Przesiadka na Linuxa

Kiedyś naszło mnie, aby spróbować, czy Linux (a konkretnie dystrybucja Ubuntu) jest już systemem, który do moich zainteresowań i komputerowych potrzeb może skutecznie zastąpić Windows XP i przeznaczone na ten system aplikacje. Postanowiłem to sprawdzić i wrażenia opisać na pobocznym blogu “Przesiadka na Linuxa“.

Niestety, nie udało się - mimo szczerych chęci, sprawę załatwił brak sterowników do najnowszego nabytku, czyli karty dźwiękowej Sound Blaster X-Fi. Niby mają się pojawić w drugim kwartale 2007, ale to się okaże. Wtedy może wrócę do tematu. Na razie Windowsy wygrały. Ale ogólne wrażenie było bardzo pozytywne, i gdyby nie ta przygoda z dźwiękiem, eksperyment trwałby dalej.


Eliminacja pośredników

Carbon Based Lifeforms to znakomita szwedzka grupa muzyczna uprawiająca styl muzyczny acid ambient. Zajrzałem dziś na ich stronę, a tam taka informacja:

If you downloaded our music on p2p or otherwise and still want to pay us, feel free to donate.

I to mi się podoba. Skorzystałem z podanego odsyłacza do serwisu PayPal i zapłaciłem bezpośrednio artystom, z pominięciem wszystkich pośredników i organizacji zbiorowego zarządzania. Ach, gdyby wszyscy tak robili…


Odpowiedź na osobiste pytania

Jeden z czytelników zadał mi następujące osobiste pytanie:

A mógłbym zadać osobiste pytanie? Sam popieram ułatwienie (co najmniej) dostępu do broni i zgadzam się z poglądem, że można by zabić wszystkim, broń jest po prostu łatwiejszym narzędziem. Jednak zawahałbym się przed kupnem broni, trzymanie jej w domu to nie tylko bezpieczeństwo, ale i zwiększona odpowiedzialność.A pan posiada broń? Zdecydowałby się na jej zakup?

Początkowo odpowiedziałem w komentarzu, ale potem postanowiłem zrobić z tego pełnoprawny wpis. Oto on.

Nie posiadam broni w znaczeniu obowiązującej obecnie ustawy o broni i amunicji. Posiadam natomiast “urządzenia pneumatyczne”, wg. mnie też broń, a właściwie narzędzia, które wymagają zachowywania podobnych rygorów bezpieczeństwa, jak broń palna, choć są mniej niebezpieczne. Są to: wiatrówka oraz marker paintballowy.

Wiatrówki używamy (ja i żona) do strzelania rekreacyjnego do rozmaitych celów nieożywionych. Bardzo miła rozrywka w ciepłe weekendy. No i zawsze uczy czegoś, co nie wiadomo, kiedy może się przydać, czyli zgrywania muszki, szczerbinki i celu. Doskonale połączenie przyjemnego z pożytecznym.

Marker paintballowy to sprzęt niezbędny do uprawiania sportowej odmiany paintballa (speedballa). Czyli gry według określonych zasad, rozgrywanej na specjalnym boisku.

Co do odpowiedzialności - znani mi strzelcy wiatrówkowi, czyli fani tej odmiany strzelectwa, zachowują się niezmiernie odpowiedzialnie, przynajmniej podczas strzelania. Z paintballistami jest trochę gorzej, bo ze względu na poprawność polityczną unika się kojarzenia markerów z bronią, co powoduje, że wielu młodych ludzi ma lekceważący stosunek do bezpieczeństwa. Niemniej jednak, kwestie bezpieczeństwa odgrywają tutaj też ważną rolę i zazwyczaj nie jest tak źle. Bywa, że traktowanie ludzi jak odpowiedzialnych, czyni ich takimi. A z pewnością traktowanie ludzi jak dzieci, czyni ich nieodpowiedzialnymi. To pewnie przyczyna, dla której nieodpowiedzialność obecnie przeżywa taki rozkwit.

Czy zdecydowałbym się na zakup broni? Tak. Jeśli zadecydowałbym, że właśnie potrzebuję tego narzędzia. Tak, jak zdecydowałem się na zakup posiadanych przeze mnie broni pneumatycznych.

