Zagapiłem się i przegapiłem pierwszą rocznicę. 10 stycznia minął rok od chwili, gdy dzięki Bloggerowi uruchomiłem swoją prywatną stronę na domenie, którą miałem już od paru lat. Był to taki eksperyment bez większego przekonania z mojej strony, bo generalnie wtedy uznawałem blogowanie za kompletną stratę czasu zarówno dla bloggerów i czytelników. Blogger był po prostu wtedy dla mnie najprostszym systemem CMS, a na inną formę kreowania własnej witryny nie miałem ani chęci, ani też czasu. Rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że okazało się, że mam co pisać, ale na dodatek ktoś to czyta. To działa!
Podsumowanie statystyczne. Przez rok (brak mi statystyk pełnych, bo blog wystartował na innym hostingu, ale niewiele to zmienia) blog zaliczył - osobiście lub przez RSS reader - ponad 75000 wizyt. To naprawdę sporo i trend rosnący wciąż się utrzymuje. Oby tak dalej.
Będę się starał. Obiecuję.
Zestaw interesujących fotografii, które przedstawiają świat realny tak, jakby to były sztuczne, miniaturowe makiety. Wszystko dzięki obiektywom tilt&shift, które pozwalają na sprytne manipulacje głębią ostrości. Niesamowite wrażenie.
Uaktualnienie: I jeszcze tutaj i tutaj zdjęcia robione podobną techniką.
Jak donosi Vagla.pl, Ministerstwo kultury nie śpi i przygotowało zmiany w ustawie o prawie autorskim. Szykuje się nasza mała DMCA, czyli więcej zamordyzmu ku uciesze IP-gestapowców. Zachęcam do zapoznania się z artykułem.
Nie chcę umniejszać znaczenia katowickiej tragedii, ale gesty miłościwie panującego Prezydenta, w stylu żałoby narodowej, wypłaconego nie ze swojej kieszeni milionika, czy pogrzebu na koszt podatników zadysponowanego przez Premiera, wydają mi się głównie działaniem na pokaz i, być może, grą wyborczą. Owszem, śmierć 66 osób w katastrofie to jest znaczące wydarzenie, szczególnie dla bliskich tych ofiar, ale pamiętajmy też, że co tydzień na drogach naszego kraju ginie średnio 110 osób. Czy oznacza to, że powinniśmy żyć w stanie permanentnej żałoby narodowej? Czy to tydzień Prezydent będzie robił sobie PR wydając milion poszkodowanym? Nie sądze, bo wydźwięk medialny byłby żaden. Za szybko by to spowszedniało, podobnie jak fakt, że tyle osób tygodniowo żegna się gwałtownie z życiem.
Zazwyczaj wybieramy muzykę posługując się rekomendacjami znajomych, z którymi dzielimy gusta muzyczne, lub też “próbkując” rozmaitych nowych wykonawców wśród zasobów muzycznych znajomych, w radiu, czy w sklepach muzycznych. To dość uciążliwa metoda - wymaga sporego zaangażowania, aktywnego poszukiwania wśród znajomych, w sklepach, słuchania pilnego radia itp. Problem w tym, że najwyższy czas skończyć z metodami, które były adekwatne do stanu techniki sprzed ćwierćwiecza.
Jedną z nowocześniejszych metod obcowania z pasującą nam muzyką są radia internetowe. Dzięki wąskiej specjalizacji większości z tych rozgłośni, możemy słuchać muzyki, która dość precyzyjnie trafia w nasze gusta. Radia te, uwolnione na razie od komercyjnych obciążeń związanych z normalnymi radiostacjami, mogą pozwolić sobie na wąską specjalizację, dzięki czemu ich słuchacze mogą przewidywać, jaki rodzaj muzyki będzie nadawany w konkretnym radiu. Niemniej jednak, wciąż jest to kwestia wyboru DJa, a nie słuchacza.
Innym ciekawym sposobem był system prezentowany przez oryginalny serwis eMusic.com. Był taki czas, gdy serwis ten za stałą opłatę $15 oferował nielimitowaną możliwość ściągania muzyki znajdującej się w jego zasobach. Dzięki dość rozbudowanemu systemowi kojarzenia (ci, którzy ściągnęli ten utwór, ściągneli także takie…) i rekomendacji (oto moje ulubione płyty w tym stylu), naprowadzał użytkowników na nowych wykonawców i nowe style muzyczne. Muszę przyznać, że dzięki niemu odkryłem sporo fascynującej muzyki. Niestety, taki stan nie mógł trwać długo, serwis wprowadził drastyczne limity (kilkadziesiąt utworów miesięcznie) i się z nim pożegnałem.
Oczywiście sieci P2P także są niezłym środkiem poszerzania sobie muzycznych horyzontów, niemniej jednak w zasadzie jedynym mechanizmem w nich funkcjonującym jest wyszukiwanie po nazwach, więc trzeba wiedzieć, czego się szuka.
Projekt Pandora to bardzo ciekawa koncepcja poszerzania swoich muzycznych horyzontów. Twórcy tego serwisu - Music Genome Project - zadali sobie trud przesłuchania utworów 10 tysięcy wykonawców i nadania im pewnych charakterystycznych znaczników, pozwalających na wskazywanie podobieństw pomiędzy utworami. Dzięki temu, po podaniu przykładowego wykonawcy (np. Front 242) serwis zaczyna proponować inne utwory i wykonawców, których muzyka podobna jest do tego pierwszego wykonawcy (czyli Frontu 242). Możemy na bieżąco słuchać proponowanych utworów, a więc tworzymy sobie coś w rodzaju mocno wyprofilowanego po nasze gusty radia internetowego. A właściwie kilka specjalnie dla nas przygotowanych rozgłośni, bo możemy ich mieć dowolną (chyba) ilość.
Co więcej, możemy na bieżąco oceniać, czy dany rekomendowany utwór nam się podoba czy też nie, co jeszcze zawęża kryteria doboru muzyki. Utwory, które oceniamy negatywnie (thumb down) znikają ze repertuaru stacji, co powoduje, że z upływem czasu nasze radio coraz bardziej trafia w nasz gust. Czyli jest coraz lepiej.
Oczywiście serwis ten wciąż tkwi w okowach praw autorskich, co narzuca pewne ograniczenia na jego funkcjonalność. Nie możemy muzyki przewijać i wybierać utworów (jak to w radiu). Możemy jedynie przeskakiwać do kolejnych utworów, pauzować (czyli lepiej niż w radiu) i oceniać. Musimy być z USA (co potwierdza podany przez nas kod ZIP, ha, ha). Aha, możemy też szybko “nabyć” sobie wybrany utwór czy album w jedym z komercyjnych serwisów (iTunes czy Amazon). Zresztą, pewnie dzięki temu w ogóle ten serwis istnieje. Nawet z tymi ograniczeniami podoba mi się ten pomysł.
A teraz, na zakończenie, wyobraźmy sobie, jak fantastycznie mogłyby funkcjonwać te wszystkie serwisy, gdyby nie kaganiec praw autorskich? Jak bardzo poszerzałyby się nam horyzonty muzyczne dzięki coraz to nowszej funkcjonalności oferowanej przez pomysłowych ludzi? Jaki byłby to przyczynek do rozwoju kultury? Think about it…
I nie mówcie mi, że muzyka nie powstawałaby, gdyby nie copyrajty. Historia mówi coś zupełnie innego.
Czasem głupie patenty mogą się przydać - komuś udało się opatentować reklamy pop-up i zamierza zarobić na tym przełomowym wynalazku miliony. Nareszcie! Może to skutecznie zniechęci innych do ich używania.
Jeśli ktoś sobie ostrzył zębiska na jakiś większy i fajniejszy (z wejściem DVI) monitorek LCD, to teraz będzie musiał pogodzić się z świeżutkim podatkiem (cłem) o wysokości 14% nałożonym na takowe urządzenia. Oczywiście wyprodukowane poza UE, ale to akurat obejmuje większość potecjalnych kandydatów. Tak, Unia kosztuje i trzeba na nią solidarnie łożyć. Jak coś tanieje i ludziska zaczynają kupować, to zaraz znajduje się chętny do obłożenia tego podatkiem.
Dziś krótka pogadanka na temat tzw. darmowego obiadu pod nazwą opieka zdrowotna. Aby była jasność, dla mniej wprawnych czytelników, jeśli będę powoływał się na jakieś obowiązujące prawo, nie oznacza to, że jestem takiego prawa zwolennikiem.
Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.
Na chłopski rozum, czyli nie w języku polityczno-prawniczym, wynika z tego, że każdemu obywatelowi należy się opieka zdrowotna opłacana z jakiegoś wspólnego wora. Jak można się doczytać, nie jest do prawo bezwarunkowe – wiadomo jedynie, że sytuacja finansowa nie ma mieć na ten dostęp wpływu. Drugie zdanie jednak sugeruje, że dostęp nie jest bezwarunkowy – jakaś ustawa ustala warunki i ustala się zakres opieki zdrowotnej.
Przyznaję się bez bicia – nie drążyłem dalej tematu w tej kwestii. Z doświadczenia życiowego wiem, że warunkiem cieszenia się owym „równym dostępem” jest ubezpieczenie się w NFZ. Po polsku znaczy to, że trzeba wpłacić do NFZ minimalnie pewną kwotę i cieszyć się owym warunkowym dostępem i ustawowo określonym zakresem. Nie wiem, jak można pogodzić warunek „ubezpieczenia” się z dostępem niezależnym od stanu materialnego, ale takie tęgie głowy na tym myślały, że mój skromny umysł nie jest w stanie pewnie tego pojąć.
Pracownicy najemni opłacają składkę (praktycznie podatek) na NFZ z części swojej pensji. Składkę potem można w części odliczyć od podatku. Przedsiębiorcy płacą składkę w comiesięcznym haraczu na ZUS. Pozostali ludzie jej nie płacą, co oznacza, że ich dostęp do opieki zdrowotnej jest na poziomie bezdomnych. Żyją na krawędzi.
I teraz ciekawostka - mogą ci NFZowi banici oczywiście skruszeć, niczym mafiozi, i wrócić na łono ubezpieczeń. NFZ udostępnia każdemu z nich możliwość dobrowolnego ubezpieczenia za skromną sumę 233 złotych miesięcznie. Pewnie, czasem warto zapłacić tę promocyjną kwotę i spać spokojnie wiedząc, że dzielna służba zdrowia potraktuje nas jak każdego innego pacjenta. Korzyści płynące z tej możliwości psuje jednak pewne „ale” - zależy, jak długo byliśmy banitą z systemu powszechnej opieki zdrowotnej – taki syn marnotrawny (inaczej niż w Piśmie Świętym) musi ponieść karę, oczywiście finansową. NFZ bowiem uzależnia objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym osoby, które nie były ubezpieczone:
- w okresie od 3 miesięcy do roku od wniesienia opłaty dodatkowej w
wysokości 534,11 PLN - w okresie powyżej 1 roku do 2 lat w wysokości 1 335,27 PLN
- w okresie powyżej 2 lat do 5 lat w wysokości 2 670,54 PLN
- w okresie powyżej 5 lat do 10 lat w wysokości 4 005,81 PLN
I znów, jak to się ma do konstytucyjnego prawa do opieki zdrowotnej bez względu na status materialny, to nie wiem? Ale nie ja wymyślałem zapisy tego gniota.
Oczywiście niekonsekwencje te wynikają z prostego faktu, że nie ma darmowych obiadów, zawsze ktoś płaci. Problem w tym, że chętnych na darmochę jest wielu, a chętnych na sponsorowanie wyżerki zawsze brakuje, stąd konieczność łupienia frajerów na każdym kroku, gdzie się tylko da. Jest okazja, to dorzucimy mu opłatę dodatkową.
W przypadku normalnych systemów ubezpieczeń zdrowotnych, firma, która od swoich klientów żądałaby takich opłat wstępnych, musiałaby się naprawdę natrudzić z pozyskiwaniem klientów. Ale z drugiej strony, dla NFZ klienci to jedynie utrapienie, więc czemu się dziwię? Zachciało nam się powszechnej opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych, to nie dziwmy się, że na ma w tym po prostu normalności.
Do mojej skromnej kolekcji interesujących kominków (tutaj i tutaj) dodaję kolejne. Raczej dla ozdoby, bo bardzo eleganckie, niż do grzania - spalają jakieś perfumowane paliwo. Ale ogień prawdziwy, a nie jakieś tam hologramy czy neony…
Fani komputera Commodore C64 i gier na niego, mogą sobie w nie zagrać nie wychodząc z przeglądarki. Emulator C64 napisany w jezyku Java. Pyszna zabawa dla zwolenników vintage games. Jest nawet mój ulubiony Boulder Dash.
















