RIAA chce kontrolować cyfrowe radio

Pod pretekstem „standardowych” zagrożeń, RIAA domaga się ustanowienia prawa, które da im kontrolę nad cyfrowym radiem. Pokrótce chodzi o to, że RIAA nie chce, aby technologia cyfrowego radia pozwalała na przekształcenie pasywnego słuchania w aktywną działalność, cechującą się możliwością rejestracji nadawanej muzyki, a później dzielenia się nią z innymi – czyli oddzielenia czasu faktycznego nadania od czasu słuchania tego co nadane. Nie chcą dopuścić więc do powstania radiowego ekwiwalentu TiVo, czyli osobistego cyfrowego rekoderdera video (PVR). Ma temu zaobiec prawnie wprowadzony wymóg stosowania zabezpieczenia przed kopiowaniem, które pozwoli jedynie na indywidualne zapisywanie nadawanych audycji, bez możliwości ich dalszego kopiowania.

Jak słusznie zauważa Fred von Lohmann, chodzi o to, aby w dziedzinie radia cyfrowego, prawnie zabronić tego, co od ćwierćwiecza możemy sobie całkiem swobodnie robić przy użyciu starej i mniej doskonałej technologi zapisu analogowego (czyli z kasetą magnetofonową). Tak ma wyglądać postęp technologiczny wg. RIAA – mamy móc mniej, niż 25 lat temu.


Nowy Orlean – anarachia czy klęska państwa

Przyznaję, że z powodu zmian osobistych – przeprowadzka i duża ilość pracy – nie śledziłem zbyt pilnie wydarzeń w Nowym Orleanie. Jedno jest pewne – to naprawdę nie anarchia jest odpowiedzialna za następstwa naturalnej katastrofy , ale totalna porażka państwa w dziedzinach, w których uzurpuje sobie ono wyłączność. O ile wiem, Nowy Orlean nie został wykrojony z terytorium USA i wyjęty spod jurysdykcji rządu USA. To żadna tam anarchia, to rząd i państwo pokazały, po raz kolejny, że zupełnie nie radzą sobie z tym, co chcą posiadać na swoją wyłączność. Rząd nie zapobiegł zalaniu miasta, nie dał rady ewakuować zagrożonej ludności, i dał ciała na całej linii, gdy stało się nieszczęście. Co gorsza, w sytuacji, gdy nie ma już zagrożenia, rząd robi wszystko, aby sytuację jeszcze pogorszyć, próbując nieudolnie przejąć kontrolę. Ale po kolei.

To prawda, że najbardziej ucierpieli najubożsi, przeważnie czarni, mieszkańcy Nowego Orleanu. Nie jest to jednak efekt spisku białych i bogatych – ludzie bogaci, czyli samodzielni, po prostu byli w stanie się odpowiednio do nadciągającego kataklizmu przygotować (zabezpieczając swoje domy, pilnując ich, czy po prostu wyjeżdżając za miasto na czas huraganu). Biedni nadaramnie czekali na pomoc nieudolnego państwa (przy okazji, naprawdę trzeba być naiwnym politykiem, aby posługiwać się pojęciem „sprawne państwo”, bo to przecież oksymoron). Przez dziesiątki lat byłi uczeni zależności od państwowej pomocy i teraz dostali bardzo przykrą nauczkę. Nie dość, że państwo nie zapewniło im bezpieczeństwa, nie uratowało wszystkich, to ci, którzy uciekli przed katastrofą zostali potraktowani jak bydło i zapędzeni do obozów, które zupełnie nadawały się do takiego celu – relacje są wstrząsające.

Co gorsza, państwo nie dając sobie rady z katastrofą stara przeszkodzić tym, którzy próbują w tej trudnej sytuacji radzić sobie sami. Zmusiło tysiące ludzi do porzucenia swego dobytku i zwierząt po pretekstem ewakuacji. Nie wpuszcza na teren katastrofy prywatnych organizacji charytatywnych. Nie dopuszcza firm prywatnych oraz ochotników, którzy chcieliby pomóc przy likwidacji zniszczeń i pomocy potrzebującym. Rozbraja tych, którzy próbują chronić swojego dobytku przez złodziejami, którzy oczywiście korzystają z tego, że miasto jest wyludnione i nikt go dostatecznie nie chroni. Co gorsza ci, którzy zdecydowali się na pozostanie na swoim, żyją w strachu, że zostaną uznani przez wojsko i policję za szabrowników i zastrzeleni. Wszystkie działania, które teraz państwo podejmuje powodują jeszcze większe straty, dobitnie pokazując, że jeśli państwo za coś się zabiera, to zawsze to spieprzy.