Czy czułbym się odpowiedzialny za posiadane niebezpieczne narzędzia? Pewnie. Czuję się odpowiedzialny przecież za te 1.5 tony żelastwa, którym poruszam się codziennie po drogach. Statystycznie rzecz biorąc, to brak odpowiedzialności ze strony kierowców czyni znacznie więcej szkód niż nieodpowiedzialni posiadacze broni palnej.

Jak ktoś jest nieodpowiedzialny, wystarczą mu zapałki.


Oni potrafią zatroszczyć się o bezpieczeństwo

Jakiś rok przed strzelaniną na kampusie Virginia Tech próbowano przeforsować prawo, które pozwalałoby studentom i wykładowcom wnosić tamże posiadaną legalnie broń. Stanowe Zgromadzenie Ogólne odrzuciło ten projekt, co radośnie skomentował rzecznik Virginia Tech, czyli uczelni, gdzie miały miejsce niedawne tragiczne wydarzenia: “Jestem pewien, że społeczność uniwersytecka docenia działania Zgromadzenia Ogólnego, gdyż pomogą one rodzicom, studentom, kadrze i gościom czuć się bezpiecznie w naszym kampusie”,

Cóż, nie jestem pewien, czy są to słowa, które chcieliby teraz usłyszeć bliscy ofiar. Ale tak to jest, gdy w sprawa życia i śmierci decydują emocje i uprzedzenia, zamiast rozum i logika. Dobrze to ujął Charles Reese w artykule na LewRockwell.com, który obszernie zacytuję:

Pozwólcie mi przedstawić, w jaki sposób mylą się ci, którzy chcą ograniczyć dostęp do broni palnej. Po pierwsze i najważniejsze, oni boją się ludzi i im nie ufają. Właściwie to nam mówią, że choć nigdy się nie spotkaliśmy, to nie można nam zaufać w kwestii posiadania broni. Chcieliby tego w ogóle zabronić, a gdy nie mogą, to chcą uczynić to tak trudnym i drogim, jak tylko jest to możliwe.

Tomasz Jefferson zaobserwował, że bez względu na wiek czy jak kto się sam określa, ludzie dzielą się na dwie grupy. Jedna boi się i nie ufa ludziom, druga kocha i szanuje ludzi. Zauważyłem to, gdy na Florydzie trwała debata dotycząca stanowego prawa do noszenia ukrytej broni. Powinniście usłyszeć te niedorzeczne stwierdzenia moich kolegów z gazety, wypowiadane całkiem szczerze.

Przecież będą strzelaniny na każdym rogu, a nawet w kolejkach w supermarketach. Prawo uchwalono i, oczywiście, żadna z tych złowieszczych przepowiedni się nie sprawdziła. To było tak, jakby nie znali nikogo prócz swej wąskiej kliki. Dlaczego ktoś myślałby tak źle o innych obywatelach? Cóż, elita tak robi, a ograniczenie dostępu do broni to jeden z politycznych celów elity.

Drugi powód dlaczego zwolennicy ograniczenia dostępu do broni są w błędzie, to dlatego, że są nielogiczni. Weźmy taki przykład. Przestępcy rutynowo noszą broń ukrytą, niezależnie czy prawo na to pozwala, czy nie. Czyli proponowane ograniczenie nie wpłynie na przestępców. Kwestią zatem było, czy uczciwi ludzie mogą nosić ukrytą broń. Na szczęście ustawodawcy na Florydzie stwierdzili, że tak.

Jedna kongreswoman stwierdziła, że gdyby ciągle istniał zakaz posiadania 15-nabojowych magazynków, to nie zginęłoby tyle ludzi w Virginia Tech. I znów brak tu logiki. Faktem było, że w tej strzelaninie, jak to zwykle bywa, jedyną osobą z bronią był zabójca. Jeśli chcesz wystrzelić 60 pocisków, możesz to zrobić z czterema magazynkami 15-nabojowymi lub sześcioma 10-nabojowymi, czy nawet dziesięcioma 6-nabojowymi. Praktycznie nie ma wcale różnicy, jeśli ludzie, do których strzelasz są bezbronni.

Tak swoją drogą, to prawo ograniczające dostęp do broni zagwarantowało, że wszystkie ofiary zabójcy był nieuzbrojone. Prawo, które stwierdza, że nie możesz mieć broni palnej na terenie kampusu. Cóż, jak widzicie, morderca nic sobie z tego prawa nie robił. [...]

Kolejnym błędem zwolenników zakazów posiadania broni jest twierdzenie, że tylko policja powinna mieć broń palną, bo oni nas ochronią. O? To jak to się stało, że jeden człowiek zabił 32 ludzi? Gdzie była policja? A tak naprawdę, to zobaczcie każde morderstwo w tym kraju. Oczywistym jest, że w każdy bez wyjątku przypadku policji nie udało się ochronić ofiary.

A to dlatego, co wie każdy z odrobiną rozsądku, że policja nie może być wszędzie, i jeśli staniesz twarzą w twarz z bandytą, jesteś zdany jedynie na siebie. Jeśli bandyta jest uzbrojony, a ty nie, to możesz pożegnać się ze swoimi czterema literami.

To, co mogło powstrzymać morderstwa w Virginia Tech, to broń w rękach profesora lub studenta. Niestety, wszyscy oni stali się ofiarami tych, którzy chcą zabronić dostępu do broni palnej.

Tak to właśnie jest, gdy emocje i uprzedzenia decydują o życiu i śmierci, zamiast logika i rozum. Jak to jest, że ludzie mądrzy i rozsądni przegrywają w tej debacie?


EURO 2012

Zabierałem się do napisania czegoś na ten temat, ale ktoś zrobił to już znakomicie za mnie. Krzysztof Pochmara “PYRRUSOWE ZWYCIĘSTWO”.


Lustracji nadszedł czas

Ponoć muszę się zlustrować. Moje teksty zostały opublikowane w jakiejś prasie, co niby czyni mnie dziennikarzem. A właściwie osobą pełniącą funkcję publiczną, bo każdy dziennikarz jest przy okazji osobą pełniącą funkcję publiczną, przynajmniej w definicji z ustawy lustracyjnej. A dziennikarz to ten, kto jest takowym według ustawy Prawo Prasowe:

dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, pozostająca w stosunku pracy z redakcją albo zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji,

Przy tej definicji to rzeczywiście dziennikarzem jest ktokolwiek, kto będzie miał styczność z materiałem prasowym:

materiałem prasowym jest każdy opublikowany lub przekazany do opublikowania w prasie tekst albo obraz o charakterze informacyjnym, publicystycznym, dokumentalnym lub innym, niezależnie od środków przekazu, rodzaju, formy, przeznaczenia czy autorstwa,

No a prasa to:

prasa oznacza publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą, a w szczególności: dzienniki i czasopisma, serwisy agencyjne, stałe przekazy teleksowe, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne oraz kroniki filmowe; prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, w tym także rozgłośnie oraz tele - i radiowęzły zakładowe, upowszechniające publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania; prasa obejmuje również zespoły ludzi i poszczególne osoby zajmujące się działalnością dziennikarską,

Skoro publikuję w prasie, to jestem dziennikarzem, osobą sprawującą funkcję publiczną, a więc podlegającą lustracji. I tutaj zachodzi ciekawa zjawisko - dziennikarzem jestem najczęściej nieświadomie, często nawet bezwiednie. Teksty publikowane na moim blogu są objęte licencją Creative Commons Uznanie Autorstwa i każdy redaktor może je sobie wziąć, zredagować, opublikować, a wszystko bez każdorazowej mojej zgody i wiedzy, byle podał autora/źródło. Zgoda znaczy jest domniemana, bo wynika z opublikowanej licencji, ale wiedza już niekoniecznie. Czy mogę w ten sposób jakoś kontestować obowiązek lustracji? Bo nie jestem dziennikarzem z mojego wyboru, ale tak mimo chodem. Czy mogę odpowiedzieć nie na ten obowiązek i w zasadzie jakie czekają mnie konsekwencje?

Z lustracją jako taką nie mam problemu, bo nie współpracowałem ze służbami PRL, ani też nie współpracuję ze służbami obecnego reżimu. Wypełniłem nawet stosowne oświadczenie i pewnie je wyślę. Choćby po to, aby nie współpracować z zwolennikami obecnego bojkotu, wśród których pewnie od TW aż się roi. Choć mi się lustracja w takiej formie nie podoba, nie chcę z nimi stanąć w jednym rzędzie. Bo oni nie dlatego są przeciwni lustracji w tej formie, bo narusza wolność, choćby wykonywania zawodu dziennikarza, ale dlatego, że nie chcą ujawnienia swej tajnej współpracy.

Ja nie chcę lustracji. Chcę ujawnienia. Czyli zdigitalizowania całych archiwów i najlepiej zatrudnienia Google do udostępnienia tych informacji każdemu, kto zechce je oglądać. I to wystarczy.


Kontrola wersji dla każdego, naprawdę!

Już kiedyś zachęcałem moich czytelników do zapoznania się z ideą systemów kontroli wersji, nawet popełniłem pewien tutorial, w którym wyjaśniałem, jak korzystać z systemu Subversion. O ile starałem się wyjaśnić wszystko w miarę przystępnie, zdaje sobie sprawę, że to może nie wystarczyć wielu użytkownikom - dla nich posługiwanie się narzędziem typu TortoiseSVN będzie wciąż zbyt skomplikowane.

Okazało się, że jest narzędzie, które nadaje się dla każdego i nie wymaga praktycznie nauki. Taka kontrola wersji dla opornych. Niemalże plug and play. Oto FileHamster!

To bardzo prosta w obsłudze aplikacja, której zadaniem jest “pilnowanie” wyznaczonych przez nas plików lub folderów i automatyczne zachowywanie wszelkich zmian, które w tych folderach i plikach dokonujemy. Nie trzeba pamiętać o jakichś specjalnych operacjach, raz zdefiniowany mechanizm działa po prostu sam. Nie dość, że mamy kopię wszystkich dokonanych zmian, to jeszcze jest to doskonały mechanizm tworzenia kopii zapasowych, szczególnie gdy bazę zmian umieścimy na innym fizycznym dysku niż nasz roboczy, bo jest to zabezpieczenie na wypadek sprzętowej awarii jednego z nich - albo stracimy pliki robocze albo archiwum poprzednich wersji, ale zawsze zostanie nam ostatni efekt pracy.

Jak to działa? Bardzo prosto. Instalujemy aplikację, która sobie siedzi w zasobniku systemowym (trayu) i obserwuje to, co chcemy, aby obserwowała. Może to być cały folder z jego zawartością, albo też jedynie konkretny plik roboczy, który sobie zmieniamy. Gdy program wykryje, że dokonaliśmy w pliku jakiejś zmiany, automatycznie kopiuje nową wersję do specjalnego folderu - bazy zmian. Każda modyfikacja może powodować skopiowanie nowej wersji, w ten sposób tworzy się zestaw poprzednich wersji danego pliku - jeśli zajdzie potrzeba, zawsze możemy przywrócić dowolną z nich! Możemy komentować dokonane zmiany, dzięki temu łatwiej będzie na zdecydować się, która z zachowanych wersji jest najlepszym kandydatem do odzyskania. Jeśli przypadkowo skasujemy jakiś przydatny plik, zawsze możemy go odzyskać!

Program jest w pełni konfigurowalny. Możemy wykluczyć z wersjonowania pewne rodzaje plików w folderze roboczym, np. pliki tymczasowe. Możemy sterować ilością wykonywanych kopii - niekoniecznie chcemy zachowywać każdą zmianę, szczególnie gdy mamy zwyczaj zapisywać pliki często, nawet bez dokonywania zmian. Możemy decydować ile poprzednich wersji plików chcemy zachowywać, czy jak długo - ale zawsze możemy “zabezpieczyć” daną wersję pliku przez zniknięciem i będzie ona przechowywana tak długo, jak tego zechcemy. Możliwa jest też automatyczna kompresja danych, jeśli nie mamy za dużo miejsca na dysku, albo chcemy przechowywać naprawdę wiele poprzednich wersji.

Już nie trzeba rozmnażać danego pliku na wiele różnych, jeśli chcemy dokonywać w nim “niepewnych” zmian. Teraz wystarczy po prostu odzyskać jedną z poprzednich wersji, gdy przekonamy się, że nowy pomysł wcale nie był taki dobry.

Dla FileHamstera nie ma znaczenia z jakimi rodzajami plików pracuje. Jeśli się zmieniają, może zachowywać ich poprzednie wersje. Jest do narzędzie naprawdę dla każdego: programisty, artysty, muzyka, dziennikarza, literata, czy ucznia. Sam go używam i gorąco polecam.

W dobie tanich i pojemnych dysków twardych nie trzeba już oszczędzać na nich miejsca. Warto zainstalować ten użyteczny program i zadbać o bezpieczeństwo swoich danych oraz komfort twórczej pracy.


Piraci 10 Legale 1

New York Times oświecił nas, że ilość ściągniętych nielegalnie plików muzycznych jest 10 razy większa od ilości utworów ściągniętych legalnie. Zbadała to jedna z firm grupy monitorującej rynek NPD. Są główne dwa powody takiej właśnie proporcji: łatwość pozyskania utworów nielegalnych oraz dostępność i taniość pamięci masowych, czyli dysków twardych.

No właśnie. Aby ściągnąć sobie legalny utwór muzyczny, musimy skorzystać z oferty jakiegoś sklepu online. Tam czeka nas proces logowania, selekcji - trzeba dokonywać rozważnego wyboru, bo przecież każdy utwór kosztuje i szkoda kupować czegoś, co się nam potem nie spodoba, płacenia, no i wreszcie właściwego ściągnięcia. W nagrodę za ten wysiłek otrzymujemy plik muzyczny obłożony systemem DRM, który za nas decyduje, gdzie możemy go odtwarzać, najczęściej przywiązując utwór do konkretnego odtwarzacza muzycznego czy komputera. Niby utwór jest nasz, bo za niego zapłaciliśmy, ale tak naprawdę, to sklep za nas decyduje, co możemy z nim zrobić. No i jesteśmy w swoim wyborze ograniczeni do oferty danego sklepu - jak nie ma w nim tego, co nas interesuje, to nic nie możemy z tym zrobić.

Natomiast pirat nie ma takich problemów. Proces logowania załatwia za niego aplikacja P2P. Rozterek związanych z wyborem nie ma, bo jak się okaże, że to nie jest to, to można po prostu skasować pliki i o nich zapomnieć. Ściągnięte utwory są w przenośnym formacie MP3, który zadziała wszędzie, na każdym komputerze i na każdym odtwarzaczu. Można je nagrać na przenośnego playerka, odsłuchiwać z komputera, z płyty CD w wieży, a nawet w samochodzie. Możemy też podzielić się z rodzeństwem, dziewczyną czy kumplami. Wybór jest olbrzymi, od najświeższych hitów, po trudne do zdobycia gdziekolwiek indziej starocie i muzyka niszowa. Wadą tego systemu są rzekomo przymierający głodem artyści, ale to nie porusza raczej sumień zatwardziałych piratów. Czemu zresztą trudno się dziwić, porównując obie te oferty.

Co do pojemności dysków, to raczej niewiele tutaj się zmieni, poza stały zwiększaniem się pojemności i spadkiem ceny. Ja obecnie mam podłączone do mego systemu 690 GB przestrzeni dyskowej, w znacznej części nieużywanej. I wcale nie musiałem sprzedać rodowych klejnotów, aby posiąść te 5 dysków - po prostu zostawały mi po poszczególnych upgrade’ach systemu. To jest dużo więcej niż jestem w stanie zapełnić i na razie nie widzę możliwości, aby to się miało jakoś zmienić.

Nic dziwnego, że oba wymienione wyżej powody są właśnie przyczyną obecnego stanu rzeczy. To jest kolejny przykład tego, że technika wyprzedza stare myślenie na temat koncepcji “własności” intelektualnej. Będziemy musieli się nieźle nabiedzić, aby ściąganie nielegalnej muzyki uczynić bardziej skomplikowanym od zakupu muzyki legalnej. O zmniejszeniu pojemności dysków i ich ceny nawet nie wspomnę. Technologicznie nie jest to możliwe, ani też nie ma sensu, więc pozostają jedynie metody prawne: taksacja, inwigilacja i penalizacja. Ja wiem, państwo nie takie rzeczy potrafi, więc szykujmy się na najgorsze.


Przyłapani

Dwójka 14-letnich uczennic w Nowej Zelandii, przygotowując się do naukowego pokazu postanowiła przekonać się, ile faktycznie witaminy C znajduje się w różnych napojach, w tym w reklamowanym napoju Ribena wyprodukowanym przez farmaceutycznego giganta GlaxoSmithKline. Efektem eksperymentu było stwierdzenie, że Ribena zawiera znacznie mniej niż “4 razy tyle witaminy C, ile jest w soku pomarańczowym”. Dziewczęta udały się z tą kwestią do koncernu, który je olał, co spowodowało, że uczennice zwróciły się do z tym tematem telewizji.

I tutaj wkroczyli urzędnicy, czyli jakaś tamtejsza komisja handlu. Ukarano koncern karą w wysokości 227 tys. dolców nowozelandzkich, co w skali drugiego na świecie koncernu farmaceutycznego jest kwotą śmieszną (ponad 8 miliardów dolarów amerykańskich zysku rocznie) i zmuszono koncern do przeprowadzenia akcji korygującej fałszywe reklamy.

Oczywiście karę i w ogóle właściwe postępowanie niby zawdzięczamy w tym wypadku urzędnikom. Przy każdej dyskusji dotyczącej zasadności utrzymywania takich urzędów i w ogóle regulacji, choćby właśnie reklamy, powołuje się właśnie na takie. Bo źli kapitaliści zawsze by okłamywali biednych konsumentów i sprzedawali im same badziewia zamiast porządnych produktów, dodatkowo przymuszając wszystkich do zakupów przez reklamę, której żaden dorosły, a na pewno dziecko nie są w stanie się oprzeć.

No i mamy dobry przykład, że wcale tak nie jest. To całkiem prywatni konsumenci, w tym wypadku dwie nastoletnie uczennice, zadbali o to, aby oszustwo wyszło na jaw. To dopiero dzięki telewizji o sprawie dowiedzieli się ci, którzy niby tym powinni się zajmować. I to w zasadzie powinno wystarczyć, aby “przekonać” koncern do zmiany stanowiska w kwestii fałszywej reklamy. W dobrym systemie rozstrzygania sporów, wystarczyłoby też zebrać oszukanych konsumentów, którzy oskarżyliby koncern o wyłudzenie od nich pieniędzy pod wpływem fałszywej reklamy.

A tak mamy urzędników, którzy gdyby nie dwie uczennice, w tej sprawie nie zrobiliby nic. Bo by o niej nawet nie wiedzieli, a zresztą po co mieliby jej szukać, skoro w szukaniu takich spraw najskuteczniejsi są ci, którzy mają w tym swój własny interes. Więc po co się wysilać? Zawsze ktoś coś znajdzie, a urząd dzięki temu pokaże, że jest niezbędny.

Co do samej kary, to żadna to kara, bo to zaledwie czterdziestotysięczna część dochodów koncernu. Dla każdego z nas byłaby to “kara” o wymiarze nie przekraczającym jednego złotego. Na dodatek cała ta kara wyląduje w jakimś budżetowym worze bez dna, co z pewnością mało ucieszy tych, którzy padli ofiarą kłamliwej reklamy. To oni powinni dostać rekompensatę za kupno napoju, który nie spełniał reklamowanych norm. A z drugiej strony, być może nikomu to nie przeszkadza, że nie było w napoju tyle witaminy C, ile twierdzono i nie ma żadnych poszkodowanych? Rozwiązanie, w którym sami poszkodowani dochodzą sprawiedliwości jest bardziej sprawiedliwy od systemu, w którym jakaś urzędnicza komisja ocenia ile ma wynosić kara. Na dodatek sam koncern chętniej zapłaci taką niewielką karę, aby “mieć spokój” i uwolnić się od roszczeń ewentualnych poszkodowanych.

Jak widać, gdy nie ma mechanizmów rynkowych, albo są one ograniczane i regulowane, to zawsze jest źle. Urzędnik nie jest receptą na powszechną szczęśliwość.