Mój projekt reformy prawa autorskiego

Zdaję sobie sprawę, że wizja świata pozbawionego praw autorskich może się wydawać wielu ludziom przerażająca. Bo jak to tak, pozbawić autorów jakiegokolwiek związku z ich dziełami? Ponieważ jestem zwolennikiem zasady „give credit where credit is due”, myślę, że mógłbym zaproponować prawo autorskie, które godzi tę zasadę ze swobodą korzystania z dzieł i idei. Moje prawo autorskie brzmiałoby tak:

Wolno:

  • kopiować, rozpowszechniać, odtwarzać i wykonywać utwór (dzieło)
  • tworzyć utwory zależne
  • użytkować utwór w sposób komercyjny
  • robić wszystko, co się zamarzy

Pod warunkiem oznaczenia autora (twórcy) utworu w sposób przez niego określony (lub jakoś domyślnie, jeśli nie sam określi). W przypadku utworu zależnego, należy oznaczyć autora utworu oryginalnego.

Kto nie stosuje się to tego warunku, zostanie jakoś dotkliwie ukarany – zostanie publicznie oznaczony jako „autorski oszust”.

I tak by wyglądało prawo autorskie po mojej reformie. Oczywiście, to żaden tam oryginalny pomysł, to jest po prostu zmodyfikowana licencja Uznanie Autorstwa Creative Commons. Mam nadzieję, że coraz więcej twórców będzie korzystało właśnie z tej licencji, nie czekając na moją reformę.


CATO o Prohibicji

Amerykański CATO Institute (Instytut Katona) przypomina nam Prohibicję i jej efekty. Poniżej przetłumaczone podsumowanie tego tekstu:

Narodowa prohibicja alkoholowa (1920-33) – „szlachetny eksperyment” – została wprowadzona, aby zredukować korupcję i przestępczość, rozwiązać problemy społeczne, zmniejszyć obciążenia podatkowe kreowane przez więzienia i przytułki, oraz poprawić zdrowie i higienę w Ameryce. Efekty tego eksperymentu jaśnie wskazują, że była to żałosna porażka pod wszystkimi względami. Dowody potwierdzają mądrą teorię ekonomiczną, która przewidziała, że prohibicja wzajemnie korzystnych wymian jest skazana na niepowodzenie.

Lekcje płynące z Prohibicji pozostają aktualne od dziś. Nie odnoszą się jedynie do dyskusji na temat wojny z narkotykami, ale także do zwiększających się wysiłków, aby drastycznie ograniczyć dostęp do alkoholu i tytoniu, oraz do problemów cenzury, aborcji, hazardu, czy handlu informacjami poufnymi (insider trading).

Choć spożycie alkoholu zmalało na początku Prohibicji, to następnie uległo zwiększeniu. Alkohol stał się niebezpieczny, zwiększyła i przekształciła się w „zorganizowaną” przestępczość, więzienia i system sądownictwa stanęły na granicy wydolności oraz szerzyła się korupcja urzędników państwowych. Nie było wymiernych korzyści w produktywności i redukcji bumelanctwa. Prohibicja zlikwidowała znaczące źródło wpływów podatkowych i mocno zwiększyła wydatki rządu. Dotychczas pijący przerzucili się na opium, marihuanę, kokainę, środki medyczne i inne niebezpieczne substancje, które byłby marginesem, gdyby nie obecność Prohibicji. Efekty te są udokumentowane w wielu źródłach, z których większość, o ironio, jest wynikiem pracy zwolenników Prohibicji – popierało ją większość ekonomistów i socjologów. To właśnie ich praca dostarcza mocnych argumentów przeciwko Prohibicji.


RIAA zaniża swoje straty

Jak się okazuje, RIAA podając swoje straty na skutek piractwa, faktycznie je zaniża. Oskarżając rozmaitych ludzi o naruszanie praw autorskich, RIAA domaga się $150,000 za każde naruszenie, gdyż właśnie tyle, według nich, każde naruszenie przynosi strat. Pewien blogger postanowił więc zobaczyć, ile traci RIAA naprawdę, posługując się takim właśnie przelicznikiem – $150,000 za naruszenie. Zanalizował statystki ściagań serwisu The Pirate Bay i wyszło mu, że samym styczniu dokonano dzięki temu serwisowi aż 76,272,931 naruszeń praw autorskich w dziedzinie muzyki. A to daje niewiarygodną sumę strat wynoszącą $11,440,939,650,000 (ponad 11 bilionów dolarów). Ponieważ sama suma nie oddaje skali, jest to kilkukrotnie więcej niż roczny produkt narodowy Francji, co można zobaczyć na wykresiku w oryginalnym wpisie. Aż dziw bierze, że przemysł muzyczny jeszcze jakoś żyje.


Oddaj klucze

Rząd UK rozważa możliwość sięgnięcia do (uaktywnienia) części trzeciej ustawy Regulation of Investigatory Powers Act (RIPA), która pozwala policji domagać się ujawnienia przez firmy i osoby prywatne kluczy szyfujących używanych do utajniania posiadanych przez nie infomacji. Oczywiście, aby jeszcze skuteczniej walczyć z terroryzmem, przestępczością i pedofilami.

Jeśli do tego dojdzie, zagadnięty obywatel czy firma może zostać zmuszony od oddania kluczy szyfrujących lub odszyfrowania tajnych zasobów, albo wyląduje w więzieniu za odmowę. Do dwóch lat w przypadku zwykłego „szyfranta”, do pięciu, jeśli to terrorysta. Nic dziwnego, że tego typu propozycja nie spotkała się z przychylnym przyjęciem. Wielomiliardowe biznesy (np. banki), które szyfrują sporo cennych danych, nie bardzo są zachwycone pomysłem, aby dostęp do tych danych otrzymali policjanci, którym korupcja (choćby ze strony konkurencji) nie jest przecież obca, wszakże to urzędnicy państwowi. A zwykłych obywateli nikt się o zdanie i tak nie pyta.

Dla zwykłych śmiertelników problemem może być fakt, że dobrze zaszyfowane dane nie są do odróżnienia od losowego strumienia danych – nie ma w takim wypadku możliwości udowodnienia, że dane są rzeczywiście zaszyfrowane. Można pójść do więzienia za czyn, z którego nie sposób się wytłumaczyć, bo nie sposób udowodnić, że się nie ma/nie zna klucza do danego pliku danych. Wystarczy komuś zostawić na kompie, ba wysłać mejlem, podejrzany plik o nazwie hornyteens.dat i zawiadomić stosowne służby, aby delikwent miał poważne nieprzyjemności.

Pamiętajmy, że gdy wyjmiemy prywatność spod prawa, tylko wyjęci spod prawa będą się nią cieszyć.


Koniec spiskowych teorii?

Amerykański rząd opublikuje pełne nagranie wideo pokazujące samolot uderzający w Pentagon. Zwolennicy teorii spiskowych będa mieli twardy orzech do zgryzienia… Ale z drugiej strony, skoro można było rozwiać wszystkie wątpliwości od razu, dlaczego czekano aż pięć lat? Na dodatek rząd nie robi tego z własnej woli, ale na żądanie pewnej organizacji wspieranej przez ustawodawstwo nakazujące w pewnych sytuacjach ujawnianie informacji tajnych. Ja mam spiskowe wyjaśnienie – 5 lat zajęło im sfabrykowanie tego nagrania, a to aż za dużo czasu na solidną komputerową obróbkę.


Wpadka Sony

Na dziesięciolecie serii Vaio Sony zaprezentowało nowe modele laptopów – wyposażone w napędy Blu-Ray. Pokazano pudełko z filmem w nowym formacie, zademonstrowano fragmenty filmu. Jeden z ciekawskich dziennikarzy nacisną guzik otwierający napęd, z którego wyjechała zwykła płyta DVD+R z napisanym pisakiem tytułem. Hahaha, nawet Sony nie ma płyt w formacie, który lansuje, i z którym ma zamiar wygrać wojnę formatów… Niezły start.


Nowelizacja prawa autorskiego

Szykuje się nam nowelizacja prawa autorskiego, oczywiście idąca w kierunku większego zamordyzmu, czego oczywiście się spodziewałem. Nie komentuję nawet tego, bo cóż taki komentarz zmieni – moje radykalne poglądy na ten temat można sobie jakoś z tego bloga wyłuskać, a na tej podstawie każdy czytelnik chyba zgadnie, co sądzę na temat tej i każdej innej ustawy w tej sprawie. Znakomity serwis VaGla.pl śledzi temat na bieżąco – polecam go odwiedzać regularnie.

Mnie ciekawi, jak bardzo musi być jeszcze gorzej, aby ludzie zdecydowali się jakoś zaprotestować przeciwko tej tyranii. Ilu ludzi musi wylądować w więzieniach za „piractwo”, aby wreszcie ktoś powiedział dość? Sądząc po tym, ilu ludzi pakuje się do więzienia za palenie trawki, czekają nas jeszcze dziesiątki lat zamordyzmu. Nie nastraja to pozytywnie.


W oczekiwaniu na światło

Znakomite zdjęcia Michela Fatali. Wyłącznie naturalne światło utrwalone wielkoformatowym (4″x5″ albo 8″x10″) aparatem. Zero komputera. Imponujące portfolio. Warto sobie włączyć „field notes”, aby przy każdym zdjęciu zobaczyć ile autor czekał na właściwe światło.


Stare myślenie

Gdzieś tam i kiedyś tam na odwiedzanych blogach przeczytałem o fajnym serialu komediowym „The IT Crowd”, który dość szybko uzyskał status kultowego, oczywiście wśród ludzi intensywnie zajmujących się komputerami. Jako że i ja do takowych należę, dość szybko i sprawnie dobrałem się do tegoż serialu i sobie obejrzałem. Rzeczywiście świetny, polecam. Anglicy też (po Amerykanach) umieją robić seriale komediowe. Polacy nie, niestety.

Ale wróćmy do serialu angielskiego. Dziś zbłądziłem na jego oficjalną stronę. Tam w menu oferują możliwość obejrzenia najciekawszych fragmentów. Ja głupi postanowiłem kliknąć, aby zobaczyć, jak to działa. Niestety, otrzymałem stronkę z komunikatem, że ta ciekawa funkcja nie jest dostępna dla odwiedzających spoza UK. Znaczy, że serial (a właściwie jego „highlights”) nie jest dostępny dla nikogo spoza UK.

Ha, ha, ha. Oczywiście, że wbrew intencjom autorów tej strony, serial jest w całości dostępny dla każdego na świecie. Tego typu restrykcje nieczemu nie służą, poza oczywiście zaspokojeniu jakiś prawnych układów. Jakiś executive jest zadowolony, że serial nie dociera jeszcze od Polski i pewnie czeka na finalizację w przyszłości umowy licencyjnej z jakąś naszą telewizją. Niestety, nie tak obecnie działa świat i czas, aby się do tego przyzwyczaić.


Sposób na kibiców rasistów

Zwolennicy politycznej poprawności mają zgryz z kibicami, którzy ponoć lubują się w rasistowskich okrzykach i skandowaniu. Wiadomo, rasizmowi mówi się zdecydowane nie, więc tęgie naukowe głowy ruszyły do poszukiwań remedium na takie skandaliczne zachowanie. Dobrze, że nie wzięli się za „tradycyjne” metody, czyli reedukację w obozach pracy, ale sięgnęli po środki techniczne. Okazuje się, że jest sposób na tłum krzyczący np. „żydzi do gazu” – wystarczy odtwarzać tłumowi jego własne skandowanie, ale przesunięte w czasie o pewien interwał. Dzięki temu tłum nie może skoordynować okrzyków, gdyż mylą się mu jego własne z tymi, które odtwarza głośnik. No i nie mogą złapać rytmu i skandowanie się nie udaje.

Oczywiście nie jest to takie proste – trzeba specjalnych i głośnych głośników oraz strategicznie położonych mikrofonów. Ale nie takie problemy w imię postępu się pokona.

Szkoda, że nie zajmują się ci naukowcy czymś naprawdę pożytecznym.


« Późniejsze wpisy · Wcześniejsze wpisy »

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo