Raport BSA dotyczący skali piractwa komputerowego, o którym już pisałem, dostał się pod ogień krytyki czasopisma „The Economist” (niestety, link jedynie dla subskrybentów). Zmieszano z błotem metodologię przeprowadzonych badań i ich ostateczny wynik, czyli stopień piractwa na świecie i wynikające z tego straty. Skrytykowano wyliczenia ilość używanego oprogramowania, które opierają się głównie na oszacowaniu średniej ilości oprogramowania przypadającego na komputer, następnie pomnożeniu tej liczby przez liczbę sprzedanych komputerów. To daje oszacowaną ilość oprogramowania w użyciu, od której odejmuje się ilość sprzedanych programów, otrzymując ilość kopii „nielegalnych”. A według BSA, każda taka „nielegalna” kopia to utracony zysk, czyli strata. No i stąd finalny rezultat „strat” wynoszący 33 miliardy dolców.
I jak to poważnie odnosić się takich raportów? Nie dość, że większość danych to jedynie oszacowania, gdyż firma prowadząca badania nie ma dokładnych danych dotyczących sprzedaży oprogramowania we wszystkich krajach, których raport dotyczy. Trudno też określić, co oznacza średnia ilość oprogramowania. Nie wiadomo, jak liczony jest „koszt” pirackiego oprogramowania, wedle jakich cen (znaczy łatwo się domyśleć, że wedle cen raczej droższych produktów w danej kategorii). Jako pirackie oprogramowanie zalicza się całkowicie legalne oprogramowanie darmowe, czyli freeware czy FOSS. No i co zupełnie bez sensu, ale dobrze „nadyma” wyniki, to liczenie każdej nielegalnej kopii jako „straty”.
Nic dziwnego, że „The Economist” nazwał ten raport BS (bullshit).
Tomasz Teluk nabrał wiatru w żagle i mknie po oceanie „własności intelektualnej”. Byłoby to jeszcze sensowne, gdyby swą argumentację opierał na jakichś faktach. Niestety, argumentacja najczęściej opiera się na tezach, które autor po prostu zmyśla. A w ten sposób łatwo udowodnić wszystko, tylko że taki dowód jest z gruntu rzeczy fałszywy. Polecimy dziś cytatami.
Aby Polska oraz Unia Europejska zachowały swoją konkurencyjną pozycję na rynku globalnym, niezbędne jest wprowadzenie radykalnej ochrony własności intelektualnej na wzór amerykański.
Jeśli już mamy wzorować się na systemie amerykańskim, proponuje zacząć wzorować się na amerykańskiej konstytucji. I to nie tylko w kwestii wolności słowa i prawa do posiadania broni, ale także w kwestii praw autorskich i patentów. Konstytucja USA wyraźnie podkreśla, że ochrona patentowa i praw autorskich (nie używając do tego pojęcia „własność intelektualna”) jest niezbędna do zachęcenia autorów i wynalazców do pracy, ale też dostrzega niebezpieczeństwa płynące z tego monopolu zastrzegając, że ma on być ograniczony czasowo. No i na początku wynosił on 14 lat plus kolejne 14 lat, jeśli autor żył. Większość dzieł nie obejmowano ochroną autorską, bo nie była ona automatyczna, a pozostałe nie były chronione dłużej niż 28 lat. Takie rozwiązanie pozwalało zachować pewną równowagę pomiędzy monopolem i społeczeństwem – w zamian za maksymalnie 28 lat monopolu, dzieło stawało się potem własnością publiczną. Niestety, potem zaczęto ten układ psuć. Zwiększono ilość dzieł objętych ochroną (początkowo jedynie dzieła literackie) i przedłużono jej czas, co w praktycznie wyeliminowało ochronę „ograniczoną czasowo”. Główny udział w tym mają wielkie korporacja medialne, w których interesie jest przedłużanie monopolu, który posiadają. A że nie brakuje im pieniędzy, łatwo kupić polityków, którzy w najlepszej wierze, zrobią, co trzeba. Entuzjastów „własności intelektualnej” zresztą nie brakuje, co widać na przykładzie Tomasza Teluka.
