Co tu dużo gadać. Puchar Świata po raz czwarty. Trzy zwycięstwa w trzech ostatnich konkursach tego weekendu. A ja w niego nie wierzyłem. Dobrze podsumowuje to ten wpis na Wpiszu - Mała Wąsata Madafaka. Ale na pewno nie jest to nudne.
A co mnie szczególnie cieszy - to sport indywidualny, gdzie liczy się najbardziej ten kolo, który zapina narty, jedzie w dół, a potem szybuje. Żaden tam kolektywizm i drużyna. Samotny, biały żagiel. Mistrz Swobodnego Opadania.
Dziś większość serwisów obiegła wiadomość podana przez Chipa parę dni temu, że jakiś sąd w USA, całkiem słusznie, odrzucił ustawę, która miała rzekomo bronić dzieci przed dostępem do pornografii w internecie, jako godzącą w wolność słowa. Zamiast jednak zatytułować notkę np. “Wolność słowa wygrywa”, mamy wszędzie, także w serwisach mniej lub bardziej wolnościowych tytuł “Amerykański sędzia mówi: ‘Nie zabraniać dzieciom pornografii!’“. Sam już tytuł to jest zamordystyczny przykład manipulacji, i co gorsza, powielany jest przez wszystkich, także tych, którzy powinni być choć trochę na takie sprawy wyczuleni.
W treści notki nie ma nic, co by uprawniało taki tytuł. Jest jasno napisane, że sędzia jest przeciwnikiem dostępu treści szkodliwych do dzieci, ale uważa zaskarżoną ustawę za bardzo zły mechanizm, który ma taki dostęp regulować. A to z powodu, że godzi ona w wolność słowa. Nie wiem, dlaczego według autora wiadomości oznacza to, że sąd wręcz zaleca podawanie dzieciom pornografii? Ja wiem, że dla wielu fakt, że alkohol można kupić w sklepie jest automatycznie propagowaniem alkoholizmu, ale w pewnych kręgach nie powinniśmy powielać takich chorych schematów myślenia.
No a odmiana “libertanianów” jasno pokazuje, że pisał tego newsa człowiek, który o wolności nie wie za wiele.
Kładka nad Wielkim Kanionem, o której już kiedyś pisałem, została właśnie otwarta. Fajnie, szkło i 1200 metrów przestrzeni pod stopami.
Jeden z czytelników mojego bloga pozwolił sobie przepytać mnie na okoliczność moich poglądów nt. “własności” intelektualnej. Poniżej odrobinę przeredagowany i poszerzony fragment mojej odpowiedzi.
Okres ważności praw autorskich powinien zostać mocno skrócony (np. do 1-2 lat), ale praw autorskich całkowicie nie powinno się likwidować.
Okay, ja też być może zadowoliłbym się znacznym skróceniem okresu ochrony, ale tak naprawdę, czemu nie do 6 miesięcy? Albo do 4 lat? To jest podstawowy problem z utylitarnym uzasadnieniem potrzeby praw autorskich - jedna osoba uzna, że 2 lata to jest optimum, a inna, że 70 lat od śmierci autora to i tak za mało.
Ale tak naprawdę nie tutaj tkwi problem. Z normalną własnością jest tak, że “ogrodzenia tworzą dobrych sąsiadów”, czyli jasno widać, co jest czyje i kiedy następuje zamach na własność. Łatwo też pilnować przestrzegania tej własności. No i z normalnej własności zazwyczaj może cieszyć jedna osoba na raz, co jest głównym motywem zasady wykluczania nie-właścicieli z panowania nad czyjąś własnością. Z “własnością” intelektualną jest inaczej.
Naprawdę niedługo każdy efekt ludzkiej działalności intelektualnej, czy przedmiot praw autorskich, zostanie zakodowany w postaci cyfrowej, czyli ciągu bitów. A te mają taką własność, że się doskonale i prawie bez dodatkowych kosztów mnożą, czyli występują w nieskończonej obfitości. I teraz pytanie - jak “ogrodzić” coś, co jest nieskończone? Jak skontrolować każdą kopię jakiejś idei? Jak łatwo stwierdzić, że jest przechowywana, przesyłania i użytkowania zgodnie z wolą “właściciela”?
