Japończycy zaproponowali już technologię pozwalającą uprawiać seks zdalnie, na przykład przez internet.
Partnerka stymuluje elektronicznego penisa rękami, a specjalne urządzenie - wirtualna vagina - po drugiej stronie kabla (czy świata, bo to przecież ogólnoświatowa sieć), odtwarza tę stymulację na prawdziwym organie partnera. Jak piszą na stronie, to zestaw do “wirtualnych stosunków seksualnych w czasie rzeczywistym”. Można sobie nawet zarejestrować obraz partnerki wraz danymi o stymulacji i odtwarzać w dowolnej chwili.
Jak przystało na seksistowskich Azjatów, na razie beneficjentami systemu, przynajmniej jeśli chodzi o przyjemność seksualną są faceci, choć ten “motylek” na dole strony sugeruje, że i kobiety mogą coś skorzystać.
Niekoniecznie. Pewien psycholog przeprowadził eksperyment polegający na badaniu tego, jak blisko wyprzedają go samochody, gdy jedzie sobie rowerem w kasku oraz z gołą głową. No i wyniki są całkiem ciekawe. Okazało się, że kierowcy wyprzedzali go o średnio 8,5 centymetra bliżej, gdy jechał w kasku niż w przypadku jazdy z gołą głową. Co ciekawe, udawanie kobiety (peruka) owocowało dodatkowymi 5 centymetrami przestrzeni. Może w kasku bezpieczniej w sytuacji, gdy mamy fiknąć z rowerem do rowu, ale w kontaktach z samochodami kaski działają przyciągająco. Najlepiej jednak wyglądać na kobietę w kasku, bo to może zaowocować zwiększeniem bezpieczeństwa zarówno ze strony kierowców, jak i z faktu posiadania kasku.
Bardzo ciekawy film dokumentalny, bo bardzo bliski moim odczuciom w kwestii globalnego ocieplenia. Film po angielsku.
Uzupełnienie: Wiem, że do propaganda, niemniej jednak pokazuje dokładnie, że propaganda może zostać użyta w różnym celu. A co za tym idzie, niekoniecznie propaganda oznacza prawdę.
Natomiast:
- Być może jest globalne ocieplenie.
- Nie jestem przekonany, że to dzieło człowieka.
- A jeśli nawet, to co? Człowiek da radę, bez konieczności rezygnacji z rozwoju technologicznego. Ja tam uważam to za niezłą cenę za rozwój cywilizacyjny.
Cóż, nie przypuszczałem, że faza beta Wiedźmina będzie taka wyczerpująca i absorbująca. To jest proste i szybkie wytłumaczenie braku aktywności blogowej z mojej strony. Ech, co innego czasy, gdy byłem bezrobotnym. Nadrobię może jesienią. A teraz wracam do tematu.
Oczywiście wiem, że jest afera związana z Napisy.org, moim ulubionym serwisem napisowym. Dzielna policja, przy współudziale organizacji zbiorowego łupienia FOTA zlikwidowała groźną szajkę bandytów, która przestała już zagrażać naszym ulicom. Chodzi o ludzi, którzy hobbystycznie tłumaczyli ścieżki dialogowe filmów i seriali dostępnych w wielu źródłach, w tym, oczywiście, w źródłach nielegalnych. Wiadomość o aresztowaniu serwera w Niemczech plus aresztowania adminów i tłumaczy pojawiły się w największych krajowych mainstreamowych serwisach. Szybciutko napisał Vagla, wiadomości pojawiła się na Slashdocie czy BoingBoing. Głośna sprawa.
No ja nie mogłem napisać nic, choć śledziłem sytuację. W sumie prawu stało się zadość, a policja może się pochwalić “rozwojową sprawą”. No i edukują się, bo przynajmniej teraz wiedzą, że sam akt tłumaczenia nie może być nielegalny, więc trudno aresztować “nielegalnych tłumaczy”. Swoją drogą, pachnie to notkami i działalności milicji obywatelskiej za komuny, gdy likwidowała nielegalne wydawnictwa.
Niestety, nawał pracy nie pozwala mi tego szerzej skomentować. Warto poczytać jednak komentarze czytelników wielu z tych newsów, szczególnie u Vagli. Bywają zabawne, ale też jest sporo takich całkiem sensownych. Cóż, ja mogę jedynie stwierdzić - a nie mówiłem (chodzi o ostatni akapit)?
Ron Paul, republikański choć niezmiernie libertariański (kandydował w 1988 z ramienia Partii Libertariańskiej w wyborach prezydenta USA) kongresmen, ubiega się o nominację na kandydata do nadchodzącej prezydentury z ramienia Partii Republikańskiej. A że głosi poglądy dość radykalne, nawet jak na Republikanów, to zrobił się niezły szum. Ron Paul zaczyna wręcz zagrażać Gullianiemu, który dotychczas wiódł prym wśród potencjalnych kandydatów. Wszedłem sobie na Technorati.com, a tam Top Search to właśnie “ron paul”. Ludziska zaczynają się interesować tym, który bez ogródek wali prawdę prosto w oczy.
Już kiedyś pisałem o eksperymentalnym systemie komputerowym, który wykorzystywał całkowite zanurzenie komponentów komputera w oleju roślinnym jako skuteczne chłodzenie. Dziś wideo z podobnego eksperymentu z użyciem oleju mineralnego (łagodny środek przeczyszczający dla koni).
Gwoli uczciwości odnotowuję wywiad z Andrzejem Pilipiukiem, gdzie dostaje się infoanarchistom, czyli także mnie. Może bym się pokusił na kolejną polemikę z tezami wygłaszanymi przez znanego autora, ale raczej pozbawione jest to sensu. Trudno polemizować z nie wypowiedzianymi argumentami - przypominałoby to właśnie zabiegi pana Pilipiuka, który:
- Buduje odrażający albo lekceważący obraz swoich przeciwników: “garstki oderwanych od rzeczywistości idealistów”, “rzeszy lumpów”, nie różniących się od “nastoletniego złodziejaszka”, bazujących na “na najprostszym uczuciu – zazdrości”. Generalnie chorych, bo “Infoanarchizm to aberracja”.
- Wsadza nam w usta argumenty, których nie wysuwaliśmy (przynajmniej ja), po czym dzielnie je zwalcza.
Generalnie jest to zestaw typowych dla copyrightowych zamordystów frazesów, plus zachwalanie zalet istniejącego systemu. No i łatwiej “walczy” się z przeciwnikiem, gdy się najpierw go czytelnikom dobrze obrzydzi. A jak są brzydcy, to i pewnie racji mieć nie mogą.
No i jeszcze pewna kwestia merytoryczna - pada tam przykład Watta, który rzekomo nie skorzystał z należytej ochrony patentowej i rozwój maszyny parowej nie był tak dynamiczny, jak rzekomo mógłby być. Cóż, ja czytałem, że było zupełnie inaczej - dzięki patentowej ochronie i skutecznemu eliminowaniu konkurencji rozwój w dziedzinie maszyn parowych praktycznie ustał do czasu wygaśnięcia patentu. Ale to przecież lewacka propaganda…
Przyznaję, że gdy odkryłem projekt Pandora ponad rok temu, bardzo mi się on spodobał. Takie spersonalizowane radio internetowe nadające taką muzykę, jaką dokładnie lubię, w którym mam dość niezły wpływ na repertuar. Nie tylko ja poznałem się na zaletach tego serwisu, ale setki tysięcy innych użytkowników internetu (nie znam dokładnej liczby słuchaczy, ale chyba przekroczyła on milion). Formalnie radio funkcjonowało jedynie dla użytkowników z USA, co potwierdzało się wprowadzeniem stosownego amerykańskiego kodu pocztowego (np. 90210). I było nieźle.
Niestety, ostatnio pod naciskiem RIAA i organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, urząd decydujący o wysokości stawek opłat licencyjnych dla radia internetowego ogłosił nowe stawki, co zostało odebrane jako śmiertelny cios zadany właśnie w te radia. Ponieważ nowe stawki obowiązują retroaktywnie od 2006 i liczone są od każdego słuchacza. Choć są one niewielkie, tysięczne dolara, to przemnożone przez sporą liczbę słuchaczy i nadawanych utworów, dają olbrzymie kwoty, których znacząca większość internetowych nadawców nie udźwignie. W USA trwa obecnie bój o ocalenie internetowego radia w jego obecnej formie, który, mam nadzieję, przyniesie konkretne efekty. Ale póki co, każdy słuchacz radia to potencjalny gwóźdź do jego trumny.
Z tego też powodu Pandora postanowiła ograniczyć dostęp do swojego serwisu dla użytkowników spoza USA, oczywiście tym razem bazując na adresie IP, z którego dokonuje się połączenia. Jeśli adres ten pochodzi spoza USA, ukazuje się plansza z wyjaśnieniem, a potem cisza. Nie ma radia. Co za paranoja - rozgłośnia radiowa celowo ogranicza sobie ilość słuchaczy. Czy ktoś się spodziewał, że ponad wiek po wynalezieniu radia będziemy stosować takie sztuczki?
Oczywiście, wystarczy mieć amerykańskie proxy i będzie dobrze. Ale to i tak jest bez sensu.
Proszę, proszę, zrobiłem sobie parę dni wolnego od internetu (co, nawiasem mówiąc, było straszne) i przeoczyłem cyberrebelię!
Sprawa jest taka - hackerzy, co było do przewidzenia, dość sprawnie poradzili sobie ze złamaniem zabezpieczenia AACS “zabezpieczającego” treści zapisany na dyskach nowych formatów wysokiej rozdzielczości - HD-DVD i Blu-Ray. Najpierw udało się uzyskać konkretne klucze szyfrujące do wielu opublikowanych tytułów, a potem klucza “Processing Key”, który otwiera dostęp do wszystkich opublikowanych do tej pory dysków. Klucz owy to sekwencja 16 liczb szesnastkowych, nic dziwnego, że dość szybko pojawiła się na wielu stronach www, wpisach blogowych i postach na forach. Dżin został właśnie wypuszczony z butelki.
Wpisy te zostały zauważone przez czytelników i użytkowników serwisu Digg.com, w którym właśnie oni “wykopują” ciekawe i warte zobaczenia strony w sieci. Sekwencja liczb zaczęła robić niezłą karierę. I tutaj wkracza organizacja licencjonująca AACS, a właściwie jej armia prawników zaczęła wysyłać listy z prawnymi pogróżkami (cease and desist) domagające się zdjęcia z konkretnych stron informacji o tym kluczu, oczywiście na bazie ustawy DMCA, która zabrania publikowania, czy wspierania dystrybucji narzędzi służących do obchodzenia technicznych zabezpieczeń przed kopiowaniem.
Jednym z adresatów takiego pisemka był właśnie serwis Digg.com. Początkową reakcją było podporządkowanie się żądaniom kartelu. Ostatecznie jest to zawodnik wagi superciężkiej, z którym naprawdę niewielu może i ma ochotę się zmierzyć. Z indeksu Digg.com zniknęły odnośniki do artykułów zawierających klucz. Użytkownikom to się nie spodobało, bo Digg.com jest serwisem Web 2.0, czyli w całości opierającym się na działalności swoich użytkowników. Zaczęli oni “wykopywać” strony z kluczem znacznie szybciej niż administratorzy serwisu byli w stanie je usuwać. W efekcie na głównej stronie pokazującej aktualnie najbardziej popularne strony w danym momencie pojawiły się w pewnym momencie wyłącznie strony z kluczem. Właściciele serwisu zrozumieli, co chcą im swym działaniem przekazać użytkownicy i oświadczyli, że rezygnują z cenzury i od tego momentu będą bronić interesów swojej społeczności a nie kartelu medialnego. Rebelianci wygrali, a ogień rebelii rozlał się na sieć. O ile początkowo Google notowało jedynie kilka tysięcy strony z kodem klucza, obecnie ilość stron przekracza 1,700,000. Tyle, jeśli chodzi o tajemnicę.
Ed Felten ciekawie podsumowuje przyczyny cybernetycznego przewrotu. VaGla też napisał. Tylko ja zostałem na końcu, bo miałem wakacje offline, motyla noga.
Mam na tę okazję ciekawy cytat z amerykańskiego sitcomu “News radio”:
“Joe, get this off there!. Get it off there okay!”
“You can’t take something off the Internet.”
“What?!”
“It’s like trying to take pee out of a swimming pool. Once it’s in there, it’s in there.”
Po polsku:
- Joe, usuń to stamtąd! Usuń to!
- Nie można usunąć czegoś z internetu.
- Co?
- To jak próba usunięcia sików z basenu. Jak się tam znajdą, to tam są.
Aha, nie może i u mnie zabraknąć tego ciągu szesnastkowych liczb, który chce zachować w tajemnicy organizacja AACS: 09 F9 11 02 9D 74 E3 5B D8 41 56 C5 63 56 88 C0
