Ale wróćmy do USA dzisiaj. Czy naprawdę potrzeba nam ochrony praw autorskich sięgających 70 lat po śmierci autora? Czy 100 lat, jak zakładają europejskie propozycje? Czy mamy pogodzić się z tym, że żadne dzieło powstałe za naszego życia nie przejdzie do public domain za życia nawet naszych dzieci? Czy chcemy, aby za każde użycie dzieła płacić opłatę i być do tego pozbawionymi prawa „dozwolonego użytku”, czyli zrobienia kopii bezpieczeństwa, użycia fragmentu, przeniesienia na inne medium (bo do tego zaczynają dążyć amerykańskie regulacje)? Czy musimy skopiować ustawę DMCA, która pozwala skutecznie zwalczać konkurencję i skutecznie ograniczać badania naukowe? Czy chcemy wprowadzenia takich regulacji, które hamują innowacje na rynku nowoczesnych technologii, zmuszając producentów do tworzenia takich urządzeń, które zostaną wyposażone w zupełnie konsumentom niepotrzebne systemy zabezpieczeń (np. DRM)? Czy naprawdę tak świetnie jest, gdy posiadacze „własności intelektualnej” decydują, jak działają nasze fizyczne urządzenia (kody regionalne DVD, brak możliwości przeskakiwania reklam, itp.)? Czy chcemy, aby producent nowego urządzenia musiał najpierw otrzymać swoisty „immunitet” od autorów, że jego produkt nie narusza ich interesów? Czy zgodzimy się na zamianę Internetu w medium w pełni kontrolowane przez posiadaczy „własności intelektualnej” – bo do tego powoli wszystko zmierza? Czy to jest świetlana przyszłość, do której powinniśmy dążyć? Ja dziękuję, ale nie po drodze mi tym torem. A jak to pogodzić z libertarianizmem, to już zupełnie nie mam pojęcia.
Polscy przedsiębiorcy podzielają obawę, iż politycy reprezentujący nasz kraj w Brukseli, zostali wprowadzeni w błąd przez garstkę ideologów. Aktywistom, będącym przeciwnikami własności prywatnej w ogóle, może nie zależeć na wzroście gospodarczym kraju, będącym udziałem lokalnych przedsiębiorców i inwestorów zagranicznych.
To jest właśnie najlepszy przykład konfabulacji autora. Po pierwsze, jacy polscy przedsiębiorcy? Ja jestem polskim przedsiębiorcą i nikt mnie w błąd nie wprowadził. Prędzej autor tkwi w błędzie.
Po drugie, przeciwnicy patentów na oprogramowanie to nie jedynie garstka ideologów. Myślę, że w produkcję wolnego oprogramowania zaangażowanych jest sporo ludzi i naprawdę niewielu z nich zasługuje na miano ideologa. Poza tym, bycie przeciwnikiem patentów na oprogramowanie nie oznacza sprzeciw wobec własności prywatnej! Skąd taki pomysł? Tutaj Tomasz Teluk po prostu zmyślił sobie coś, bo pasowało mu „przyprawić gębę” swoim przeciwnikom. Jeśli musi już sięgać po tego typu argumentację, to rzeczywiście niezbyt pewnie się czuje w tym temacie.
Nie należy ulegać naciskowi firm informatycznych zarabiających na udostępnianiu tzw. otwartego oprogramowania i jednocześnie pozbawiać szansy tysięcy młodych zdolnych ludzi, widzących swoją przyszłość w pracy w firmach nastawionych na innowacje lub zamierzających rozpocząć własną działalność gospodarczą, aby świadczyć usługi dla liderów innowacji.
To jest naprawdę zabawne. Wiele można powiedzieć o największych zwolennikach patentowania oprogramowanie, ale nie to, że są „liderami innowacji”! Największą korporacją popierającą patentowanie oprogramowania i wywierającą naciski na odpowiednie ciała politycznie jest bez wątpienia Microsoft, negatywny przykład innowacji w swojej działalności. Praktycznie cała historia produktów Microsoftu opiera się na przejmowaniu pomysłów i innowacji konkurencji. A, że jest to taktyka skuteczna, to już inna sprawa.
Młodzi ludzie powinni być zainteresowani różnorodnością możliwości. Wolne oprogramowanie jest właśnie doskonałą metodą na zapewnienie takiej różnorodności. Tylko dzięki niemu Microsoft czuje na plecach oddech konkurencji, co skłania go lepszych starań. To dzięki wolnemu oprogramowaniu nie wszyscy są skazani na korzystanie z jednego, „właściwego” systemu operacyjnego.
Jako przykład jednej z najbardziej innowacyjnych firm sektora IT obecnych czasów, marzenie pracy chyba większości ludzi z branży – Google – to firma, która bardzo mocno czerpie z zasobów wolnego oprogramowania. Szybkość działania jej serwerów i skuteczność ich działania to zaleta wolne systemu operacyjnego. Tomasz Teluk, jak ekspert IT, powinien o tym doskonale wiedzieć. Dzięki temu Google oferuje coraz więcej nowoczesnych usług, o których taki Microsoft może sobie jedynie pomarzyć. Jako ekspert IT powinien wiedzieć, jak wielkie znaczenie ma wolne oprogramowania dla wielu potentatów tej branży. Z pewnością w IBM nie zasiada garstka ideologów negujących własność w ogóle.
Obecnie globalny handel traci ponad 400 mld dolarów wskutek działania nieuczciwych firm, podrabiających cudze wynalazki, produkty i marki.
To też śmieszne. Po pierwsze uważam, że jest to kwota wyssana z palca, jak wszystkie inne wyliczenia dotyczące strat na skutek piractwa. Na dodatek handel podrabianymi wynalazkami, produktami i markami, o ile dochodzi do wymiany fizycznych towarów jest przecież także elementem handlu globalnego! Niewykluczone jest, że ludzie handlują znacznie więcej podróbkami, niż handlowaliby towarami oryginalnymi, które przecież są zazwyczaj droższe. I trudno naprawdę oszacować, jaki byłby obrót w przypadku braku podróbek i fałszywy marek. Wysuwając tezę o takich stratach, wypadałoby ją poprzeć wiarygodnymi wyliczeniami.
Na podsumowanie pragnę zwrócić uwagę, że Tomasz Teluk znów nie próbuje skuteczną argumentacją pokonać przeciwników, ale odwołuje się jedynie do uczuć czytelnika, głównie do strachu przez nieszczęściem. Grozi odpływem kapitału, brakiem perspektyw, masowym drenażem mózgów. Straszy utratą szansy na pozycję światowego lidera. Troszczy się o różnorodność karier dla młodych ludzi. Dla niego recepta na te strachy jest jedna – zaostrzyć ochronę „własności intelektualnej”. Oczywiście na wzór amerykański.
Na dodatek, znów zaczyna mylić przyczyny ze skutkami. To nie dlatego w Polsce jest tak źle, bo brakuje należytych rozwiązań w dziedzinie „własności intelektualnej” – przyczyny są znacznie poważniejsze i leżące zupełnie gdzie indziej. Adopcja rozwiązań prawnych rodem z USA, a dotyczących „własności intelektualnej”, raczej nic nie zmieni w polskiej gospodarce na lepsze.
Na dodatek trudno polemizować z jego argumentami, bo ich po prostu nie ma. To jedynie, niczym nie poparte, gdybanie.
Tomasz Teluk postanowił znów trochę pobronić „własności intelektualnej”, tym razem w kontekście podrabiana cudzych produktów i pomysłów.
Nie bardzo rozumiem, jak można nazwać „złodziejem” kogoś, kto z własnych materiałów, własną pracą szyje na przykład spodnie i naszywa na nie metkę innego producenta. Póki co, jeszcze nic nikomu nie zabrał. Jeśli wprowadzi takie spodnie do obrotu, czyli komuś je sprzeda, staje się raczej oszustem, bo jego klient przecież dostał spodnie, choć nie takie, jakich się spodziewał. Poza tym, Tomasz Teluk zapomina, kto jest ofiarą tego procederu – wcale nie właściciel marki, którą podrobiono – ale klient, który został oszukany. To jest przestępstwo, a nie jakieś tam naruszenie „własności intelektualnej”. A co ciekawsze, oszukany klient wcale nie musi czuć się ofiarą, gdyż zakupione spodnie mogą w zupełności spełniać jego wymagania. Ba, mogą być nawet lepsze od oryginałów. Sam fakt, że są podróbką nie przesądza o ich jakości.
A już kwestia podróbek, które nie podszywają się po oryginały, naprawdę nie wymaga napiętnowania. Jeśli klient ma świadomość, że kupuje np. część komptybilną z jego samochodem, ale nie oznaczoną logo producenta jego pojazdu, to naprawdę nie ma tutaj nikogo poszkodowanego i żadnej straty. Retoryka, jakoby zwiększało to niebezpieczeństwo na drogach to już FUD rodem z Microsoftu.
To, że krążą części zbudowane z pomięciem zapłat za „własność intelektualną”, nie oznacza, że są one złe. Przeważnie produkują je przecież ci sami producenci, którzy produkują oryginały, albo przynajmniej z użyciem podobnych maszych, technologii i materiałów. Nawet podrabiany zegarek nie musi być zły – klientowi wystarczy, aby dobrze godzinę wskazywał i wyglądał jak Rolex.