Oczywiście mogę sobie wyobrazić system, który usiłuje sprawować całkowitą kontrolę na zapisaną cyfrowo “własnością” intelektualną. Ale nie chciałbym w nim żyć, bo byłby on gorszy od przerażających wizji przedstawianych w powieściach science-fiction. Świat totalnej kontroli cyfrowej informacji, w którym wszystkie urządzenia, które mogą taką informację przechowywać czy przetwarzać są także w pełni kontrolowane przez właścicieli “własności” intelektualnej. W którym nie my jesteśmy faktycznymi właścicielami tych materialnych przecież urządzeń, ale twórcy wspierani przez państwo (a właściwie międzynarodowe korporacje i kartele medialne, bo to oni są zazwyczaj stroną w tym sporze, a nie jacyś twórcy).
Przesada? Nie, to już się dzieje. Już mamy na rynku mnóstwo urządzeń, których działanie jest w pełni kontrolowane albo przez ich producentów albo kartele medialne - konsole do gier, odtwarzacza MP3, odtwarzacze DVD. Stosowna legislacja pozbawia właściciela możliwości obchodzenia mechanizmów kontroli, a aparat państwowy pilnuje, aby “prawo” było przestrzegane. Policja chodzi po domach w poszukiwaniu “pirackich” programów, filmów i muzyki - jeszcze nie wsadza do więzień, ale i tak wyrok za piractwo to wyrok. Producenci nowatorskich urządzeń boją się wypuszczać je na rynek, aby nie ściągnąć na siebie gniewu karteli - zamiast postępu mamy technologiczne hamowanie.
Chciałbym, aby zwolennicy utrzymania, a nawet rozszerzenia obecnego reżimu praw autorskich przedstawili jakąś naprawdę wiarygodną wizję, jak zamierzają egzekwować swoje prawo “własności” w nieodległej przyszłości? Niech zdradzą, jak zamierzają przeglądać nam na dyski komputerów, jak będą kontrolować transmisję danych w internecie, jak będą karać tych wszystkich, którzy będą próbować nie dać się zamknąć w przygotowywanej dla nich klatce reżimu. Niech zdradzą nam swoje plany na wyjęcie spod prawa narzędzi do szyfrowania i zapewnienia anonimowości w sieci. Niech powiedzą, jak będą kontrolować działanie urządzeń elektronicznych, w tym komputera PC, abyśmy nie gwałcili ich “wartości”. Niech powiedzą jasno, że nie interesuje ich dozwolony użytek osobisty. Niech przejrzyście zarysują wizję, w której oni sprawiają kompletną kontrolę. Chcę, aby wszyscy ją zobaczyli, bo jest naprawdę przerażająca. Gdyż to jest jedyna logiczna konsekwencja konceptu “własności” intelektualnej w świecie cyfrowej informacji.
Ja nie chcę, aby świat poszedł w tym kierunku. Szerzę propagandę, aby ludzie mieli świadomość tego, co się już dzieje. No i mam nadzieję, że jednak technologia wygra ten wyścig, bo postęp w tej dziedzinie jest niesłychany, a policja i legislatorzy to jednak organizmy państwowe, a więc bardzo niewydolne. Choć zawsze mają w zanadrzu dzieci - które trzeba chronić przez złym dotykiem i pornografią. Kiedyś bronili systemu, teraz dzieci. Efekt zawsze ten sam - mniej wolności.
Od pewnego czasu zabieram się za napisanie czegoś o pornografii (i dzieciach, bo pamiętajmy od dzieciach!), ale jakoś się nie składa. Tymczasem nasi okupanci z koalicji, którzy chcą sobie zrobić trochę pozytywnego pijaru wśród konserwatywnego elektoratu, postanowili się zabrać się za pornografię. Typowy temat zastępczy mający za zadanie odwrócenie uwagi od spraw istotniejszych.