Co gorsza, wielu ta sytuacja doprowadzi do wniosku, że potrzeba jeszcze więcej ingerencji państwa, że musi ono wziąć na swe barki jeszcze więcej problemów, bo inaczej grozi nam „anarchia” i powtórzenie tego, czego właśnie doświadczyliśmy. W złudnej nadziei, że gdy państwo będzie kontrolowało i zarządzało wszystkim, to nic złego się nam nie przydarzy. A to czego doświadczamy obecnie, to jedynie efekt braku dostatecznie głebokiego państwowego zaangażowania.


Jak sprzedać arbuza?

Jeśli w Japonii, to jako bombę albo jajo Godzilli.


Jak zawiązać krawat

Posiadłem kiedyś (jakieś 20 lat temu) umiejętność chyba najprostszego sposobu wiązania krawata i służy mi ona sporadycznie, bo nie chodzę w koszulach z krawatem za często. Po raz kolejny przekonałem się, że internet jest skarbnicą wiedzy na dowolny temat, także w kwestii wiązania krawatów. Przypadkiem trafiłem na stronę Tie-a-Tie.net, która w bardzo przystępny sposób opisuje tajniki wiązania krawatów. Szybkie guglowanie zwróciło mi jedną podobną stronę w ojczystym języku, oraz kolejną, a jest ich pewnie więcej. Jak ktoś będzie miał problem z zawiązaniem krawata, Google twoim przyjacielem.


Kto posiada drukarki?

Jak wiadomo, producenci drukarek atramentowych posługują się modelem biznesowym pochodzący od producentów golarek – sprzedawać golarki tanio, zarabiać na ostrzach. Tyle, że zamiast ostrzy mamy wkłady z atramentem, w których sam atrament jest droższy od nalepszego szampana czy wykwitnych perfum. Kupujemy drukarkę tanio, ale szybko okazuje się, że musimy dokupić do niej komplet wkładów z atramentem, które bywają droższe od samej drukarki. Oczywiście cena samego wkładu nie ma uzasadnienia w faktycznych kosztach jego produkcji, czego dowodzą producenci ekwiwalentnych kartridży, systemów uzupełniania, czy też firmy oferujące usługę ich napełniania – to jedynie efekt takiej, a nie innej strategii handlowej. Ludzie nie są głupi i dość szybko orientują się, że nabija się ich w butelkę (a właściwie w kartridż) z atramentem. No i nic dziwnego, że producenci drukarek robią, co się da, aby zapobiec procederowi taniego uzupełniania atramentu – często wyposażając kartridże w specjalne elementy elektroniczne nie pozwalające na użycie regenerowanego wkładu, oczywiście w trosce o „interes klienta”. To oczywiście nie jest specjalna przeszkoda, takie elektroniczne „zabezpieczenia” można obejść.

Lexmark, jeden z producentów stosujących takie triki, próbował użyć kontrowersyjnej ustawy DMCA do zablokowania możliwości obchodzenia swoich zabezpieczeń. Nie udało się, bo to naprawdę było już mocne naciągnięcie przepisów tej ustawy, co dodatkowo pokazało, jak niebezpieczna są tego typu regulacje. Lexmark nie zrezygnował i spróbował podejść do problemu z innej strony prawa chroniącego „własność” intelektualną, czyli od strony patentów. I tym razem próba zakończyła się sukcesem, niestety.

Jeden z amerykańskich sądów, w, moim zdaniem, dość absurdalnym werdykcie orzekł, że jeżeli pewien objęty patentem produkt (w tym wypadku wkład do drukarki) zostaje oznaczony jako przeznaczony „do jednokrotnego użycia”, to otwarcie jego pudełka oznacza zaakceptowanie specyficznego „kontraktu”, który obowiązuje właściciela zarówno drukarki jak i wkładu. Kontrakt ów zmusza właściciela owych dwóch materialnych dóbr do działania zgodnego z życzeniem właściciela patentu. Oczywiście w tym wypadku działanie owo oznacza powstrzymanie się od ponownego wykorzystania owego kartridża. Jeśli przekażemy go do napełnienia, gwałcimy patent. Oczywiście Lexmark nie będzie atakował poszczególnych ludzi, ale taki wyrok umożliwia mu skuteczne atakowanie firm oferujących ponownie napełnione wkłady, systemy ich napełniania, czy świadczące stosowne usługi, pod pretekstem zachęcania i umożliwiania naruszania patentów.

Kupując drukarkę Lexmarka wcale nie stajesz się jej właścicielem – to Lexmark ma prawo decydować, jak będziesz jej używał. Do tego prowadzi uznanie istnienia „własności” intelektualnej – do erozji własności normalnej.


Mafia paliwowa – warto rozmawiać?

Po przerwie wakacyjnej wrócił na antenę telewizji państwowej program „Warto rozmawiać„. Dzisiejszy odcinek poświęcony był aferze Orlenu, a właściwie tzw. mafii paliwowej. Członkowie osławionej komisji dyskutowali o czarnorynkowym handlu paliwem i zysków czerpanych z tego procederu przez mafię (no i oczywiście strat budżetu, co jest dopiero nieszczęściem). Generalnie, zanim mnie dyskusja znudziła, polegała ona na zwalaniu winy za możliwości funkcjonowania owej mafii na kolejne ekipy rządzące. Jakoś nikt z uczestników nie zająknął się na temat prawdziwego źródła problemu, czyli obciążeń podatkowych zawartych w cenie paliwa, które zręcznie ominięte (poprzez stosowne luki prawne, łapówki, powiązania ze służbami specjalnymi, itp.) pozwalają czerpać mafii znaczne zyski. To nie mafia jest winna, ale ci, którzy mafii zapewniają dobre warunki do rozwoju. I to nie mam na myśli dziur w prawie, ale samą koncepcję okładania pewnych towarów podatkami znacznie przekraczającymi cenę tego towaru. Żadne z reprezentowanych w tej dyskusji ugrupowań nie postuluje likwidacji tego źródła problemu. Jeśli nie będziemy rozmawiać o nim w ten sposób, to nie warto rozmawiać.


Przeprowadzka

Zakończyłem właśnie dziś proces moich przenosin do Warszawy – efektem tego było półtoratygodniowe odcięcie od internetu, a dziś znów otworzyło się moje okno na świat. W efekcie tych zmian trochę zaniedbałem wpisy, ale teraz obiecuję poprawę.


Mateusz Machaj o „własności intelektualnej”

W „Opcji na prawo” Mateusz Machaj pisze bardzo ciekawie o „własności intelektualnej”. I znów dostaje się Tomaszowi Telukowi. I bardzo dobrze – uważam, że Tomasz Teluk robi bardzą złą robotę polskim wolnościowcom.

A tak przy okazji, jego blog wykazuje dziwne „rozszczepienie jaźni” – mimo że wszystkie wpisy opatrzone są podpisem Tomasz Teluk, to czasem pisane są z pierwszej osoby (jak to na blogu), a czasem z trzeciej. Taki zabieg stylistyczny, brak zdecydowania, czy coś poważniejszego?


Handel koką

Obejrzałem wczoraj fragment programu „Alfabet mafii”. Mniejsza o treść całościowo, ale zainteresował mnie pewien fragment, dotyczący wpadki transportu ponad tony koki z Kolumbii. Zdziwiła mnie cena, o jakiej była mowa w kontekście tej straty, którą poniosła któraś z okołowarszawskich mafii (pruszkowska czy wołomińska). Była mowa o kwocie astronomicznej, szczególnie liczonej po cenie ulicznej, ale o tym trochę dalej.

Ja zawsze, gdy słyszę jakimś tam spektakularnym sukcesie policji, abwery, czy innego cebeesiu, gdy w ich ręce wpada nawet tona koki (którą potem ci sami bojownicy sprzedają), to od razu zaczynam się zastanawiać się, o ile więcej tych narkotyków nie udaje się przejąć. Zapewne owe „sukcesy”, nawet tak spektakularne, to jedynie kropla w morzu narkotyków i związanych z nimi pieniędzy. Jak sobie to uzmysłowić, to łatwo dojść do wniosku, że tej wojny nie da się wygrać – ilość chętnych za zarabiania takich pieniędzy jest praktycznie nieskończona.

Teraz o pieniądzach. Tona koki w cenach hurtowych to koszt około (za researchem przez Google) coś pomiędzy 1 milionem, a 3,6 milionami dolców. Spora kaska, niepowiem, ale prawdziwe pieniądze robią się z tego dopiero na ulicy. Po cenach ulicznych tona kokainy warta jest pomiędzy 47 a 187 milionów eurosów (w zależności od europejskiego kraju docelowego). Nawet zakładając skomplikowaną sieć dealerów pomiędzy producentem a klientem końcowym, skala zarobku jest chyba nieporównywalna z niczym innym. Każdy w tym łańcuszku obławia się niewspółmiernie do wysiłku. Nie ma szans, że to się kiedykolwiek ukrócić. Na jednego dealera czy mafioza, który wpada w ręce sprawiedliwości, czekają zastępy nowych, chętnych do łatwego zarobku.


Kinematografia

Jadąc ostatni raz do domu w Rzeszowie (jestem obecnie warszawiakiem) przysłuchiwałem się ciekawej audycji Radia Bis. Tak, wiem, to przykre, że słucham radia państwowego, dla kamuflażu zwanego publicznym, ale odkąd Radiostacja została młodzieżówką Radia Zet, to nie mam zbyt dużego wyboru. Radio Bis stało się troszkę gorszym odbiciem dawnej Radiostacji, ale lepszy rydz niż nic.

Wzmiankowana audycja dotyczyła miłościwie nam już panującej ustawy o kinematografii, czy jak ona się tam nazywa, właśnie wchodzącej w życie. Ustawa ta nakłada nowy podatek, jakby nie było ich wystarczająco wiele, który zostanie wykorzystany do finansowania polskiej produkcji filmowej. Podatek obciąża tylko niektóre podmioty gospodarcze, a właściwie ich klientów, bo nie możemy zapominać, że podatków nie płacą jakieś tam abstrakcyjne „podmioty”, ale fizyczni ludzie, którzy nie bardzo mają na kogo przerzucić swoich obciążeń podatkowych. W tym przypadku podatek na filmy zapłacą ci, którym jeszcze chce się coś oglądać – klienci kin, użytkownicy platform cyfrowych i kablówek. Wszystko w imię „kultury”.

Głównym tematem było pytanie, czy ustawa spełni pokładana w niej nadzieje, czyli czy rzeczywiście pieniądze przekazane na jakiś tam instytut sztuki filmowej (znów nie jestem pewien nazwy, ale nie chce mi się sprawdzać) trafią do młodych, obiecujących twórców kina, którzy w zamierzeniach twórców ustawy mają na niej najwięcej skorzystać. Co dziwne, główne wątpliwości wykazywali prowadzący audycję, co wśród ludzi na państwowej posadzie jest pewnym ewenementem.

Zaproszeni (telefonicznie) goście mieli za zadanie rozwiać te wątpliwości. Odbyto rozmowę z szefem onego instytutu, krytykiem oraz reżyserem. Wiadomo, szef był za – instytut ma być lekiem na bolączki polskiej kinematografii, ma być dobrze. Na pytanie, jakie są szanse, że pieniądze instytutu trafią do młodych, obiecujących, zamiast do Wajdów i Zanussich, nie padła jednoznaczna odpowiedź, co rozczarowało prowadzących. Krytyk był oczywiście za, bo to europejsko, właściwie, nareszczcie i tak dalej. Będzie super, kino polskie rozwinie skrzydła. Najbardziej rozczarował mnie reżyser, bo to jakaś znana postać, która ma na koncie ogólnie dobrze oceniany film, zrobiony zresztą za prywatne pieniądze. Jednoznaczne orzekł, że tak ma być, że to właściwie, że nareszcie.

Co najciekawsze, żaden z rozmówców, choć każdy entuzjastycznie odniósł się do ustawy oraz ideii nowego podatku, nie przekonał prowadzących, że te pieniądze naprawdę posłużą nowym i obiecującym. Oczywiście nie przekonał też mnie, ale to akurat nic dziwnego. Dobrze wiedzieć, że ktoś zabawi się za nasze pieniądze, sztuka to, czy nie.

Jako uzupełnienie, ciekawy artykuł na ten sam temat.


« Późniejsze wpisy

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo