Drożeją rowery

Jak donosi Gazeta.pl, w UE drożeją rowery. Tak, trzeba chronić nasz wspólny, europejski rynek przez zalewem tanich rowerów z Dalekiego Wschodu. Przecież nie chcemy, aby europejskie kraje zapełniły się rowerami niczym jakiś Pekin. Bardzo cieszy nas, że UE dba o nas i nasz wspólny rynek, wszakże jest to największa w Europie strefa „wolnego” handlu. A miało być tak dobrze, jak zapewniali nas stręczyciele wspólnej Europy.

Ale jest pozytywny aspekt – producenci planują przenieść produkcję do Europy, w tym do Polski. To da pracę aż 200 pracownikom! Ciekawe ilu dzieciom odbierze to możliwość jazdy na nowym rowerze? Albo posiadanie roweru w ogóle? Cóż, tego nie widać, więc sercu (regulatorów rynku) nie żal.

Swoją drogą, naprawdę trudno mi zauważyć towary, które w sposób łatwy do zauważenia potaniały po naszej akcesji do UE. Propaganda twierdzi co innego, ale ja nie tych pozytywnych zmian nie widzę. Może poza niższą ceną wódki Absolut, ale to marne pocieszenie, bo wciąż pozostaje droższa od konkurencyjnych wyrobów.


Prawo wolnego oprogramowania

Prawo wolnego oprogramowania to bardzo ciekawy blog traktujący o wolnym oprogramowaniu w ujęciu prawniczym, a nie takiego prawnego amatora, jakim ja jestem. Zachęcam do zajrzenia.


Afera Harrego Pottera

To naprawdę gruba przesada i postawienie sprawy na głowie. Czternaścioro ludzi, którzy przed czasem, legalnie i za własne pieniądze weszli w posiadanie najnowszej książki o przygodach Harrego Pottera, zostało nakazem sądu pozbawionych możliwości przeczytania książki przed oficjalnym terminem premiery!

To obłęd. Zapłacili za książkę. Teoretycznie to jest ich własność. A jednak posiadacze zawartości mogli zakazać im nawet ją przeczytać. W ogólnie to „pokazywać, czytać, oferować do sprzedaży i sprzedawać oraz wystawiać”. Fakt, że weszli w posiadanie legalnie, nie miał znaczenia, bo niby nie powinni mieć takiej możliwości. Bo na razie książka ta jest informacją poufną, do której nie mieli prawa się dostać. To naprawdę postawienie sprawy na głowie. „Właściciele własności intelektualnej” mają większe prawa niż właściciele fizycznych przedmiotów – wydrukowanych książek. Myślę, że to jeszcze za mało. Powinno się tych czytaczy rozstrzelać, dla przykładu. Aby było wiadomo, kto tu rządzi.


Kapitalista o patentach na oprogramowanie

Ciekawy artykuł o patentach na oprogramowanie napisany przez kapitalistę specjalizującego się w inwestowanie w nowe przedsięwzięcia (venture capitalist). Jego opinia jest dość daleka od tych, które wygłaszane są przez zwolenników patentowania oprogramowania, rzekomo zwiększającego innowacyjność oraz możliwości rozwoju młodych firm. Oto, co on twierdzi:

  • Patenty są drogi i czasochłonne. Koszt uzyskania pojedynczego patentu sięga $750,000, co jest bardzo dużą kwotą dla młodych firm. Demaskuje też przedwcześnie plany nowych przedsięwzięć na rynku, co ułatwia reakcję konkurencji.
  • Pojedynczy patent zazwyczaj nie działa najlepiej, dlatego należy patentować całe portfolio, co zwiększa koszty i kłopoty.
  • Inwestowanie w patenty często powoduje, że firmom brakuje czasu i zasobów na produkowanie prawdziwych towarów. Potem ich patenty stają się łupem firm wykupujących bankrutów.
  • Patenty na oprogramowanie oceniane są jako zwiększone ryzyko inwestycji – zwiększona możliwość ataków prawnych ze strony konkurencji. Szczególnie tej, która skupuje patenty od bankrutów.
  • Dobrze pełnią swoją rolę jako środek obronny przed atakami konkurencji – w tej roli są najbardziej przydatne.
  • Generalnie służą dużym firmom do powiększania patentowego portfolio, które następnie licencjonują krzyżowo z innymi wielkimi firmami – coś w rodzaju zawieszenia broni – eliminując z rynku świeżą konkurencję.

Na dobrą sprawę, to pokrywa się z wnioskami, które nietrudno wysnuć analizując możliwy wpływ patentów. Ich działanie zazwyczaj jest zupełnie inne od deklarowanych intencji.


Copyrajty i granice

Jak wiadomo, nie na całym globie mamy jedno prawo. Także prawa autorskie są różne w różnych krajach i czasem to, co w jedynym jest zakazane, w innym jest dozwolonym użytkiem, albo jest wręcz zupełnie dozwolone. Różny jest czas ochrony praw autorskich, a czasem istnieją luki, które nie uwzględniają rozwoju techniki. Dzięki globalnej sieci, możemy dokonywać pewnych czynności w jednych krajach będąc fizycznie w zupełnie innych. No i podróżować też jest łatwo, co sprzyja zakupom.

Teraz przejdźmy do towarów objętych prawem autorskim. Czy jest z nimi tak, jak z marychą – możemy sobie zajarać w Amsterdamie, ale jak przywieziemy do Polski, to grozi nam paka? Czy jednak kupując legalnie, choć niekoniecznie płacąc autorowi, towar objęty prawami autorskimi, staje on się nielegalny po przewiezieniu do innego kraju?

Tego typu problem dotyczy na przykład pewnych serwisów, które oferują legalnie (wedle prawa kraju, w którym rezydują) na przykład utwory muzyczne w wygodnym formacie MP3 – na przykład http://www.allofmp3.com/. Oferowane tam utwory są zupełnie legalne w świetle rosyjskiego prawa (jest nawet jedna płyta Kazika). Kosztują niewiele. MPAA nie jest szczęśliwe. Próbuje przeciwdziałać tam, gdzie może, bo w Rosji się nie da. Jednym z przejawów jest próba cenzurowania stron www, które zawierają powyższy link. Rzekomo jest to zachęcania do piractwa i do działalności nielegalnej. W jakiś sposób transmisja pewnych plików z danymi legalnych w jednym kraju staje się nielegalna w innym. Nie byłbym zdziwiony, gdyby chodziło o inny układ – Rosja zabrania, reszta świata pozwala, ale widać po upadku Żelaznej Kurtyny nie brakuje rzeczy dziwnych. Dlaczego linkowanie do legalnych serwisów w innych krajach ma być nielegalne?

Inna, choć odrobinę podobna kwestia – jak będzie się rozróżniać pliki MP3 i rozdzielać te legalne od nielegalnych? Czy posiadanie plików MP3 jest zabronione? Chyba jeszcze nie. W takim wypadku, jak rozpoznać legalny plik MP3 pochodzący na przykład ze zripowanej płyty CD będącej w posiadaniu właściciela pliku, w odróżnieniu od „nielegalnego” pliku pochodzącego z rosyjskiego serwisu? Dlaczego o legalności pliku danych cyfrowych decyduje jego, trudne albo niemożliwe do zbadania, pochodzenie?


Sloganizer

Dodałem dla zabawy generowanie sloganów dotyczących Miasik.net tuż pod tytułem. Całkiem zabawne się czasem pojawiają. Wszystko dzięki sajtowi Sloganizer.net.


9/11 wątpliwości ciąg dalszy

Całkiem przypadkiem trafiłem na kolejną stronę analizującą i poddającą w wątpliwość oficjalne wyjaśnienia dotyczace wydarzeń z 11 września. Autorzy nie kupują wersji o uderzeniu samolotem w Pentagon oraz także twierdzą, że zawalenie się wież WTC było efektem kontrolowanego wyburzania. Ponieważ mój poprzedni wpis na ten temat wywołał sporo dyskusji, myślę, że warto będzie zapoznać się z tymi obiema stronami. Dalej jestem przekonany, że oficjalne raporty budzą sporo wątpliwości i tego typu analizy tylko mnie w mych wątpliwościach utwierdzają.


„Kradzież” fal radiowych

Jak oznajmiła Interia (a ja dowiedziałem się z Liberatora), zainaugurowano właśnie kampanię mającą walczyć z piractwem telewizyjnym, które rzekomo przynosi w naszym1 kraju przynosi 60 milionów nowych złociszy strat2. Bo ludzie „kradną”.

Hmm, jakiś nadawca wystrzeliwuje w kosmos nadajnik, tenże wysyła w kierunku globu fal radiowe, które jednakże nie mają adresata, a potem oskarża tych, który te fale odbierają o złodziejstwo. Ciekawe to, nieprawdaż?

Załóżmy, że posiadam na planecie Ziemia kawałek gruntu. Na ten kawałek dociera fala radiowa, dokonując pewnego naruszenia własności – ale nie będę się tego czepiał. Kupuję sobie własne, całkiem materialne urządzenie do odbioru fal, które naruszają przecież i tak moją własność. Odbieram je i patrzę na telewizorze, co przenoszą. Czasem jeszcze muszę sobie trochę zmodyfikować własne urządzenie, bo te fale radiowe wymagają czasem pewnego przekształcenia, aby obraz nabrał sensu. I nagle, z powodu tego, że używam swojej własności i wykorzystuję intruza na swoim terenie, zostaję nazwany złodziejem! Piratem!

Co innego wyłudzenia dekoderów, wpinanie się do instalacji i temu podobne rzeczy, wymieniane w kampanii. To jest nazwyklejsze złodziejstwo czy naruszanie własności. Ale tzw. piractwo, czyli oglądanie tego, co sobie eterem dociera do naszych własnych urządzeń elektronicznych, to gruba przesada. To jest kolejny przykład, w którym „własność intelektualna” pokazuje swoją wyższość nad własnościa normalną, w tym wypadku grutu i sprzętu elektronicznego. To nie właściciel rzeczy materialnych decyduje, jak rozporządzać swoją własnością, to nadawcy, który na siłę „zalewają” jego własność falami radiowymi uzurpują sobie takie prawo.

  1. Jaki on tam „nasz” – wiadomo, że jest ich. My tylko jesteśmy niewolnikami. [powrót]
  2. Pewnie liczone takimi metodami, jakimi posługuje się BSA. [powrót]

Kolejny gadżet do odstrzału

Slingbox – urządzenie, które przekształca sygnał telewizyjny (z kabla, satelity, PVR) na dane cyfrowe, które może przetransmitować łączem szerokopasmowym gdziekolwiek na świecie. Taki gadżet, choć kosztowny, który wykorzystuje nowoczesną technikę do ciekawych celów. Możesz oglądać swoją telewizję gdziekolwiek zechcesz (w domu, pracy, szkole), o ile będziesz miał odpowiednie łącze i oprogramowanie. Jak na razie pozwala ono oglądać transmisje jednemu użytkownikowi, ale co będzie, gdy ktoś to zhakuje i będzie można łatwo przekształcać dowolne programy telewizyjne w dające się łatwo dystrybuować pliki? Czy koncerny medialne pozwolą na coś takiego, czy urządzą sobie polowanie i Slingbox zostanie gadżetem zagrożonym wyginięciem? Zobaczymy. Ponoć jest na niego bardzo duży popyt.


Sposób na służbę zdrowia

Jak pisałem poprzednio, tzw. służba zdrowia to dla mnie żadna służba, ale usługa, która powinna podlegać normalnym regułom rynkowym. Jak popsuje się nam samochód, nie naprawia go żadna tam „służba napraw”, a specjalista – mechanik. I chyba dlatego nie ma ministerstwa napraw samochodów.

A oto recepta na problem „służby” zdrowia według Lew Rockwella i Hansa-Hermana Hoppe, z artykułu, który niedawno pojawił się w witrynie www.lewrockwell.com:

1. Zlikwidować wymogi licencyjne dla szkół medycznych, szpitali, aptek, lekarzy i innego personelu medycznego. To spowoduje zwiększenie podaży. Ceny ulegną obniżeniu i na rynku pojawi się większa różnorodność usług medycznych, wiele przypominających te obecne, ale wiele wprowadzających nowe, innowacyjne techniki. Wiele podziemnych metod wyjdzie z podziemia.

Tak, znachorstwo rozkwitnie. Ale jak z innymi zawodami, konkurujące ze sobą dobrowolne agencje akredytacyjne zajmą miejsce obecnego przymusowego systemu licencji państwowych, gdyż klienci zwracają uwagę na reputację i chcą za nią płacić. Konsumenci są zdolni do roztropnych decyzji dotyczących zdrowia, podobnie jak są zdolni do roztropnych decyzji na każdym innym rynku.

2. Wyeliminować wszystkie rządowe ograniczenia w produkcji i sprzedaży produktów farmaceutycznych i urządzeń medycznych. To oznacza brak Urzędu do spraw Żywności i Leków (FDA), który obecnie tłumi innowacje i zwiększa koszty. Ceny i koszty zostaną obniżone, większa różnorodność produktów szybciej pojawi się na rynku, głównie dzięki sprzedaży online. Rynek zmusi konsumentów do działań zgodnie z oceną ryzyka rynkowego. Konkurujący ze sobą producenci i sprzedawcy leków oraz sprzętu medycznego, w trosce o zabezpieczenie się przed pozwami o odszkodowanie, oraz aby przyciągnąć klientów, będą zapewniali coraz lepsze opisy produktów i gwarancje działania.

3. Zdjąć regulacje z przemysłu ubezpieczeń medycznych. Zdrowie, czy jego brak, coraz bardziej leży w gestii człowieka, dzięki upowszechnianiu się informacji zdrowotnych. Zamiast dopłacać do niedających się ubezpieczyć ryzyk, „ubezpieczenie” będzie polegało na tworzeniu wspólnych funduszy. „Zwyciężcy” i „przegrani” są rozłożeni losowo. Będzie nieograniczona wolność umów: ubezpieczyciele zdrowotni będą mogli oferować dowolne umowy, włączając czy wyłączając dowolne ryzyka, z możliwością dyskryminacji dowolnej grupy indywidualnych jednostek. Ogólnie, ceny drastycznie spadną, a reforma przywróci indywidualną odpowiedzialność w kwestii opieki medycznej.

Także pacjenci będą mogli zawierać ze swoim lekarzami umowy, że będą ich skarżyć jedynie w przypadku prawdziwego zaniedbania, a nie w przypadku nie osiągnięcia oczekiwanych rezultatów.

4. Wyeliminować subsydiowanie chorych. Jak powiedział Mises, subsydia tworzą więcej tego, co jest subsydiowane. Subsydiowanie chorych tworzy choroby, promuje brak dbania o zdrowie, nędzę i uzależnienia. Jeśli subsydia wyeliminujemy, wzmocnimy wolę do prowadzenia zdrowego trybu życia i zarabiania na nie. W pierwszej kolejności wymaga to likwidacji państwowego ubezpieczenia zdrowotnego i pomocy medycznej (w oryginale Medicare i Medicaid). Skoro medycyna to usługa ekonomiczna, reguły podaży i popytu dotyczą się niej, jak do wszystkich innych.

Jak długo wyborów dokonuje się na nieskrępowanym rynku, jak długo ludzie potrzebującej pomocy medycznej mogą swobodnie wybierać pomiędzy alternatywami, tak długo system będzie pracował gładko, jak każdy inny rynek. Ten, tak zwany, kryzys systemu zdrowotnego nie wywodzi się z żadnych osobliwych cech tej usługi, ale raczej ze sposobu, w jaki politycy zadecydowali w kwestii produkcji i dystrybucji opieki medycznej.

Musimy odrzucić zasady, które napędzają socjalizującą medycynę. Do nich zaliczają się idee równości i uniwersalności narzucane przez państwo, oraz pomysł, że to pracodawcy, a nie osoby indywidualne, są odpowiedzialni za finansowanie kosztów opieki medycznej. A ponad wszystko, musimy przeskoczyć koncepcję, że opieka medyczna to prawo. Tak nie jest. To usługa, jak wiele innych.

Co z tymi, których nie stać na tak potrzebne usługi? Podczas swej kampanii, gdy George W. zakończył przemówienie, pojawiła się ręka młodej kobiety, która następnie zaczęła skarżyć się, że nie stać jej na specjalne urządzenie, które pozwoliłoby jej pokonać upośledzenie wzroku. Będący wciąż na początku kampanii, Bush zapytał, ile kosztowałoby to urządzenie. Odpowiedziała, że $400. Zapytał więc, czy wśród publiczności jest ktoś, kto pomógłby dziewczynie z takim wydatkiem i w ciągu kilku minut uzbierało się wystarczająco pieniędzy, aby dziewczyna mogła zakupić urządzenie.

Prasa krajowa trąbiła i wyła o tym wydarzeniu. Twierdzili, że nie chodziło o to, aby zaspokoić konkretną potrzebę tej dziewczyny, ale aby stworzyć jakiś narodowy plan, w którym można by propagandowo wykorzystać tę kobietę. Tak naprawdę, to wolę pomysł Busha. Zasugerował on, że dziewczyna nie ma naturalnego prawa do urządzenia. Wierzył, że powinno zostać on dostarczone w sposób, w który takie luksusy dostarczane są na wolnym rynku – poprzez zakup albo dobroczynność.


« Późniejsze wpisy · Wcześniejsze wpisy »

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo