Wideokompilacja (po angielsku) materiałów poruszających temat spiskowej teorii, że budynki WTC 9 września 11 września zostały wyburzone w sposób zamierzony i kontrolowany.
Japońskie trendy plażowe. Ciekawy kierunek.
Wybrałem się z Żoną na Livebox Generation Show, a konkretnie na koncert Duran Duran (Durak i Durak, jak mawiamy z Żoną, mając na myśli, oczywiście, nas oboje). To kapela mojej młodości, sporo hitów znam i rozpoznaję, a i użytkownikiem Liveboxa przecież jestem. “Wylosowałem” bilet, więc nie było problemu. Cała reszta imprezy, łącznie z pozostałymi zespołami mnie nie interesowała, więc celowałem w końcówkę. Koncert i sztuczne ognie. Jestem fanem sztucznych ogni. Rozrywka w czystej formie, nigdy mi się nie nudzi. Koncert był okay. Sztuczne ognie też. Tu się nie zawiodłem. I tu się kończą pozytywy. Teraz przejdzmy do dłuższego opisu tego, co było niefajne.
Impreza odbyła się na terenie Toru Wyścigów Konnych na Służewcu, który, jak nazwa wskazuje, służy do organizacji rozmaitych imprez masowych, głównie koncertów, które z końmi nic wspólnego nie mają. Koni tam nie ma. To sporej wielkości obiekt, zdolny pomieścić bez trudu kilkadziesiąt tysięcy ludzi, położony w rozsądnej odległości od centrum Warszawy. Ma on jednak podstawową wadę - nie ma przy nim żadnych parkingów. W czasach, gdy go budowano, samochodami poruszali się sekretarze, więc dla nich miejsce zawsze się znalazło. Pomysł jednak, aby zapraszać na imprezę kilkadziesiąt tysięcy ludzi i nie zatroszczyć się o to, gdzie część z nich zostawi samochody, wydaje się typowym dla instytucji typu TPSA. Oczywiście był zorganizowany transport do centrum, plus specjalnie kursujące metro, problem w tym, że ja nie mieszkam w centrum, ani też na trasie metra i nie miałem możliwości dotrzeć na miejsce w rozsądnym czasie, a przede wszystkim z niego wrócić, bez samochodu. O ile dojazd na miejsce to może 15 minut jazdy, to kolejne 20-30 spędziłem objeżdżając kompletnie zastawione uliczki okolicznych osiedli. No i nic nie znalazłem, więc przejechałem za teren toru, aby gdzieś w końcu znaleźć wolne miejsce. Dobre i to.
Porządku pilnowała policja, ale nie dlatego, że chciała jednak jakoś te samochody poupychać, ale głównym zadaniem funkcjonariuszy było dbanie o to, aby nikt nie zaparkował w okolicy samego obiektu. A szkoda, bo można było wykorzystać na parking pas zieleni na Puławskiej, na którym upchałoby się pewnie z tysiąc albo więcej aut. Organizator mógł pokryć koszty rekultywacji terenu, co wyszłoby tej zieleni na dobre. Ale po co, skoro goście mogą poniszczyć zieleń i pobocza na okolicznych ulicach i osiedlach.
Niestety, moje miejsce parkowania było może niedaleko od samego miejsca koncertu, tyle że zupełnie po przeciwnej stronie wejść na teren. Czekała nas przechadzka ok. 1600 metrów wzdłuż muru obiektu, aby dotrzeć do wejść. Koncert się niestety już zaczął, a my dzielnie maszerowaliśmy. Minęliśmy wejście dla inwalidów, przez które ludziom pełnosprawnym wchodzić nie wolno (a gdzie integracja?). Następnie było wejście dla pracowników TPSA, którymi nie jesteśmy, najwyraźniej klient to gorsza kategoria i nie powinien się z pracownikami mieszać. Co ciekawe, dwójka inwalidów na wózkach chciała z tego wejścia skorzystać, ale odmówiono im i skierowano do oddalonego o jakieś 100m wejścia dla nich. Też nie wolno im integrować się pracownikami?
Dotarliśmy do bramek, gdzie sprawdzono bileciki, naklejono opaskę i udaliśmy się do kolejnej zapory z bramkami, gdzie sprawdzano, czy nie wnosimy niebezpiecznych narzędzi. Pani ochroniarka wymacała w torebce Żony niebezpieczny obiekt, który okazał się futerałem na panele radia. Więcej niebezpiecznych rzeczy nie mieliśmy. Co ciekawsze obie strefy bramek były pogrążone w ciemności, oświetlane jedynie światłami miasta i bardzo odległej sceny. Dobrze, że sobie nikt tam zębów nie wybił idąc po nierównym terenie obiektu.
Zespoł grał już w najlepsze, a my ruszyliśmy w głąb obiektu, aby choć w oddali zobaczyć scenę. Na szczęście organizatorzy rozstawili kilka dużych ekranów z nagłośnieniem, więc można było w czasie tej przechadzki śledzić, co tam się dzieje na scenie. Przebyliśmy jakieś 600 metrów i postanowiliśmy zakotwiczyć się gdzieś na wysokości trybuny dla VIPów. Widzieliśmy scenę, choć sami wykonawcy mieli rozmiary paznokcia u małego palca, poza tym staliśmy naprzeciw wieży z nagłośnieniem naszej strefy plus mieliśmy widok na 2 ekrany. Nie było źle, no i wystarczyło już tej ponad dwukilometrowej przechadzki.
Po koncercie, hojnie obdarowani wodą mineralną ruszyliśmy w drogę powrotną. Na szczęście mogliśmy skorzystać z wejścia dla pracowników, co skróciło powrót o kilometr. Dobrze, bo z wodą nie byłoby już tak łatwo.
Nie ma nic przeciwko spacerom, nawet długim, bo pogoda była bardzo miła. Nie lubię jednak krążyć samochodem po nieznanych mi uliczkach pod czujnym wzrokiem funkcjonariuszy polując na dziurę, w którą upchnę auto. Organizowanie koncertów w tym miejscu to jednak jakieś nieporozumienie, niezależnie od tego, że obiekt przeżywa trudne chwile, niszczeje i nic innego tam zrobić się nie da. Nie jestem pewien, czy się skuszę na kolejną imprezę tamże, chyba że przyjadę z wielogodzinnym wyprzedzeniem, aby zaoszczędzić sobie stresu - to jednak nie zawsze jest możliwe, szczególnie gdy się pracuje do późna. Szanujmy klientów, do cholery. Chciałbym dożyć jeszcze czasów, gdy organizatorzy takich imprez będą jakoś brać pod uwagę realia. Bo na razie miałem wrażenie, że wciąż wiele imprez organizuje u nas jakiś team Durak i Durak.
Ostatnie słowa skazanych na śmierć w stanie Texas, wypowiedziane tuż przed wykonaniem wyroku. Ciekawa, dość poruszająca lektura. Część skazanych prosi rodziny ofiar o wybaczenie, część nie porusza tego tematu wcale, inni twierdzą, że są niewinni. Najbardziej zainteresowałem się wybranym z góry listy przypadkiem, w którym skazany zaprzeczał, że rzeczywiście zamordował swe ofiary.
Pomyślałem, że może rzeczywiście, państwowy sąd się pośpieszył i skazał kogoś bez dowodów. Nakarmiłem Google numerem sprawy i po chwili miałem szerszy opis plus artykuły prasowe. No i okazało się, że para czarnoskórych kolesi odwiedziła panią domu i jej syna pod pretekstem zepsutego samochodu i konieczności skorzystania z telefonu. Ugoszczeni zostali mrożoną kawą i propozycją podwiezienia. W podzięce wpakowali gospodyni dwie kulki w głowę i zabili jej nastoletniego syna czterema strzałami. Po czym przejechali się samochodem właścicielki, już bez jej pozwolenia i towarzystwa. Ujęła ich policja znajdując przy nich rzeczy należące do rodziny ofiar, plus oczywiście ślady kryminalistyczne, czyli odciski palców w samochodzie ofiary. Policja przesłuchała obu podejrzanych, którzy przyznali się do popełnienia zbrodni, oczywiście nawzajem obciążając, a ich relacje potwierdzały, że byli w domu ofiary. Potem nasz skazaniec odwołał swoje zeznania, nazywając je “wymuszonymi”.
Ława przysięgłych uznała obu oskarżonych winnymi i skazała na śmierć. Skazany, który twierdził, że jest niewinny, podczas 9-letniego oczekiwania na wykonanie wyroku stał się wyznawcą Mahometa i ostrym działaczem politycznym (New African Black Panther Party), oskarżającym rasistowskie państwo i wyłącznie białą ławę o niesprawiedliwy wyrok w procesie pełnym uchybień, słabych dowodów, zmowy, itp. oraz walczącym o zniesienie kary śmierci (plus własna witryna).
Oczywiście nie wątpię, że państwo jest jakie jest i wielu niewinnych pada jego ofiarą. Czy było tak tym razem? Nie wiem. Niemniej jednak, przynajmniej pobieżne zapoznanie się ze sprawą mnie nie przekonuje, że koleś był rzeczywiście niewinny. Tym bardziej, że jego kompan, stracony odrobinę wcześniej, w swych ostatnich słowach prosił rodzinę ofiary o wybaczenie, potwierdzając swe przyznanie się do popełnienia zbrodni. Może tylko jeden z nich pociągnął za spust, może zrobili to obaj. Tak, czy inaczej, wątpliwości nie przemawiały na ich korzyść.
Moje zdanie na temat kary śmierci już kiedyś przedstawiłem, jak kogoś ciekawi.
W miniony weekend odbyło się tradycyjne, doroczne spotkanie polskich libertarian “U Krzysia”. Skład był podobny do zeszłorocznego, choć ubyło starych twarzy, ale przybyły nowe. Niestety, nie wszyscy zapowiadani goście się pojawili, niech więc żałują.
W programie były przekąski, alkohole i rozmowy do rana na wiele tematów. Dominowała “własność intelektualna” w mniej lub bardziej radykalnym podejściu, ale nie zaniedbaliśmy dyskusji na inne wolnościowe tematy: broni i prawa do obrony, aborcji, prywatności, bezpieczeństwa i anonimowości w sieci, oprogramowania open source, nowych technologii. Były rozmowy na tematy bieżące: islam i zagrożenia z jego strony, czy tajne służy obecnie i w przeszłości. Było sporo rozmów na tematy związane z komputerami czy militariami, głównie z powodu specyficznych zainteresowań uczestników. Nie zabrakło planów organizacyjnych, głównie dotyczących zwiększenia aktywności w sieci, która jest najlepszym medium propagowania idei wolnościowych.
Było świetnie, szkoda że nie było nas więcej, bo jednak czymś innym jest dyskutowanie na forach, a czym innym spotkanie “w realu”. Może za rok będzie lepiej.
Centrum wolnorynkowe Korespondent.pl zrobiło ze mną wywiad.
Chodzi o PNA, potocznie zwane kodami pocztowymi. Jakoś nie mogę zapamiętać swojego, a potrzebowałem. Od czego jednak internet? Google, hasło kody pocztowe, drugi link prowadzi do Poczty Polskiej i jej wyszukiwarki. Bingo! Wpisuję nazwę miejscowości: Warszawa, ulicę: Chrościckiego i bach!
Brak wyników wyszukiwania.
Oznacza to, że nazwa miejscowości nie została wpisana prawidłowo, lub też w szukanej miejscowości nie ma żadnego urzędu pocztowego.
Hmm, to gdzie ja mieszkam, że nie mam urzędu pocztowego? I gdzie ja chodzę, gdy chodzę na pocztę? Znakomita wyszukiwarka, nie ma co. Przypomniałem sobie jednak kod, więc zrobiłem operację odwrotną - wprowadziłem kod i otrzymałem ulicę: Ks. Chróścickiego Juliana od 2 d.k. Dobrze, że ta poczta w ogóle dostarcza mi korespondencję, skoro ona ma inną ulicę niż ja.
Ze Germans zabrali się za serwery TOR i rozpoczęli naloty i konfiskaty. Jak zwykle dla dobra dzieci, bo chodzi ponoć o dziecięcą pornografię. Ale naprawdę chodzi o to, aby nie dopuścić do rozpanoszenia się anonimowości i prywatności w sieci.
To oczywiście bardzo niepokojące, bo teraz każdy operator węzła TOR będzie bał się, że zaraz wpadnie jakaś służba, skonfiskuje sprzęt i zamknie w więzieniu za “rozpowszechnianie dziecięcej pornografii”. To ci dopiero “chilling effect“. Ale wiadomo, to przecież “dla dobra dzieci”.



