Nie zapominajmy, że rzeczy oryginalne, dobrej marki wcale nie są niezawodne czy superwytrzymałe. Wystarczy choćby zauważyć ilość serwisów znanych marek. Mercedes daje jedynie 2 lata gwarancji na swoje markowe samochody, czyli krócej niż kiedyś Daewoo.
I jeszcze cytat z artukułu:
Dlatego państwa, które chcą rozwijać się i przyciągać zagraniczny kapitał, aby wykorzystać potencjał intelektualny swoich mieszkańców powinni raczej skupić się na należytej ochronie efektów badań naukowych, niż na konserwowaniu biurokratycznych regulacji oddających władzę nad prywatną własnością w ręce urzędników.
Tu się zgadzamy, przynajmniej w drugiej części zdania. Natomiast nie jestem już taki pewnien, czy likwidacja biurokratycznych regulacji powinna być zastępowana ochroną „własności intelektualnej”, bo to jeste zamiana siekierki na kijek, czyli jednej zbędnej regulacji na inną, także zbędną. Nie jest to recepta na rozwój gospodarczy. Poza raz kolejny zauważam, że nie ma jednoznacznego powiązania (dziś łatwiejsze słowo) pomiędzy stopniem ochrony „własności intelektualnej”, a tempem rozwoju gospodarczego. Są kraje z niezłą ochroną i słabym rozwojem i na odwrót. Polska jest tu przykładem negatywnym, bo stopien ochrony u nas nieustannie rośnie (od zupełnego braku), a tempo rozwoju raczej spada.
Ostatnimi laty głośno zrobiło się o pedofilii. Jedno z największych zagrożeń „naszych” dzieci, pewnie tuż po znienawidzonych narkotykach. Generalnie pedofil za każdym rogiem i oczywiście w internecie. Plakaty propagandowe. Wątki w serialach. Kampanie społeczne. Moim zdaniem, trochę to przesadne, lekko histeryczne. Nie jest mi obojętny los dzieci, ofiar pedofili, ale bez przesady. Nie wiem, czy dzieci nie są trapione znacznie większymi problemami, z państwową szkołą na czele. A nie robi się kampanii w celu ich ocalenia…
W tym tygodniu był final konkursu Elite Model Look, gdzie występowały panny w wieku od 14 lat. Panny w wieku pedofilskim. Eksponowane stosownie do wymagań konkursu: seksownie, skąpo, w makijażu, długonogo, modelowo. I to wszystko prezentowane w ogólnopolskiej telewizji. Czysto pedofilski program, jeśli się weźmie pod uwagę obecne prawne ramy. Naprawdę? Dajcie spokój.
Uważam, że nie należy przesadzać z tą pedofilią. Obecny wiek „zgody” ustalony na 16 15 lat jest stanowczo za wysoki, powinien być obniżony np. do 13 lat, aby nie kreować nowej, zupełnie niepotrzebnej kategorii przestępstw – mamy ich wystarczająco dużo. Nie znaczy to, że uznaję seks z 14-to latką za coś zalecanego, niemniej jednak nie jest to też chyba nieusuwalna skaza na charakterze (choć fachowcy mogą mieć inne zdanie, ale ze zdaniami fachowców też bywa różnie). Generalnie chodzi o zdrowy rozsądek, a nie o histerię.
Coś mi się wydaje, że należę do niezmiernie małej mniejszości, która przestawia domyślny (biały) kolor tła w swoich aplikacjach na inny. W moim przypadku jest to kolor szary, taki jak kolor większości pozostałych elementów interfejsu. Nie lubię białego koloru, bo daje po oczach i staram się go unikać. Jest wiele stron WWW, które operują na białym tle, bo tak się widziało projektantowi graficznemu – nie mam nic przeciwko temu. Jednak wśród nich są takie, które zakładają, że użytkownik ma białe tło i w kodzie HTML nie ustawiają koloru tła na biały. Łatwo zgadnąć, jak wyglądają takie strony w mojej przeglądarce, szczególnie ich „przezroczyste” elementy graficzne z ohydnymi białymi obwódkami. Generanie to jest taka mała niedogodność, ale przytrafiła się już kilka lat temu stronie #1 internetu, czyli Yahoo!, a to już maksymalna porażka.
