20000 najpopularniejszych nazwisk w Polsce

Jak ktoś ciekawy, ilu Polaków nosi takie samo nazwisko, może zajrzeć na tę listę. Miąsików 579 sztuk.


Kule z błota

Po kolekcji dziwacznych lodów z Japonii myślałem, że już nic mnie nie zdziwi w kwestii kraju kwitnącej wiśni. Ale nie, udało się. Okazało się, że japończycy mają tam taki dziwny zwyczaj/zabawę/tradycję/dziwactwo – tworzenie lśniących, wypolerowanych kul z błota, czyli hikaru dorodango. Połączenie prostoty i perfekcji, a może jedno albo drugie, jak twierdzi William Gibson.

Jeśli ktoś jest zainteresowany zajęciem się tworzeniem hikaru dorodango, to tutaj jest przystępny, ilustrowany tutorialik.


Anarchia na codzień

Miły fragment z tekstu „What Is Anarchy?„:

Często jestem pytany, czy anarchia kiedykolwiek istniała na świecie, na co odpowiadam: niemalże całość naszych codziennych zachowań to formy anarchistyczne. To, jak układamy się z sąsiadami, współpracownikami, podobnymi nam klientami w sklepach i centrach handlowych, często jest determinowane przez subtelne procesy negocjacji i współpracy. Naciski społeczne, niezwiązane z aktami prawnymi, wpływają na zachowania na zatłoczonych drogach czy w kolejkach do kasy. Jeśli ze swoimi kumplami z pracy postępowalibyśmy w tak samo przymuszający i zastraszający sposób, w jaki postępuje z nami państwo, nasze zatrudnienie skończyło by się w trybie natychmiastowym. Wkrótce pozostalibyśmy bez przyjaciół, gdybyśmy żądali, aby dostosowywali się do konkretnych standardów zachowań, które byśmy zarządzili i wprowadzili im w życie.

Jeśli przyszedłbyś do naszego domu z wizytą, nie zostałbyś opodatkowany, przeszukany, ze sprawdzonym paszportem lub prawem jazdy, ukarany grzywną, zastraszony, zakuty w kajdanki i pozbawiony możliwości opuszczenia nas. Podejrzewam, że twe relacje z przyjaciółmi kierują się takimi samymi podstawami wzajemnego szacunku. Krótko, niemalże wszystkie nasze układy zarówno z przyjaciółmi, jak i obcymi, osadzone są na obyczajach, które są pokojowe, dobrowolne i wyzbyte przymusu.


Bądźmy sceptyczni

Byłe dość nieufnie nastawiony do wieści o udaremnionych atakach terrorystycznych. Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności, poza tym mam spore inklinacje ku teoriom spiskowym. Tego typu wydarzenia zsynchronizowane z toczoną w Libanie wojnie, która miała zakusy na rozlanie się na Syrię i Iran, nie mogą być przypadkowe. Jak terroryści nie chcieli uderzyć, to się okazało, że właśnie się szykowali.

Bliżej mi nieznany Craig Murray analizuje trochę dogłębniej przebieg wypadków. Rzeczywiście, trudno uwierzyć, że sekundy dzieliły nas od straszliwego uderzenia przygotowanego przez gotowych na wszystko bojowników, którzy nie mieli nawet biletów lotniczych na samoloty, które rzekomo mieli wysadzić. Ba, niektórzy nie mieli nawet paszportów, bez których nie mogliby owych biletów nabyć.

Aż dziw bierze, że nikt nie odpowie, za to, co się potem zaczęło wyrabiać na lotniskach. Jak kogoś ciekawi, oto relacja człowieka, który miał nieprzyjemność spędzić sporo czasu na lotnisku Heathrow. Ktoś powinien za to odpowiedzieć.

Nawet zakładając ziarno prawdy w tym terrorystycznym spisku, to wcale nie zaostrzone przepisy bezpieczeństwa na lotniskach uchroniły nas przed atakami, ale normala robota dedektywistyczno-wywiadowcza. Urzędnicy będą zawsze o krok wstecz w stosunku do potencjalnych terrorystów i generalnie jedyną ich funkcją jest marnowanie olbrzymich ilości pieniędzy oraz uprzykrzanie wszystkim życia. Czego zresztą od nich wymagać, skoro przykładowe śmiercionośne narzędzie wygląda tak, jak na głównej stronie TSA:

Bomba!

Ktoś się chyba naoglądał za dużo Bondów. Ha, i do tego jakie motto: Czujni, Sprawni, Skuteczni. Sprawni w dokuczaniu niewinnym pasażerom, to tak.


Składanie koszulek

Stare, ale nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać.



Terroryści tuż tuż

Ale tym razem im się nie udało, bo ormo czuwało. Ciekawe, czy ma to związek z wojną w Libanie, czy też jest to czysty przypadek. Niestety, tym razem terroryści chcieli użyć powszechnie dostępnych płynów, więc urzędnicy, w typowy dla siebie sposób zabronili wnoszenia na pokład samolotu w bagażu podręcznym praktycznie wszystkiego. Oprócz pewnych, dozwolonych przedmiotów: dokumentów, tamponów, jedzenia dla dzieci, okularów (bez futerałów), kluczy bez elektronicznych breloków. Żadnych płynów i napojów, ale też gazet i magazynów, książek, laptopów, odtwarzaczy MP3 i innych elektronicznych urządzeń.

To już kompletna paranoja. Transatlantycki rejs bez książki, czy muzyki z odtwarzacza MP3? Mam nadzieję, że nieprędko będę miał okazję posmakować tych upokorzeń. Może od razu rozbieranie do bielizny i przywiązywanie do foteli? A przedtem przeszukania otworów ciała?

Zakładając, że cała ta sprawa z zamachami to prawda, to nie zostały one wykryte poprzez rygorystyczne stosowanie takich szykan wobec klientów, ale raczej tradycyjnymi metodami śledczymi.


Jak RIAA wyłudza po $3750 od łebka

Znakomity opis procederu, który pozwala RIAA w losowy sposób dobierać sobie pechowców, od których następnie wyłudza po $3750 tytułem “ugody”. W zamian za tę kwotę RIAA nie wytacza im procesu o naruszenie praw autorskich w związku z rzekomym dzieleniem się utworami muzycznymi w sieciach P2P. Wygląda to pokrótce tak:

Technicy przeszukują sieci P2P na okoliczność istnienia w niej plików o nazwach sugerujących, że są to utwory muzyczne. Przy pomocy stosownych narzędzi, uzyskują adresy IP komputerów, na których można owe pliki znaleźć. Efektem tej operacji są dwie listy: plików i adresów IP. To są “dowody” – nie ma ani potwierdzenia, że plik rzeczywiście zawiera utwór muzyczny (jest jedynie nazwa pliku), ani też potwierdzenia faktycznego powiązania adresu IP z komputerem, który ten plik w konkretnym momencie udostępniał.

Wyposażona w takie “dowody”, RIAA wytacza proces licznej grupie nieznanych jeszcze osób. Wytacza go w stanie, w którym ma siedzibę dostawca internetowy powiązany z daną listą adresów IP. Pierwszym krokiem w tym procesie jest otrzymanie sądowego nakazu, który poleca dostawcy ujawnienie, kto się kryje pod danym adresem IP. Dostawca informuje o tym fakcie ofiarę – najczęściej zupełnie nieświadomą tego, co się dzieje i co powinna zrobić. Co gorsza, nawet jeśli ofiara ma duże szanse na wybronienie się przed ujawnianiem swoich danych na bazie tych bardzo wątpliwych dowodów, to ma na to za mało czasu, na dodatek musi wynająć prawnika z innego stanu, co nie jest łatwe i tanie. Zazwyczaj nie robi nic, a sąd w takim wypadku przyznaje z automatu rację RIAA i udostępnia stosowne dane. RIAA rezygnuje z kontynuacji procesu przeciwko nieznanym osobnikom, bo przecież już ma ich namiary.

Teraz RIAA przystępuje do drugiej fazy -€“ czyli właściwego wyłudzenia. Wysyła ofiarom pisma oferujące ugodę. W zamian za pewną kwotę pieniędzy, RIAA nie wytoczy im procesu o naruszenie praw autorskich. Teraz ofiara musi rozważyć, czy chce zapłacić $3750, czy też woli wydać dorobek swojego życia na kosztowny proces z bardzo bogatym kartelem, zagrożony potężnymi karami i olbrzymimi kosztami sądowymi. I nie ma znaczenia, czy jest winna, czy też nie, czy ma w ogóle komputer, czy w ogóle wie, co to sieci P2P. Musi podjąć decyzję, czy zapłacić teraz i mieć względny spokój (ugoda dotyczy tylko konkretnego przypadku, na który powołuje się RIAA – nie zabezpiecza przed innymi, podobnymi procesami), czy ruszyć na wojnę, w której zwycięstwo jest możliwe, ale najczęściej nie dożywa się go z powodu wykrwawienia. Znacząca większość po prostu sobie odpuszcza i trudno ich za to winić.

Co gorsza, nawet jeśli ofiara zdecyduje się dochodzić swych praw, to RIAA może po prostu zrezygnować z procesu, co ma sens w przypadku materiału “dowodowego”, którym dysponują. Mają przecież całe listy potencjalnych kandydatów, którzy nie będą sprawiać kłopotów. A nierozstrzygnięty spór nie stanowi precedensu, który mógłby zagrozić tej sprawnej maszynie do zarabiania pieniędzy.

I nie chodzi tutaj o sprawiedliwość, czy też faktyczne naruszenia praw autorskich. Chodzi jedynie o pieniądze, a cała ta reszta to jedynie pretekst. Muzycy z tych pieniędzy nie zobaczą ani grosza.

Uzupełnienie: według tego dokumentu sądowego, RIAA zastosowała tę metodą już w ponad 18000 przypadków inkasując sumy w zakresie od $3000 do $11000. To sporo kasy.


Radio BIS

Jestem zagorzałym przeciwnikiem wszystkiego, co państwowe, w tym państwowego radia, zwanego dla niepoznaki publicznym. Niestety, najczęściej słuchaną przeze mnie stacją przez ostatnie 2 lata było, o zgrozo, państwowe Radio BIS. Na Biskę przesiadłem się z Radiostacji, która po przejęciu przez medialny konglomerat związany z Radiem Zet, została przeformatowana na „młodzieżówkę” właśnie Zetki. Owszem, czasem słucham Radiostacji, ale generalnie znacznie bardziej przypadła mi do gustu Biska, bardziej różnorodna muzycznie i wypełniona czasem dość ciekawymi audycjami – bo na starość już nie muszę mieć radia wyłącznie muzycznego. Czasem fajnie posłuchać ciekawych ludzi, czy dowiedzieć się czegoś interesującego o świecie.

PiS wygrał wybory i, zgodnie z tradycją, ruszył po swoje. Jak każda formacja wcześniej i każda w przyszłości, postanowili porządzić w państwowej telewizji i w radiu. Zajęli się też Biską, bo ostatecznie to też jakieś radio do zagospodarowania. Wywalili z mety za bardzo lewicujących prowadzących. Niestety, zapowiedzieli znaczące zmiany repertuarowe, co jednoznacznie pokazało, że zniknie najciekawsze muzycznie radio w Polsce. Niespecjalnie akurat zależało mi na muzyce gotyckiej, metalowej, czy punkowej, ale industrial i mocniejsza elektronika była mi bliska, a takiej muzyki można było posłuchać jedynie w Bisce. Co gorsza okazało się, że najciekawsi prezenterzy także nie mieszczą się nowej formule, poza tym ma to być radio „inteligentne, oddychające, uśmiechnięte i rozkołysane”, co w ustach człowieka „prawicy” nie może wróżyć nic dobrego.

Słuchacze oczywiście byli oburzeni, zorganizowali akcję protestacyjną, której rezultaty były łatwe do przewidzenia, czyli żadne. Nie pierwsza to akcja przeciwko zmianom w radiu i nie ostatnia.

Problem w tym, że słuchacze radia powinni protestować w najprostszy i najskuteczniejszy sposób – „nogami” – czyli wybierając po prostu inną stację. Tak powinno to działać w teorii, w sytuacji, gdy mamy do czynienia z wolnym rynkiem. Niestety, Biska to radio państwowe, czyli nieczułe na rynkowe manewry, a na dodatek jest jednym z niewielu graczy na maksymalnie regulowanym rynku, który z wolnym nie ma nic wspólnego. Nic dziwnego, że jak Biska przestaje grać industrial, to nie zagra go nikt i nie pomoże na to żadna protestacyjna akcja.

Młodzi ludzie! Zamiast protestować, lepiej zastanówcie się, dlaczego do tego wszystkiego doszło.

Istnieją w naszym kraju radia państwowe, które rzekomo mają „misję”, czyli realizując jakieś zadania, których nie realizowałby radia komercyjne. Być może to i prawda, ale przecież nie muszą istnieć jedynie radia komercyjne, bo nie każde radio prywatne musi mieć za cele zarabianie kasy. Oczywiście prawdziwą misją państwowego radia i telewizji jest propaganda proreżimowa, oraz dostarczanie swoim krewnym i znajomym posad oraz intratnych kontraktów. Nie na darmo mamy w tych instytucjach do czynienia ze znacznym przerostem zatrudnienia i całą gamą firm-pijawek, które dzięki układom chcą się pożywić kasą z podatku (abonamentu) i reklam.

Ponieważ radio państwowe nie musi mieć słuchaczy, nie boi się ono żadnych protestów. Radio państwowe nie upadnie, nawet jak nie będzie go słuchał nikt. W takiej sytuacji najwyżej zostanie zlikwidowanie odgórnie, jako bezużyteczne narzędzie propagandy. A dopóki może być narzędziem propagandy i dojną krową, zawsze znajdzie się ktoś z reżimu, kto będzie chciał tym podwórkiem porządzić. Bo tak działają państwowe firmy.

Mimo że nie muszą troszczyć się o wpływy, radia państwowe jednak lubią mieć jeszcze więcej kasy do podziału, a więc pełnią jeszcze jedną szkodliwą funkcję – nieuczciwie konkurują z radiami prywatnymi. Sprawiają, że stacje muszą ostrzej walczyć o reklamę i słupki słuchalności, a co za tym idzie, niechętnie robią eksperymenty z nietypowym repertuarem. To dlatego czołowe pod względem słuchalności radia upodabniają się tak do siebie – bo to gwarancja odpowiedniej słuchalności. I nie ma tutaj miejsca na oryginalność.

Sam rynek radiowy jest oczywiście maksymalnie uregulowany – dba o to skutecznie każdy kolejny sejm i KRRiT. To Rada zapewnia, że nie ma w mediach radykalnej krytyki – nikt, kto zainwestował w media nie zaryzykuje koncesji, którą Rada może mu po prostu odebrać. To ta sama Rada decyduje, ile będzie rozgłośni radiowych w Polsce i dba, aby interesy radia państwowego i radia prywatnego (należącego jednak do ludzi z układu, jeśli ktoś pamięta jak rodziły się prywatne ogólnopolskie radia). Dba także, aby nie dopuścić do zbytniej konkurencji, która mogłaby zagrozić układowi. Ba, która mogłaby doprowadzić do pojawienia się radiostacji niszowych, grających taką muzykę, którą właśnie wyrzucono poza nawias oficjalnych mediów. I nie dajmy się nabrać, że stoją za tym jakieś techniczne przeszkody – w samym Londynie jest chyba więcej pirackich rozgłośni niż w całej Polsce legalnych!

Jeśli nie chcemy, aby sytuacje podobne do tej z Radiem Bis powtarzały się regularnie, to bądźmy zwolennikami:

  1. Całkowitej prywatyzacji radia państwowego – nie jest do niczego potrzebne.
  2. Prywatyzacji dostępnego pasma, które w przyszłości pewnie zostanie zastąpione radiem satelitarnym pozbawionym takich technicznych ograniczeń.
  3. Likwidacji koncesji w zakresie nadawania – każdy nadawca powinien nadawać co tam sobie chce i ile dysponuje odpowiednią częstotliwością.

Tylko takie rozwiązania zapewnią nam swobodę wyboru i skuteczny protest – poprzez zmianę kanału na taki, który nam bardziej odpowiada.

A tak naprawdę, już wkrótce rozterki te rozwiąże technologia. Już obecnie radia internetowe dostarczają dowolną ilość muzyki dobranej do każdego gustu. Być może w niedalekiej przyszłości, w dobie powszechnego dostępu bezprzewodowego do Internetu nie będzie potrzeby posługiwać się tradycyjnym radiem. I KRRiT plus radia państwowe pójdą w zapomnienie. Czego sobie i wszystkim życzę.


Piątkowy cytacik

William Pitt powiedział w 1783 roku:

Necessity is the plea for every infringement of human freedom. It is the argument of tyrants; it is the creed of slaves.

Po polsku:

Konieczność jest wymówką dla każdego naruszenia wolności człowieka. To argument tyranów; to kredo niewolników.

Dość to trafne w czasach „wojny z terroryzmem” wymagających nowych, koniecznych wyrzeczeń z naszej strony.


Kubica jedzie!

Doczekaliśmy się – Robert Kubica pojedzie w GP Węgier, zastępując Villeneuve’a. Przyznaję, że miałem od początku tego sezonu nadzieję, że tak będzie i nareszcie Kubica pojedzie w prawdziwym wyścigu. Nareszcie.


« Późniejsze wpisy

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo