Piraci nie dość, że nielegalnie rozpowszechniają system Windows, to jeszcze go udoskonalają! Pirackie dystrubcje przeznaczone do nagrania na płycie DVD zawierają po kilka wersji systemu operacyjnego, przystosowanych do określonych zastosowań. Możemy cieszyć się wersjami minimalnymi (lite), które zajmują minimalną ilość miejsca na dysku. Mamy do dyspozycji wersje, które instalują się automatycznie, bez ingerencji użytkownika. Istnieją też Windows w wersji live CD, które startują bezpośrednio z płyty CD, bez konieczności instalacji na dysku twardym. Dzięki piratom możemy też cieszyć się z wersji instalacyjnych, które zawierają już wszystkie dostępne uaktualnienia i łaty, dzięki czemu po instalacji nie musimy odwiedzać strony producenta. Bywa też, że dostępne są specjalne, optymalizowane wersje systemu przeznaczone do specyficznych zastosowań: gier komputerowych, edycji wideo czy obróbki dźwięku i muzyki. I to wszystko dostępne jest jedynie dzięki niepohamowanej chęci do “kombinowania” i udoskonalania, która cechuje wielu ludzi. Pomyśleć, co mogłoby się dziać, gdyby Windows był systemem z otwartym kodem źródłowym?
Amerykański kongress zamierza wprowadzić pewne zmiany do praw patentowych, m.in. wprowadzenie zasady, że patent dostaje ten, kto pierwszy złosił, a nie ten, kto wymyślił. Ma być lepiej, mniej kontrowersyjnie i bardziej efektywnie. Na Slashdocie zabawne komentarze:
- Efektywniej? Znaczy teraz Amazon będzie dostawał swoje patenty w godzinę?
- Nie, wystarczy im jeden klik!
Wyjaśniam dla opornych – Amazon.com posiada patent na finalizację zakupów w sklepie internetowym przy pomocy jednego kliknięcia. Patent chroniąc rzecz zupełnie oczywistostą, żaden tam wynalazek, został skutecznie użyty do walki z konkurencją, która posiadała podobny mechanizm. A teraz, Bóg wie jak długo, bo ograniczony czas ochrony patentowej wcale nie musi być faktycznie ograniczony, nikt w swoim sklepie nie może takiego mechanizmu użyć.
Od czasów dziecięcych pamiętam opowieści o młodocianych geniuszach, którzy studiowali na tak renomowanej uczelni, jaką jest Oxford. W tamtych czasach takie fanaberie były trudne do pojęcia, gdyż gospodarka i edukacja funkcjonowały w sztywnych ramach socjalizmu. Teraz socjalizm został deczko rozmiękczony, ale pewne rzeczy, które wtedy nie były do pomyślenia, dalej trudno sobie wyobrazić. Co gorsza, socjalizm rozpoczyna się rozprzestrzeniać i odnosić coraz większe sukcesy.
Oxford nie będzie już więcej akceptował młodocianych geniuszy. Bynajmniej nie z powodu tego, że uznano to za zły pomysł. Powodem jest nowe prawo, uchwalone, aby chronić dzieci. Także przed nauką w renomowanej uczelni. Nowe prawo narzucałoby uniwersystetowi pewne uciążliwe obowiązki, które są zbędne w przypadku dorosłych. Wylano dziecko z kąpielą?
No zaczęło się, dorobiłem się pierwszego blogowego spamu. 42 komentarze “chwalące” mój sajt i zapraszające do kasyna na pokera. Cóż, moja wina, nie zabezpieczyłem się. Szybkie googlowanie naprowadziło mnie na wtyczkę Spam Karma 2. Zobaczymy, jak się spisze. Sporo opcji, wygląda ciekawe, a życie zweryfikuje skuteczność.
To jest kwestia budząca pewne emocje, nawet wśród wolnościowców. Ja w tej sprawie mam poglądy dość radykalne, zbieżne z tym, co pisze L. Neil Smith w swoim tekście “Animals Are Property”.
Potrzebujemy jasnego (binarnego) podziału ludzie/zwierzęta. Z dużą przepaścią oddzielającą obie te grupy. Jesteś człowiekiem, to przysługują ci prawa i jesteś panem innego stworzenia. Jesteś zwierzęciem, nie masz praw, jesteś generalnie przedmiotem, bogactwem naturalnym. Jeśli zaczniemy rozmywać tę granicę, budować pomost, nadawać “prawa”, to otwieramy “puszkę z pandorą” (“the hell breaks loose”). Jeśli zaczniemy traktować zwierzęta jak ludzi, to konsekwentnie należy rozciągnąć takie traktowanie na wszystkie zwierzęta (także komary, szczury, bakterie, pijawki i inne badziewie). I dochodzi do sytuacji, gdy zwierzęta zaczynają być traktowane lepiej niż ludzie, gdy ich interes góruje nad interesem ludzi. To nie jest dobry pomysł.
A co ze znęcaniem się nad zwierzętami? Taki jasny podział wcale tego nie implikuje. Obecnie zwierzęta posiadają “prawa”, a i tak ludzie się nad nimi znęcają i wciąż trzeba zabiegać o porządne ich traktowanie. Pozbawienie ich praw nie oznacza, że zaczniemy się nad nimi znęcać. Wciąż będziemy mogli sięgnąć po całą gamę środków, które takie zachowanie może zminimalizować, niekoniecznie uciekając się do usankcjonowanej prawem przemocy.