Znaczy w trosce o moralne zdrowie społeczeństwa pozbędą się pornografii. Jak pisze Vagla.pl:
Wedle projektu penalizacja ma dotyczyć rozpowszechnia treści oraz “tworzenia, przechowywania, przesyłania, przenoszenia albo przewożenia”, jednakże z zastrzeżeniem celu, tj. rozpowszechniania właśnie
Jak przystało na prawo tworzone przez kretynów, jest ono pełne niejasności. Bo brakuje definicji pornografii, no i świetnym zabiegiem jest określenie “przechowywanie, przenoszenie, itd” w celu rozpowszechniania. Bo jak mam faktycznie pokazać, że przechowywana przeze mnie pornografia nie jest w celu “rozpowszechniania”? Mam ją w formie cyfrowej, którą idealnie i szybko mogę powielać. Jestem podłączony do internetu, czyli ogólnoświatowej sieci wymiany danych. Przejście ze stanu “przechowywania dla własnych celów” do “przechowywania w celu rozpowszechnienia” to kwestia decyzji i uruchomienia odpowiedniej aplikacji.
O takim detalach jak wolność, szkoda nawet wspominać, bo przecież to są zamordyści do szpiku kości. Dobre mają chęci, a dobrymi chęciami to Piekło jest wybrukowane. Ale popieram działania naszej kolacji z jednego powodu - chcę zobaczyć jak sobie poradzą z pornografią w internecie. Warto będzie to zobaczyć…
Bardzo ciekawa mapka pokazująca stopień inwazji państwa w prywatność swoich obywateli. W Europie prym wiedzie Wielka Brytania i Rosja - państwa totalnej inwigilacji. Jak widać Wielki Brat i Ingsoc to nie były takie tam fantastyczne bajania - Orwell widział potencjał tkwiący w Anglikach.
A tak przy okazji, właśnie okazało się, że dobrowolny program otrzymywania dowodów osobistych w Wielkiej Brytanii, które ceną jest przekazanie państwu wszystkich informacji na swój temat, począwszy od danych biometrycznych (odciski palców, skany twarzy i tęczówki), po wiele innych informacji na swój temat (medycznych, bankowych, podatkowych, itp.), wcale nie jest dobrowolny. Znaczy jest, o ile zamierza się do końca życia pozostać na wyspie, bo bez przystąpienia do programu nie otrzyma się paszportu.
UK w ogóle postanowiło chyba zrealizować wizję z “1984″. Orwell najwyraźniej przecenił możliwości państwowych organizacji ustalając tamtą datę, ale fakt, że UK zmieni się w państwo Wielkiego Brata przewidział bardzo celnie. Wielki Brat śledzi cię, przynajmniej jeśli jeździsz samochodem.
Jako że Che Guevara nie jest moim ulubieńcem, muszę skierować wszystkich, które podzielają moją antypatię do tej postaci na tekst pt. “Paradox Che“.
Obiegł większość serwisów, które czytam, więc czemu nie miałby pojawić się u mnie, skoro fajny:

Oczywiście ze strony firm muzycznych, które zafundowały radiom niesłychanie wygórowane stawki opłat licencyjnych. Więcej na copyfight.pl
Udzieliłem wywiadu dla eCzas.net, a z tym wywiadem pozwolił sobie popolemizować Andrzej Pilipiuk. Postanowiłem teraz przedstawić moją odpowiedź. Trochę czasu zajęło mi zabranie się za tę polemikę, bo nie jestem pisarzem i moja praca, niestety, oznacza codzienne, kilkunastogodzinne siedzenie przed komputerem, że o takich przyjemnościach jak wizyta w bibliotece nie wspomnę.
Jestem pisarzem - jednym z nielicznych w kraju “zawodowym” - tzn. żyję tylko z pisania książek. (a realia są takie, że muszę opublikować 2-3 rocznie żeby związać koniec z końcem). I mam w związku z tym głupie pytanie: z czego bym żył i utrzymywał rodzinę gdyby zgodnie z głoszonymi postulatami zniesiono prawo autorskie?
I to jest istotna deklaracja, bo od razu wyjaśnia, o co chodzi w tym sporze. Nie będziemy się spierać o takie kwestie, jak konflikt pomiędzy własnością tradycyjną, a intelektualną, o sztucznej “rzadkości” idei, o kulturę “read-write” i temu podobne górnolotne sprawy. Bo pisarzowi chodzi o tzw. konkret, czyli kto zapewni, że będzie zawsze zarabiał tak, jak to robił do tej pory. W tym kontekście dziwi mnie, że zarzuca mi bolszewizm, skoro pierwszym jego argumentem przeciw moim jest postulat, pod którym może śmiało się podpisać dowolny robotnik upadającej fabryki państwowej czy PGRu. Nie jest istotne, czy reguły, które zapewniały mi dotychczas utrzymanie są słuszne, ważne, abym miał z czego żyć.
Okay, to jest argumentacja bardzo często stosowana, ale naprawdę trudno mi przyjąć, że automatycznie daje ona temu, kto ją stosuje jakąś moralną wyższość w tym sporze, co zdaje się sugerować mój przeciwnik.
Tak, jak wynalazek druku pozbawił zajęcia mnichów przepisujących księgi, a samochód był ciosem w woźniców, tak zmiany technologiczne, których wciąż doświadczamy, nieuchronnie pozbawiają ludzi zajęcia zmuszając ich do znalezienia sobie innego sposobu zarobkowania. Tak było, jest i będzie i nie rozumiem dlaczego miałoby się to zmienić teraz, akurat dla twórców. Zachodzące zmiany technologiczne wskazują, że pojęcie “własności” intelektualnej i tak przestanie mieć sens. Jestem przekonany, że nic nie będzie można w tej sprawie zrobić i czym wcześniej twórcy sobie to uświadomią, tym łatwiej będzie im rozkwitać w nowych warunkach. Ja wręcz działam w ich dobrze pojętym interesie, choć z dużym wyprzedzeniem.
I pytanie drugie: zakładając, że znalazłbym inne źródła utrzymania, co motywowałoby mnie (oraz innych autorów) do dalszego pisania książek o ile w ogóle znalazłbym na to czas, tak pisanie książek wymaga czasu. To nie tylko siedzenie przed kopem i wklepywanie znaczków. Czasem trzeba odwiedzić bibliotekę archiwum, odbyć wizję lokalną etc.
Niezmiernie to wzruszające, ale naprawdę trudno to uznać za szczególnie ciężką pracę, wymagającą specjalnego traktowania. Na dodatek argument “motywacyjny” chyba całkiem nieźle został obalony przez Ebena Moglena w tekście “Anarchizm triumfujący: wolne oprogramowanie i śmierć praw autorskich“. Przypominam, że motywacja płynąca z monopolu zapewnianego przez prawa autorskie jest wynalazkiem dość nowym - utwory literackie obejmuje dopiero od 18. wieku, a inne formy twórczości w większości pojawiły się w zakresie działania tego prawa dopiero w wieku 20. I zawsze to twórczość wyprzedzała stosowną legislację, co jest jasnym przykładem tego, że motywacja wynikająca z faktu prawnej ochrony nie jest zawsze potrzebna.
Uważam, że infoanarchizm to po prostu nowa odmiana “starego dobrego” marksizmu. Taki trochę upudrowany i poperfumowany trup. Bo, do czego się tak naprawdę sprowadza? Do pozbawienia człowieka materialnych efektów jego pracy. Do brutalnego ograbienia jednostki przez niedefiniowalny “ogół”. W dodatku p. Miąsik nie sili się nawet na wymyślenie “gwarancji” ani “zabezpieczeń” - czyli ogół mnie grabi kompletnie za darmo, nie fundując mi nawet emerytury, że o stypendiach twórczych nie wspomnę.
Czegoś podobnego nie wymyśliła nawet pratrockistowska cywilizacja Inków - tam za swoją pracę dostawałeś przynajmniej łachy na grzbiet, miskę kukurydzy i szopę do spania. Czegoś podobnego nie wymyślili nawet narodowi socjaliści w gettach i obozach koncentracyjnych - tam za pracę był pasiak, prycza w baraku i czasem i miska wodnistej zupy.
Może gdzieś w wywiadzie nie wyraziłem się dostatecznie jasno - ja wcale nie postuluję odbieranie nikomu prawa do należnego wynagrodzenia za pracę. Przypominam, że Wiliam Szekspir był wynagradzany za swą pracę, a za jego czasów nie istniały pojęcia ani praw autorskich, ani też własności intelektualnej. Jak widać, nie są one potrzebne do zapewniania wynagrodzenia za pracę, bo do tego wystarczy tylko ktoś, kto zechce to wynagrodzenia zapłacić.
Uważam, że za pracę należy się płaca, oczywiście za pracę pożyteczną, która komuś posłuży. Ale skoro lekarzowi za “naprawę” naszego zdrowia płacimy raz niezależnie jak długo potem tym zdrowiem się cieszymy, nie widzę powodu, dla którego beneficjentom praw autorskich trzeba płacić zawsze, gdy w jakiś sposób obcujemy z efektami ich pracy. Oczywiście, nie zawsze tak jest, ale to jest kierunek, w którym nieuchronnie zmierza cały ten system. Na razie płacimy przy okazji dokonywania adaptacji danego dzieła - np. przy użyciu muzyki w filmie, przy adaptacji książki na film, przy zmianie sposobu dostarczenia danego dzieła (kaseta wideo, DVD, internet). Ale wiadomo, że marzeniem medialnych karteli jest doprowadzenie do sytuacji “pay per view”, gdy będziemy płacić zawsze i za każdym razem (patrz DRM).
Chcę, aby twórcy otrzymywali wynagrodzenie za pracę. Nie chcę, aby to wynagrodzenie zapewniał im państwowy aparat policyjny zamykający do więzień młodych ludzi, którzy traktują komputery i sieci jak coś normalnego, używając ich do przesyłania bitów, przekształcania ich wedle własnego uznania i dzielących się tym wszystkim z innymi. Uważam to zbyt wygórowaną cenę bezpieczeństwa socjalnego twórców.
Kiedyś kontrola i egzekwowanie praw autorskich było łatwiejsze, bo dotyczyły one praktycznie tylko przedsiębiorców - najpierw drukarzy, potem dodatkowo przedstawicieli rynku muzycznego czy telewizyjnego. Obecnie taka kontrola z konieczności obejmuje miliony ludzi, ponieważ każdy z nas posiada kilka czy kilkanaście urządzeń, które mogą być używane do naruszania praw autorskich, z komputerem osobistym i internetem na czele. I każdy z nas narusza te prawa autorskie codziennie, często zupełnie nieświadomie. A to dlatego, że stoją one w jawnej sprzeczności z naturalnym staniem rzeczy. W świecie cyfrowych bitów, nie można nad nimi zapanować, jak dawniej panowało się nad cechem drukarzy. Idee z 18. wieku nie dają rady w wieku 21.
Może to pana Miąsika zszokuje, ale praca twórcza nie różni się specjalnie od pracy w fabryce. Żeby powstała książka trzeba posiedzieć kilkadziesiąt - kilkaset godzin i wyklepać na klawiaturze te 500-700 tyś znaków. O wymyśleniu treści etc. nie wspominam.
Ja doskonale wiem na czym polega praca twórcy, wszakże zajmuję się tworzeniem gier komputerowych i to dłużej niż pan Pilipiuk pisarstwem. Przez te kilkanaście lat nawymyślałem się sporo, a o klepaniu w klawiaturę nawet szkoda gadać. Być może pana Pilipiuka zaszokuje wiadomość, że są ludzie, którzy zrzekają się ochrony praw autorskich, a mimo to żyją lepiej niż większość z nas. Ba, są nawet pisarze science-fiction (Cory Doctorow czy Charles Stross), czyli zawodowa grupa, która powinna być panu Pilipiukowi bardzo bliska, którzy udostępniają swoje wybrane dzieła każdemu za darmo, a mimo tego wciąż całkiem nieźle sprzedają swe książki i mają z czego żyć? To jak jest z tą socjalną koniecznością i motywacją?
Skoro pan Miąsik uważa, że nie jest to praca warta wynagrodzenia może niech zaproponuje np. górnikowi żeby wydobyty przez niego węgiel też przekazać bezpłatnie ogółowi? Albo niech zabiera swojemu kotu upolowane myszy i robi z nich dekoracje uliczne ku radości współobywateli.
Tak, jak górnik nie może kontrolować tego, co się dzieje z wydobytym węglem i decydować, kto i jak dany węgiel sobie zużyje, tak chciałbym, aby twórca w momencie podzielenia się ze światem swoim dziełem, nie mógł już kontrolować, co się z tym dziełem dzieje. I to nie dlatego, że chcę twórcom szczególnie dokuczyć, ale dlatego że jest to po prostu niemożliwe. Przynajmniej bez uczynienia nas wszystkich niewolnikami wszystkich twórców (a w świetle konwencji berneńskiej każdy może zostać twórcą i naszym panem) i totalnej inwigilacji. Jeśli jest to wizja świata miła panu Pilipiukowi, to kto tu jest bolszewikiem?
Do kogo trafiają takie idee? naturalnym ich odbiorcą jest lumperka (socjalizm zawsze opierał się na lumpach). młodzi ludzie o dwu lewych łapkach, którzy nie są w stanie samodzielnie zarobić na płytę z grą lub filmem. Co niepokojące idee te podchwytują też zwolennicy partii prawicowych - a więc ludzie, którzy etos pracy oraz świadomość związku między pracą a bogactwem (i posiadaniem dóbr), powinni mieć we krwi. Czyżby i UPR toczył rak socjalistycznej lumperki!?
Jest dla mnie głęboko szokujące (oraz niepokojące), że redakcje czasopism i witryn, prokapitalistycznych nie dostrzegają, iż stały się one tubą propagandową czystej wody bolszewizmu. Kiepsko tam u was Panowie z formacją intelektualną i moralną dziennikarzy…
O ile do tej pory nie było w zasadzie merytorycznej argumentacji za prawami autorskimi, poza utylitarystycznym argumentem o motywacji i socjalistycznym o zapewnieniu utrzymania, to w tym momencie pan Pilipiuk zdecydował się sięgnąć po czysto erystyczne zagranie i pyknąć argument przez zastraszanie. Jeśli zgadzasz się z poglądami Miąsika, to jestem lumpem o dwóch lewych łapkach, pozbawionym etosu i niegodnym miana prawicowca i prokapitalisty. Czyli jesteś niegodzien pojawiania się w porządnym, prawicowym towarzystwie, więc lepiej przywołaj się natychmiast do porządku! Może to efektowny chwyt erystyczny, ale argument żaden.
Jestem pewien, że moglibyśmy sobie poważnie podyskutować z panem Pilipiukiem na temat praw autorskich w wieku cyfrowych technologii, szczególnie przy dobrym trunku. Być może bym go nie przekonał, ale z pewnością polemika poruszyłaby znacznie ważniejsze kwestie niż socjalne problemy twórców. Ale to wymagałoby trunku, miejsca i chęci do oderwania się od spraw przyziemnych. Może kiedyś…
Kończąc ten tekst, chciałbym dodać, że szanuję pana Pilipiuka jako pisarza. Wszystkie dotychczas przeczytane jego książki kupiłem, często tuż po ukazaniu się ich drukiem, bo jestem fanem jego twórczości i polecam ją każdemu. A przecież mogłem je “ukraść”, bo przecież nie miałbym z tego powodu wyrzutów sumienia. To tylko pokazuje, że można wciąż zarabiać na książkach bez konieczności uciekania się do przemocy prawa autorskiego.
















