, warto byłoby zrobić jakieś rozpoznanie, nieprawdaż? Aby wiedzieć z czym się mierzymy.

Co ciekawe, pornografia zdaje się być najgorszym złem, przy którym bieda, głód, wojny i choroby to jedynie drobne niedogodności. Ludzie mogą się zabijać milionami (celują w tym największe organizacje przestępcze, czyli państwa), okradać się na maksa (również państwa tutaj nie mają konkurencji), ale oglądanie spółkujących osobników różnych lub tej samej płci wymaga natychmiastowej uwagi prawodawców i aparatu sprawiedliwości. Godzi w fundamenty cywilizacji.

Wracając do tematu, czyli do tego jak to z pornografią w sieci było, jest i będzie. I w tym wypadku mam na myśli pornografię darmową, dostępną całkiem swobodnie dla każdego, kto zechce się w temacie zakręcić. Bez ograniczeń wiekowych i klasowych. Bez wychodzenia z domu.

Pierwszym pokaźnym źródłem darmowej pornografii, z którym się zetknąłem, wtedy w formie cyfrowych zdjęć i skanów z materiałów drukowanych był Usenet. Hierarchia swobodnych i niemoderowanych grup “dyskusyjnych” alt.binaries.sex.* dostarczała więcej porków niż wolne modemowe łącza były w stanie udźwignąć. Oczywiście, trzeba było wtedy być na tyle kumatym, aby wiedzieć, co zacz ten Usenet i jak się z niego korzysta. Gdy już poznało się tajniki łączenia z serwerami, wyszukiwania odpowiednich grup i ściągania wieloczęściowych postów, to można było sobie spokojnie zapełniać skromny dysk złymi materiałami. Oprogramowanie na początku służyło celom właściwym w usenetowych dyskusjach, a ściąganie binarek było jedynie dodatkiem. Potem pojawiły się specjalne programy, które pozwalały wskazać interesującą nas grupę - bo był podział tematyczny, wedle upodobań - i już dane spływały same.

Potem nadeszła era WWW, a w światowej pajęczynie pojawiła się natychmiast pornografia. Oczywiście dla tych, którzy nie umieją szukać, wyłącznie płatna, a dla bardziej dociekliwych, za darmochę. Ze względów technologicznych znów były to zdjęcia, ale już nie ściągane w ciemno - można było zobaczyć miniaturki przed ściągnięciem. Oczywiście wyszukiwanie było zabawne, ale tylko trochę - potem wystarczyło znać miejsce, w których codziennie pojawiały się zestawy kilkudziesięciu linków do interesujących stron i wyszukiwanie nie było więcej potrzebne. Listy były oczywiście tematycznie pogrupowane, dla każdego coś miłego. Obrazki, obrazkami, ale filmiki to jest to. Oczywiście jakość mierna, rozmiar mizerny, ale zawsze ruchomy obraz. Wciąż były to czasy słabych łączy i powolnego dostępu. Część z tych stron funkcjonuje do dziś, choćby ta:

Następny etap to sieci P2P. Zalew pornografii w rozmaitych formach - pełne filmy DVD, konwersje z DVD do formatu Divx, kolekcje małych filmików, kolekcje zdjęć. Oczywiście przy stałych łączach można było pozwolić sobie na przejście w hurt. Wystarczyło znać tytuł filmu, albo miejsce, w którym w sieci jest coś ciekawego, aby wkrótce znaleźć to w sieciach P2P. Pojawienie się i szybka ekspansja protokołu Bittorrent jedynie uczyniła pozyskiwanie pornosów łatwiejszym i szybszym. Prawie każda szeroko dostępna wyszukiwarka torrentów oferuje dział pornografii (na ThePirateBay dostępny po rejestracji i zalogowaniu). Do tego są specjalizowane trackery/sajty zajmujące się jedynie wymianą pornografii - kategorii i działów na nich do wyboru, do koloru. I praktycznie wszystko, co jest tam dostępne, o ile jest świeże, spływa na nasz komputer z szybkością naszego łącza internetowego. Dla ciekawskich przykłady:

Tymczasem łeb wyewoluował nam w Web 2.0, czyli w serwisy tworzone przez użytkowników. Ten trend nie mógł ominąć też pornografii i sieć zaludniła się sajtami porno Web 2.0. Zapełnione są oczywiście materiałami pochodzącymi z komercyjnej sfery przemysłu dla dorosłych, przetransferowanych z płatnych serwisów epoki Web 1.0 (najpewniej nielegalnie, ale co tam), ale pewną część stanowią materiały własne użytkowników, którzy z jakichś powodów chcą zaspokoić swoje ekshibicjonistyczne pragnienia. Oprócz oczywistej funkcji dostarczania materiałów do oglądania, mamy tam typowe dla serwisów Web 2.0 narzędzia oceniania, rekomendowania, zbierania ulubionych, wymieniania się opiniami (fora). Prawdziwe serwisy społecznościowe dla cyberperwertów. Kilka przykładowych:

Wszystkie wymienione tutaj sieciowe miejsca, to jedynie przykłady - jest ich zapewne znacznie, znacznie więcej. Wystarczy poszukać. Bo, jak twierdzą niektórzy, “the internet is for porn”:

No dobrze, teraz druga strona medalu. Być może pornografia to zło, przed którym powinniśmy się jakoś chronić. Specjalnie nie używam sformułowania “z którym musimy walczyć”, bo to zakłada przemoc wobec tych, którzy nie podzielają tego lęku, a więc byłoby zupełnie niewolnościowe. Zakładam też, że ochrona ma jedynie rozciągać się na ludzi młodych, bo ludzie dorośli powinni dać sobie z tym radę. Jeśli nie dają, sami sobie są winni i nie widzę powodu, aby cokolwiek z tym robić.

Hmm, temat jest trudny. Można oczywiście zainstalować oprogramowanie filtrujące, które będzie naszym pociechom odcinać dostęp do nieodpowiednich stron. Takie oprogramowanie działa lepiej lub gorzej, ale to podejście ma podstawową wadę - działa na założeniu, że dzieci są głupie. Niestety, realia są inne - zazwyczaj dzieci są technologicznie bardziej rozwinięte niż ich rodzice. Albo same sobie poradzą z usunięciem stosownego oprogramowania, albo też sprawnie wyszukają w sieci sposobu, jak to zrobić. Poza tym, zawsze można pójść do kolegi, który nie ma takich ograniczeń i nagromadzić więcej pornografii, niż będą w stanie obejrzeć w czasie poza szkołą. Przecież na małym pendrive o pojemności 2 czy 4 GB zmieści się kilka filmów pełnometrażowych o dowolnej porno-tematyce, a krótkich klipów można tam wgrać kilkaset, a o zdjęciach nawet nie warto wspominać, bo ich może być nawet dziesiątki tysięcy. To nie są czasy mojej młodości, gdy wymiana pornografii polegała na przekazywaniu sobie wyświechtanej gazetki w formacie B5, przywiezionej przez kogoś z Zachodu. Nawet wtedy pornografia nie była niedostępna dla nieletnich, mimo formalnego zakazu, mimo braku internetu, mimo przedpotopowej technologii. Tak, jak przegrana jest wojna z pornografią w internecie, tak przegrana jest już wojna z wymianą cyfrowych danych twarzą w twarz. Tego się nie da odwrócić i warto byłoby, aby proponenci różnych “zakazów pornografii” mieli świadomość, że nie wiedzą, o czym mówią. To tak, jakby uchwalić zakaz chorób i złej pogody.

Uzupełnienie, trochę statystycznych informacji o pornografii w internecie:

Cóż więc pozostaje? Nie wiem. Ja proponuję oswajać i uodparniać dziatwę na pornografię. Wszakże to znaczna część ludzkiej działalności i nie ma sensu udawać, że nie istnieje i da się ją wyrugować jakimiś szamańskimi zaklęciami typu zakazy i ustawy. Wystawianie na pokuszenie może być dobrą kuźnią charakteru - ostatecznie, co to za mocny charakter, który okazuje prawość jedynie przy braku pokus? Dzieci muszą wiedzieć, że ludzie zajęci uprawianiem seksu raczej krzywdy sobie nie robią. I jest to coś, czym zajmuje się także tatuś i mamusia, tyle że może nie publikują wideo zapisów na stronach WWW (chyba że to robią, a wtedy warto dziecko uprzedzić, zanim dowie się od “życzliwych”). Jak musimy nauczyć dzieci odpowiedzialności w wielu sprawach, musimy je nauczyć odpowiedzialności w sprawie seksu. Ukrywanie seksu przed nimi nie jest rozwiązaniem.


Backup bloga

Z tematem automatycznych backupów bloga już się raz zmierzyłem. Wtedy zastosowałem BackupMyBlog, który przez jakiś czas zdawał się działać. Potem coś się zmieniło i przestało działać, a mnie się nie chciało tego przywrócić. Dodatkowo zniechęcił mnie fakt, że chciałem kiedyś przywrócić zawartość bloga na lokalnej maszynie właśnie z tej kopii bezpieczeństwa i nijak się nie dało.

Parę dni temu sumienie zaczęło mnie gryźć i zacząłem się rozglądać za usługą, która jednak zajmie się kopią bezpieczeństwa dla mojej twórczości. Ostatecznie to parę lat pisania i szkoda byłoby to stracić w przypadku jakiejś awarii. I tak trafiłem na BlogBackupOnline. Póki usługa jest darmowa, to się zapisałem i uruchomiłem. Nad poprzednim rozwiązanie ma ona taką zaletę, że podałem jedynie adres bloga, a resztą zajął się system sam i automatycznie. Nie ma potrzeby instalowania czegokolwiek, żadnych skryptów, żadnych haseł. Oczywiście nie jest to pełen backup bazy - program po prostu odczytuje publicznie dostępne wpisy i komentarze. Ale o to głównie chodzi - resztą jakoś da się odtworzyć, lub przeżyć stratę.


Atrybuty kotowatości

Coś dla miłośników kotów, do których, jak wiadomo, się zaliczam. Wybrane odcinki komiksu “9 Chickweed Lane” by Brooke McEldowney pod wspólnym tytułem “Hallmarks of felinity”. Kto na kotach się trochę zna, ten doceni.


Google pokazało palec swoim klientom

Jeśli ktoś chciał zobaczyć jaskrawy przykład, że systemy DRM poza swoimi rozlicznymi wadami, nie są wcale systemami przyjaznymi klientowi, dzięki którym jesteśmy w stanie “wyrwać” coś ze szponów dostawców treści medialnej, to otrzymał go właśnie od Google.

Usługa Google Video oferowała możliwość płatnego “zakupu” i ściągnięcia sobie wybranych materiałów wideo. Oczywiście ściągnięte dane były chronione systemem DRM. Niby były to nasze kopie, ale jak się właśnie okazało, zostały one jedynie “wypożyczone”. Google właśnie postanowiło zlikwidować system “sprzedaży” materiałów wideo i, przy okazji, zdezaktywować klientom wszystkie “sprzedane” filmy. Firma poinformowała, od 15 sierpnia wszystkie “zakupione” filmy odejdą w cyfrowy niebyt, czyli system DRM strzegący je przed piractwem zabroni ich odtwarzania. Dla tych, którzy “kupili” filmy po 18 lipca firma zaoferowała wirtualny kupon w kwocie $5 do wydania w wybranych sklepach online, ważny tylko przez 60 dni.

Czyli ładnie pokazała środkowy palec wszystkim tym, którzy myśleli, że jak kupują coś z systemem DRM, to jest to ich własność. I jeszcze nazwano tę operację “wysiłkiem na rzecz poprawy usług Google”.


Rząd spieprzy wszystko

Do czego się weźmie. Nawet rząd amerykański. Wywołuje wojnę z odległym kraju, “wygrywa ją”, potem okupuje go i organizuje tam lokalne siły bezpieczeństwa. Wyposaża je oczywiście w broń, z której przepada około 30%, najpewniej trafiając w ręce “terrorystów” i innych wrogów. Znika gdzieś 110 tysięcy kałachów i 80 tysięcy pistoletów, do tego równie dużo hełmów i kamizelek kuloodpornych. Dobra robota.


Nieoczekiwane skutki zakazu palenia

Brytyjczycy cali szczęśliwi, że ktoś uwolnił ich od papierosów w pubach, poznali także ciemne strony nowych rozporządzeń. Okazało się, że w pubach po prostu… śmierdzi. I to nie dymem papierosowym, ale całą gamą zapachów, które dym do tej pory skutecznie maskował. Chodzi o zapachy nieświeżego piwa i jedzenia, potu, wilgoci, kanalizacji, no i.. bąków puszczanych przez klientów.

Jakieś odświeżacze powietrza się na to znajdą. No i w końcu przecież można zakazać ludziom śmierdzieć - prawodawcy przecież nie znają umiaru, szczególnie w polowaniach na rozmaite czarownice.


Ocalmy kotka

Nazywa się Teddy i potrzebuje sporo kasy na operację. Wystarczy mieć kartę kredytową i trochę dobrej woli - każdy dolar się przyda.


Wcześniejsze wpisy »