Według ekonomicznych geniuszy z PiSu, jeśli ktoś zapłaci mniej podatków, na przykład z powodu ich obniżenia, to odbywa się to “kosztem społeczeństwa”. Idąc tym tokiem rozumowania, jeśli nie zapłacę jakiegoś podatku, nawet zupełnie legalnie, to dopuszczam się “kradzieży”, przynajmniej w stosunku do jakiegoś społeczeństwa. Ciekawe, czy ci, którzy nie płacą jakiegoś podatku, należą do tego społeczeństwa, czy automatycznie zostają przez ten fakt z niego wykluczeni.
Jest to ciekawy model myślenia, całkiem zresztą popularny w tym kraju. Przy okazji, celowo używam drażniącego patriotów określenia “ten kraj”, bo nie jest on ani “mój”, ani też “nasz” – mój kraj byłby urządzony zupełnie inaczej, byłby normalny. Według wielu ludzi, jeśli ktoś nie płaci jakiegoś podatku, okrada wszystkich, a przynajmniej tych, którzy płacą. Jakby podatki były jakąś normą, którą musimy “wyrobić”. Kto nie da rady, ten wałkoń i leń, którego powinno się ukarać.
Dla tych, którzy popierają ten pogląd (choć raczej nie ma ich wśród moich czytelników), proponuję zastanowienie się, czy nie należy potępiać tych, którzy: nie jeżdżą samochodami i nie wyrabiają normy w zakresie akcyzy, czy mało konsumują i nie zasilają budżetu VATem. A wyobraźmy sobie taką hipotetyczną sytuację, że najbogatsi buntują się i przestają zarabiać (jak w “Atlasie zbuntowanym” Ayn Rand), powiedzmy żyjąc z oszczędności. Ekonomiści z PiSu oskarżyliby ich o życie “kosztem społeczeństwa”. Pewnie, od narodzenia jesteśmy związani “umową społeczną“, która nakłada na nas obowiązek łożenia na okupanta i nie ma zmiłuj się – jeśli nie wyrabiamy normy, nie wywiązujemy się z tej “umowy”.
DOOM to dla mnie gra warta Nobla. Nie spotkałem jeszcze gry, która na mnie wywarłaby większe wrażenie niż DOOM, a szczególnie DOOM2. Od premiery minęła już ponad dekada, a postęp techniczny sprawił, że ta gra obecnie “pójdzie” na większości urządzeń mających klawisze, ekran i jakiś procesor w środku. No i nie bez znaczenia jest fakt, że kod źródłowy dostępny jest na licencji GPL. Jeśli ktoś jest ciekawy, na czym naprawdę da się pograć w DOOMa, niech zajrzy na tę stronę.
Znakomity blog Bartka Pogody – fotografa i podróżnika. Polecam lekturę wpisów od stycznia tego roku – świetna relacja z podróży po dalekim wschodzie plus sporo interesujących fotografii. Gorąco polecam.
Polecam bardzo ciekawy artykuł Zakres klauzuli “copyleft” w prawie polskim na stronie Prawo wolnego oprogramowania.
Na życzenie komentuję następującą wiadomość. Będzie trochę komputerowego slangu, ale trudno, może sobie czytelnicy poradzą – takie ćwiczenie intelektualne.
Po pierwsze, z newsa trudno wykoncypować, co tak naprawdę zrobił ten “złoczyńca”. Mówi się w notce “o kradzieży” trudno dostępnych przedmiotów. Nie bardzo rozumiem, jak można coś w grze ukraść, a już szczególnie jak można ukraść wirtualny przedmiot. Niech będzie, że używał on tzw. expoitów do zdobywania pewnych, trudno dostępnych przedmiotów w grze. I potem je sprzedawał. Dyskusyjna jest kwestia takiego “przestępstwa”, bo przecież obie strony były z transakcji zadowolone. Kupujący otrzymywał coś, co było trudne do zdobycia w grze, a sprzedający przecież się tego pozbywał – transakcja jak w realu. Nie widzę ofiary. Jeśli problem polegał na zdobyciu przedmiotu, to właściciel gry też niewiele stracił, bo transakcja dotyczyła przedmiotu, który w grze i tak istniał. Nie bardzo rozumiem, dlaczego nazywa się sprzedającego “oszustem”? Powinno być chyba “spryciarzem”.
Oczywiście istnieje kwestia złamania umowy pomiędzy organizatorem gry, a jej uczestnikiem, gdyż umowa taka zazwyczaj zabrania używania exploitów i botów. Niemniej jednak jedyną dopuszczalna kara za złamanie umowy powinno być zabanowanie niesfornego usera i po sprawie. No i oczywiście trzeba potem połatać program, aby nie pozwalał na podobne wybryki. Na dobrą sprawę, to pozostali użytkownicy powinni składać w takim wypadku pozew zbiorowy, gdyż oprogramowanie pozwala na oszukiwanie w grze – niestety, pewnie EULA nie pozwala na to.
Dla ciekawych – na dalekim wschodzie organizuje się całe “sweatshopy” poświęcone zarabianiu w grach typu massive multiplayer. Zagony komputerów ze specjalnymi skryptami pracują dla sprytnych graczy poszukując wirtualnych skarbów, zdobywając nowe doświadczenia dla grających postaci, a nad całością czuwa jakiś nieszczęśnik, który ma interweniować, gdy właściciele gry sprawdzają, czy mają do czynienia z człowiekiem, a nie automatem. I znów, to twórcy gry są winni, że można tak robić, a nie użytkownicy, którzy wykorzystują słabości systemu.
Angażowanie policji w takie sprawy pokazuje, że zamordyzm zwolenników “własności intelektualnej” wciąż się nasila, skoro angażują policje wielu krajów do tak błahej przecież sprawy.














