Polemika

Udzieliłem wywiadu dla eCzas.net, a z tym wywiadem pozwolił sobie popolemizować Andrzej Pilipiuk. Postanowiłem teraz przedstawić moją odpowiedź. Trochę czasu zajęło mi zabranie się za tę polemikę, bo nie jestem pisarzem i moja praca, niestety, oznacza codzienne, kilkunastogodzinne siedzenie przed komputerem, że o takich przyjemnościach jak wizyta w bibliotece nie wspomnę.

Jestem pisarzem - jednym z nielicznych w kraju “zawodowym” - tzn. żyję tylko z pisania książek. (a realia są takie, że muszę opublikować 2-3 rocznie żeby związać koniec z końcem). I mam w związku z tym głupie pytanie: z czego bym żył i utrzymywał rodzinę gdyby zgodnie z głoszonymi postulatami zniesiono prawo autorskie?

I to jest istotna deklaracja, bo od razu wyjaśnia, o co chodzi w tym sporze. Nie będziemy się spierać o takie kwestie, jak konflikt pomiędzy własnością tradycyjną, a intelektualną, o sztucznej “rzadkości” idei, o kulturę “read-write” i temu podobne górnolotne sprawy. Bo pisarzowi chodzi o tzw. konkret, czyli kto zapewni, że będzie zawsze zarabiał tak, jak to robił do tej pory. W tym kontekście dziwi mnie, że zarzuca mi bolszewizm, skoro pierwszym jego argumentem przeciw moim jest postulat, pod którym może śmiało się podpisać dowolny robotnik upadającej fabryki państwowej czy PGRu. Nie jest istotne, czy reguły, które zapewniały mi dotychczas utrzymanie są słuszne, ważne, abym miał z czego żyć.

Okay, to jest argumentacja bardzo często stosowana, ale naprawdę trudno mi przyjąć, że automatycznie daje ona temu, kto ją stosuje jakąś moralną wyższość w tym sporze, co zdaje się sugerować mój przeciwnik.

Tak, jak wynalazek druku pozbawił zajęcia mnichów przepisujących księgi, a samochód był ciosem w woźniców, tak zmiany technologiczne, których wciąż doświadczamy, nieuchronnie pozbawiają ludzi zajęcia zmuszając ich do znalezienia sobie innego sposobu zarobkowania. Tak było, jest i będzie i nie rozumiem dlaczego miałoby się to zmienić teraz, akurat dla twórców. Zachodzące zmiany technologiczne wskazują, że pojęcie “własności” intelektualnej i tak przestanie mieć sens. Jestem przekonany, że nic nie będzie można w tej sprawie zrobić i czym wcześniej twórcy sobie to uświadomią, tym łatwiej będzie im rozkwitać w nowych warunkach. Ja wręcz działam w ich dobrze pojętym interesie, choć z dużym wyprzedzeniem.

I pytanie drugie: zakładając, że znalazłbym inne źródła utrzymania, co motywowałoby mnie (oraz innych autorów) do dalszego pisania książek o ile w ogóle znalazłbym na to czas, tak pisanie książek wymaga czasu. To nie tylko siedzenie przed kopem i wklepywanie znaczków. Czasem trzeba odwiedzić bibliotekę archiwum, odbyć wizję lokalną etc.

Niezmiernie to wzruszające, ale naprawdę trudno to uznać za szczególnie ciężką pracę, wymagającą specjalnego traktowania. Na dodatek argument “motywacyjny” chyba całkiem nieźle został obalony przez Ebena Moglena w tekście “Anarchizm triumfujący: wolne oprogramowanie i śmierć praw autorskich“. Przypominam, że motywacja płynąca z monopolu zapewnianego przez prawa autorskie jest wynalazkiem dość nowym - utwory literackie obejmuje dopiero od 18. wieku, a inne formy twórczości w większości pojawiły się w zakresie działania tego prawa dopiero w wieku 20. I zawsze to twórczość wyprzedzała stosowną legislację, co jest jasnym przykładem tego, że motywacja wynikająca z faktu prawnej ochrony nie jest zawsze potrzebna.

Uważam, że infoanarchizm to po prostu nowa odmiana “starego dobrego” marksizmu. Taki trochę upudrowany i poperfumowany trup. Bo, do czego się tak naprawdę sprowadza? Do pozbawienia człowieka materialnych efektów jego pracy. Do brutalnego ograbienia jednostki przez niedefiniowalny “ogół”. W dodatku p. Miąsik nie sili się nawet na wymyślenie “gwarancji” ani “zabezpieczeń” - czyli ogół mnie grabi kompletnie za darmo, nie fundując mi nawet emerytury, że o stypendiach twórczych nie wspomnę.

Czegoś podobnego nie wymyśliła nawet pratrockistowska cywilizacja Inków - tam za swoją pracę dostawałeś przynajmniej łachy na grzbiet, miskę kukurydzy i szopę do spania. Czegoś podobnego nie wymyślili nawet narodowi socjaliści w gettach i obozach koncentracyjnych - tam za pracę był pasiak, prycza w baraku i czasem i miska wodnistej zupy.

Może gdzieś w wywiadzie nie wyraziłem się dostatecznie jasno - ja wcale nie postuluję odbieranie nikomu prawa do należnego wynagrodzenia za pracę. Przypominam, że Wiliam Szekspir był wynagradzany za swą pracę, a za jego czasów nie istniały pojęcia ani praw autorskich, ani też własności intelektualnej. Jak widać, nie są one potrzebne do zapewniania wynagrodzenia za pracę, bo do tego wystarczy tylko ktoś, kto zechce to wynagrodzenia zapłacić.

Uważam, że za pracę należy się płaca, oczywiście za pracę pożyteczną, która komuś posłuży. Ale skoro lekarzowi za “naprawę” naszego zdrowia płacimy raz niezależnie jak długo potem tym zdrowiem się cieszymy, nie widzę powodu, dla którego beneficjentom praw autorskich trzeba płacić zawsze, gdy w jakiś sposób obcujemy z efektami ich pracy. Oczywiście, nie zawsze tak jest, ale to jest kierunek, w którym nieuchronnie zmierza cały ten system. Na razie płacimy przy okazji dokonywania adaptacji danego dzieła - np. przy użyciu muzyki w filmie, przy adaptacji książki na film, przy zmianie sposobu dostarczenia danego dzieła (kaseta wideo, DVD, internet). Ale wiadomo, że marzeniem medialnych karteli jest doprowadzenie do sytuacji “pay per view”, gdy będziemy płacić zawsze i za każdym razem (patrz DRM).

Chcę, aby twórcy otrzymywali wynagrodzenie za pracę. Nie chcę, aby to wynagrodzenie zapewniał im państwowy aparat policyjny zamykający do więzień młodych ludzi, którzy traktują komputery i sieci jak coś normalnego, używając ich do przesyłania bitów, przekształcania ich wedle własnego uznania i dzielących się tym wszystkim z innymi. Uważam to zbyt wygórowaną cenę bezpieczeństwa socjalnego twórców.

Kiedyś kontrola i egzekwowanie praw autorskich było łatwiejsze, bo dotyczyły one praktycznie tylko przedsiębiorców - najpierw drukarzy, potem dodatkowo przedstawicieli rynku muzycznego czy telewizyjnego. Obecnie taka kontrola z konieczności obejmuje miliony ludzi, ponieważ każdy z nas posiada kilka czy kilkanaście urządzeń, które mogą być używane do naruszania praw autorskich, z komputerem osobistym i internetem na czele. I każdy z nas narusza te prawa autorskie codziennie, często zupełnie nieświadomie. A to dlatego, że stoją one w jawnej sprzeczności z naturalnym staniem rzeczy. W świecie cyfrowych bitów, nie można nad nimi zapanować, jak dawniej panowało się nad cechem drukarzy. Idee z 18. wieku nie dają rady w wieku 21.

Może to pana Miąsika zszokuje, ale praca twórcza nie różni się specjalnie od pracy w fabryce. Żeby powstała książka trzeba posiedzieć kilkadziesiąt - kilkaset godzin i wyklepać na klawiaturze te 500-700 tyś znaków. O wymyśleniu treści etc. nie wspominam.

Ja doskonale wiem na czym polega praca twórcy, wszakże zajmuję się tworzeniem gier komputerowych i to dłużej niż pan Pilipiuk pisarstwem. Przez te kilkanaście lat nawymyślałem się sporo, a o klepaniu w klawiaturę nawet szkoda gadać. Być może pana Pilipiuka zaszokuje wiadomość, że są ludzie, którzy zrzekają się ochrony praw autorskich, a mimo to żyją lepiej niż większość z nas. Ba, są nawet pisarze science-fiction (Cory Doctorow czy Charles Stross), czyli zawodowa grupa, która powinna być panu Pilipiukowi bardzo bliska, którzy udostępniają swoje wybrane dzieła każdemu za darmo, a mimo tego wciąż całkiem nieźle sprzedają swe książki i mają z czego żyć? To jak jest z tą socjalną koniecznością i motywacją?

Skoro pan Miąsik uważa, że nie jest to praca warta wynagrodzenia może niech zaproponuje np. górnikowi żeby wydobyty przez niego węgiel też przekazać bezpłatnie ogółowi? Albo niech zabiera swojemu kotu upolowane myszy i robi z nich dekoracje uliczne ku radości współobywateli.

Tak, jak górnik nie może kontrolować tego, co się dzieje z wydobytym węglem i decydować, kto i jak dany węgiel sobie zużyje, tak chciałbym, aby twórca w momencie podzielenia się ze światem swoim dziełem, nie mógł już kontrolować, co się z tym dziełem dzieje. I to nie dlatego, że chcę twórcom szczególnie dokuczyć, ale dlatego że jest to po prostu niemożliwe. Przynajmniej bez uczynienia nas wszystkich niewolnikami wszystkich twórców (a w świetle konwencji berneńskiej każdy może zostać twórcą i naszym panem) i totalnej inwigilacji. Jeśli jest to wizja świata miła panu Pilipiukowi, to kto tu jest bolszewikiem?

Do kogo trafiają takie idee? naturalnym ich odbiorcą jest lumperka (socjalizm zawsze opierał się na lumpach). młodzi ludzie o dwu lewych łapkach, którzy nie są w stanie samodzielnie zarobić na płytę z grą lub filmem. Co niepokojące idee te podchwytują też zwolennicy partii prawicowych - a więc ludzie, którzy etos pracy oraz świadomość związku między pracą a bogactwem (i posiadaniem dóbr), powinni mieć we krwi. Czyżby i UPR toczył rak socjalistycznej lumperki!?

Jest dla mnie głęboko szokujące (oraz niepokojące), że redakcje czasopism i witryn, prokapitalistycznych nie dostrzegają, iż stały się one tubą propagandową czystej wody bolszewizmu. Kiepsko tam u was Panowie z formacją intelektualną i moralną dziennikarzy…

O ile do tej pory nie było w zasadzie merytorycznej argumentacji za prawami autorskimi, poza utylitarystycznym argumentem o motywacji i socjalistycznym o zapewnieniu utrzymania, to w tym momencie pan Pilipiuk zdecydował się sięgnąć po czysto erystyczne zagranie i pyknąć argument przez zastraszanie. Jeśli zgadzasz się z poglądami Miąsika, to jestem lumpem o dwóch lewych łapkach, pozbawionym etosu i niegodnym miana prawicowca i prokapitalisty. Czyli jesteś niegodzien pojawiania się w porządnym, prawicowym towarzystwie, więc lepiej przywołaj się natychmiast do porządku! Może to efektowny chwyt erystyczny, ale argument żaden.

Jestem pewien, że moglibyśmy sobie poważnie podyskutować z panem Pilipiukiem na temat praw autorskich w wieku cyfrowych technologii, szczególnie przy dobrym trunku. Być może bym go nie przekonał, ale z pewnością polemika poruszyłaby znacznie ważniejsze kwestie niż socjalne problemy twórców. Ale to wymagałoby trunku, miejsca i chęci do oderwania się od spraw przyziemnych. Może kiedyś…

Kończąc ten tekst, chciałbym dodać, że szanuję pana Pilipiuka jako pisarza. Wszystkie dotychczas przeczytane jego książki kupiłem, często tuż po ukazaniu się ich drukiem, bo jestem fanem jego twórczości i polecam ją każdemu. A przecież mogłem je “ukraść”, bo przecież nie miałbym z tego powodu wyrzutów sumienia. To tylko pokazuje, że można wciąż zarabiać na książkach bez konieczności uciekania się do przemocy prawa autorskiego.


Komentarze (7)
Gravatar

No właśnie - z sytuacją taką jak powyższa polemika spotykam się na co dzień gdy próbuję tłumaczyć co rozumiemy pod hasłem zniesienia praw autorskich. Wydaje mi się że słusznym jest odwoływanie się do postaci historycznych. Przypominajmy że prawa autorskie to wynalazek XX wieku. Może ktoś wreszcie zrozumie.


Gravatar

mnie w tej argumentacji calej mecza dwie rzeczy:
- dowolania do historii, w gruncie rzeczy niewiadomo po co. ze dana idea, to zmodyfikowana wersja [przy okazji nie lubianej] idei z przeszlosci. dla mnie to zadna argumentacja - rownie dobrze mozna rozlozyc prawa autorskie na czynniki pierwsze i prownac spora ich czesc do faszyzmu. najgorsze jest jednak w tym wszystkim uderzanie konkretnych ludzi, ktorzy widza sens w danej idei. wierze w zniesienie praw autorskich [chociaz sam jestem i bede niejako ich beneficjentem jako jakiegos rodzaju tworca], wiec jestem, jak to napisal pisarz - lumpem, nie potrafiacym zarobic na to czego slucham/ogladam. otoz - potrafie zarobic i zarabiam - kupuje kiedy mam ochote i wybor. kiedy slysze i widze jak dane dzielo “chronione” jest np. technologia DRM - nie kupuje go chocbym mogl - a to dlatego, ze jestem przeciwny idei DRM.
- druga meczaca kwestia jest nierobstwo, w sensie intelektualnym. wiele osob, polemizujacych z pogladami jakie reprezentuje p. Maciek lub ja mowia - ok - to jak ja mam zarabiac? nie wysilaja sie nawet aby sprobowac wymyslec jakis sposob. dziwi mnie wtedy nazywanie ich tworcami. na zarabianie tworczoscia jest n innych sposobow - tylko kazdy z nich wiaze sie z wiekszym niz aktualne ryzykiem. trzeba zaryzykowac i sprawdzic czy dany pomysl jest pomyslem dobrym. to tak jak zalozenie firmy - jezeli nie jestes pewien, ze twoj pomysl na firme sie sprawdzi - nie zakladaj jej, albo chociaz badz swiadom ryzyka.
w takich momentach powstaje mi w glowie pytanie - a co pan autor robilby, gdyby wiekszosc czytelnikow uznalo jego tworczosc za szmire? ustalby z zalozonymi rekoma, tupnal noga i spytal “jak wam sie nie podoba to co pisze, to powiedzcie mi jak mam zarabiac?!”?
i dlaczego niektorzy tworcy potrafia zarabiac, niekoniecznie ograbiajac swoich fanow z 1/10 pensji, wydajac np. plyte za 5, a nie 50 zl?

kiedy czytam takie teksty, to ciezko mi je nazwac nawet polemika. polemika opiera sie na kontrargumentacji, a ja nie widze takowej w samych tylko pretensjach, ze mi jest tak dobrze, a jak zes taki madry to wymysl mi sposob, zeby bylo mi lepiej w twojej wizji swiata.
przykro mi - upadek praw autorskich nadejdzie - predzej czy pozniej. nic nie jest w stanie nieskonczenie dlugo opierac sie i stac w opozycji do naturalnych praw czlowieka. to nie stanie sie dzis ni jutro - wiec skoro pan autor jest malo tworczy w kwestii swojego zarobkowania - radze odkladac na ta emeryture juz teraz.
swiat zawsze czekaly i beda czekac zmiany - co madrzejsi do tych zmian potrafili sie i beda potrafic sie dostosowac i nawet niezle na tym wyjsc. za n lat nikt poza historykami nie bedzie pamietal o wynalazku praw autorskich, a zapewniam Pana, ze tworcy i autorzy beda zyli i beda tworzyc, a nawet zyc dostatnie.
i na koniec pragne z zalem przeczytac, iz jedyna Panska motywacja sa pieniadze.. moze warto pomyslec nad zmiana zawodu, a pisarstwo traktowac jak hobby. w koncu jezeli mozna - wypadaloby robic to co sie lubi, a nie tylko to co daje pieniadze..


Gravatar

cóż, do pana Pilipiuka żywię urazę równie głęboką co poszanowanie dla jego twórczości a wynikającej z przedstawienia anarchistów jako popleczników bolszewii, ale to oddzielna dyskusja,
na temat natomiast proponuje przedstawić https://copycan.org/ - jako przykład utrzymania dla pana pisarza - zakładając że dalej tą książkę czy dwie rocznie napisze, i że fakt darmowego dostępu do książki po jej “wykupieniu” ją spopularyzuje, mógł by sobie ustawiać wyższą cenę na każdą kolejną, efektem zwiększyć swoje dochody i być szczęśliwym kapitalistą

o ile oczywiście nie przeszkadza mu zarabianie na pomysłach parszywych lewackich anarchistów (w końcu pewno bolszewia jakaś)

zresztą, jestem chyba niezły dowodem że pan Pilipiuk raczy się mylić, będąc anarchistą, znieważanym przez niego w jego książkach, i doskonale wiedząc że bez problemu mogę pozyskać efekty jego pracy za darmo, czy to ściągając kopię z internetu czy wynosząc książkę ze sklepu, bo zabezpieczenia fizyczne też nie są trudne to przekroczenia, raczę własny czas spieniężać i kupować jego książki co by pan Pilipiuk też miał co jeść


Gravatar

Heh. Tak sobie wlasnie przypominam ze jakis czas temu naciagnalem autora bloga na mala dysputke filozoficzna i nic z tego nie wyszlo. Ale teraz mam pewna wskazowke ktora moze pomoze w walce z oskarzeniami o bolszewizm.Moze nawet autor zechcialby sie ustosunkowac do tego w oficjalnym wpisie.O ile nie powtarzam sie… ale mam chwilke wiec nie ukrywam ze nie przeczytalem wszystkiego…

Ok. Do rzeczy. W calej idei anarchizmu najbardziej zgubny jest ten obledny nacisk na “darmowosc”. To jest to co sciaga do ruchu masy lewacko myslacych ignorantow ktorzy robia niedzwiedzia przysluge.Moze przydaja sie teraz kiedy kazdy glos sie liczy ale z biegiem czasu zaloze sie ze odbije sie to czkawka…

A wiec - nie chodzi o to ze cos jest “darmowe” dlatego ze wcale tak nie musi byc! Jestem gotow sobie dac uciac lape - tu tu. Ze gdyby nie rezim IP to sytuacja tak by sie rozwinela ze ludzie i tak by placili za to. Oczywiscie niepomiernie mniejsze sumy! Ale placiliby, z wlasnej woli i wyboru. A robiliby to bo cena jaka by placili bylaby cena rynkowa.Nie chce wchodzic teraz w szczegoly - ale tak by bylo. Symulacje prosze sobie samemu przeprowadzic.Ew moge potem cos zasugerowac. Czasami ta cena rynkowa bylaby rowna zero czasami nie.Popatrzmy na fakty - w USA piractwo jest relatywnie male.Nie dlatego ze ludzie nie chca miec duzo za darmo - ale dlatego ze do niedawna dvd, cd, ksiazki i inne produkty byly tam smiesznie tanie! I zwyczajnie sie to oplacalo. Teraz ceny ciut wzrosly i cala sprawa zaczyna sie rozkrecac.Nie tylko dlatego ale wg mnie przede wszystkim.

Gdyby w momencie powstania napstera - pogdybajmy - ktos (wytwornia) poszedl do glowy i udostepnil muzyke online…Ale nie jak dzis , 99c za pojedyncza kopie ale po faktycznej cenie odpowiadajacej hipotetycznej rynkowej wartosci - dajmy na to 33c (byloby mniej ale nie teraz, nie teraz) i do tego oferowal mozliwosc sciagniecia wzorca w bezstratnym formacie.to Napster raczej moglby nie pociagnac dlugo. …

Anarchizm nie wymaga zeby wszystko dawac za darmo.Dzis tak sie dzieje bo tylko darmowosc jest w stanie przebic sie przez legislacyjno-terrorystyczna zapore IP-gestapo i ich wladcow…Ani klient ani artysta nie bylby pokrzywdzony… Jedyni ktorzy by stracili to wmawiajacy nam co chcemy sluchac i wozacy sie limuzynami z jednej balangi na druga bonzowie…


Gravatar

Dzisiejszy system nie wymaga zadnej konkurencji. Muzycy maja wszystko w d… produkuje sie chlam a przeciez nic nie stoi na przeszkodzie wlasnej produkcji i dystrybucji - prosze popatrzec na Marillion (Marbles)a przeciez to nawet nie w 50% prawdziwie niezalezna produkcja. Gdybym wiedzial ze pieniadze ktore place ida na konto artysty z ktorego oplaca produkcje, promocje (a przeciez o ile ulatwia to siec!) i inne bajery (koncerty tez przeciez mozna organizowac droga przedsprzedazy czy zapisow i nie ma ryzyka utopienia sie z kasa!) to nie mialbym nic przeciwko zeby to oplacic. A zdajac sobie sprawe ze 75% ceny dzisiejszego nagrania idzie na marze, posrednikow i bonzow z wytworni (i ich projekty typu miliony niesprzedajacych sie girlbandow)cena bylaby symboliczna a zaloze sie ze jakos duzo lepsza - z bonusami typu klipy, dema, material live etc etc.Bo przeciez to byloby czescia produkcji plyty…

A w momencie kiedy artysta przeciagalby strune muzyka i reszta rozchodziliby sie lewymi kanalami.Do czasu az by sie nie poprawil bo kazdy woli zaplacic artyscie niz “piratowi”…

A jesli juz mowimy o muzyce to warto nadmienic cos co przyczyni sie do pointy. Prawdziwi muzycy nie pobierali prawie zadnych oplat bo bylaby to doskonala metoda promocji (nawet sprzedajac plyte z dolara czy cos) przed tym na czym artysci faktycznie zarabiaja - koncertami.

Stad tez odpowiadajac na pytanie pisarzyny ktory sie boi o swoje utrzymanie. Jesli jest ktos jest tak kiepskim pisarzem ze nie potrafi sie przebic i sprzedac, zaintrygowac ludzi… to moze faktycznie zamiast napedzac maszyne zeby sprzedawac dwie-trzy mierne ksiazeczki rocznie wziasc sie za stolarke? Przynajmniej uczciwa praca… a nie naciaganie na bandytyzm!


Gravatar

Gratuluje wspanialego wpisu!
Rzeczowa i spokojna polityka a pan Pilipiuk robi z siebie durnia uzywajac chybionej argumentacji.
Bardzo podoba mi sie przywolanie realiow


[...] nie trzeba tłumaczyć o co chodzi… w tym zakresie warto zajrzeć na polemikę Miąsika i Pilipiuka, fascynujące jest to kto może zostać “bolszewikiem” z racji wyrażania odmiennych [...]


Dodaj swój komentarz

* - pola wymagane. Adres e-mail nie będzie upubliczniony.