Krótka lista przykładów:
Co zabawaniejsze, Yahoo! jakiś czas temu zmieniło wygląd interfesju, ale problem przetrwał zmianę. Z mego doświadczenia wynika, że informowanie webmasterów o tym fakcie nie przynosi żadnych rezultatów. Jedynym, chlubnym wyjątkiem jest Answers.com, którego dział obsługi odpisał natychmiast, poprosił o screenshoty, ustawienia i poinformował, że znalazł błąd i poprawił. Inne serwisy życzliwe uwagi ignorują.
W jaki sposób? Poprzez zawieszenie patentów na leki antyretrowirusowe. Izba niższa ichniego parlamentu przegłosowało prawo zawieszające patenty na leki antyretrowirusowe, co będzie pozwalać na ich produkcję przez firmy brazylijskie, o ile rządowi nie uda się uzyskać znacznych redukcji cenowych czy licencji od zagranicznych firm farmaceutycznych. Ja wiem, że na czele państwa stoi socjalista, który nie szanuje także normalnej własności, ale czasem i socjaliści postępują słusznie. Coś mi się wydaje, że to dobra metoda na „zachęcenie” firm farmaceutycznych do negocjacji.
Pisałem już, że patenty kosztują ludzkie życie. Czasem w tym sporze o „własność intelektualną” padają prawdziwe trupy. I powstaje pytanie, czy to właściwa cena za utrzymywanie patentowego monopolu?
Okazuje się, że nie jest tak, jak pisałem wcześniej, że tylko UK szykuje przedłużenie ochrony prawami autorskimi muzyki popularnej, ale jest to trend forsowany przez europejskie firmy fonograficzne, które chcą, aby stało się to prawem w całej Wspólnocie. No, bo trzeba wyrównać czas ochrony w Europie i USA, żeby artystom nie było smutno.
Sony i Toshiba, dwaj potentaci stojący za dwoma niezgodnymi standardami przyszłego następcy DVD, czyli Blu-ray i HD-DVD nie doszłi do porozumienia dotyczącego wyłonienia jednej, wspólnej technologii. Nie wiem, czy się z tego cieszyć, czy martwić. Z jednej strony opóźni to wejście na rynek nowego formatu, co być może poskutkuje pojawieniem się nowych, może bardziej otwartych standardów. Z drugiej strony 2 konkurujące formaty to nie jest dobry pomysł – zamiast przyjęcia przez użytkowników nowej technologii, będziemy mieli przedłużające się wyczekiwanie na to, który format zwycięży.
To, że z wydarzeniami z 11 września (9/11 z amerykańska) nie wszystko było tak, jak ogłosił amerykański rząd i wszystkie telewizje, jest jasne dla każdego, kto lubi wysilić mózgownicę i nie od razu przyjmuje za fakty to, co podają „Fakty TVN” i temu podobne media. Dla mnie osobiście grubymi nićmi szyte było błyskawiczne powiązanie wydarzeń z Al Kaidą, uchwalenie ustawy Patriot Act, zmiana USA w paranoiczne państwo policyjne, no i 2 wojny, jako rezultat (cel?). Nie jestem jakiś tam specjalnym zwolennikiem teorii spiskowych, ale za dużo rzeczy tutaj nie trzymało się kupy, albo raczej pasowało do zupełnie innej układanki.
Dziś na LewRockwell.com przeczytałem niezmiernie interesujący artykuł, który podważa oficjalną wersję wydarzeń 9/11 nie od strony politycznej, ale od strony technicznej. Według autora artykułu oraz rozmaitych źródeł, na które się powołuje, prawdziwe przyczyny zniszczeń WTC są zupełnie inne, niż oficjalne wytłumaczenia.
Jak wiadomo, 2 spore samoloty pasażerskie wbiły się o oba główne budynki Word Trade Center (WTC 1 i WTC2) wywołując pożary, które następnie doprowadziły do zawalenia się obu wież, a w konsekwencji też do zawalenia się dwóch innych budynków: WTC7 i WTC6. Specjaliści, głównie inżynierowie, nie kupują tego wyjaśnienia. Zbyt wiele dostępnych materiałów mu przeczy, zbyt wiele też dowodów nie zostało ujawnionych czy wręcz nie istnieje.
Dużo kontrowersji budzi sam fakt zawalenia się obu wież WTC. Wbrew pozorom, budynki te zbudowano bardzo solidnie, na bazie stalowego rdzenia, który był w stanie wytrzymać obciążenie całego budynku z wielokrotnym zapasem. Uderzenie samolotu w taką konstrukcję nie powinno doprowadzić do zawalenia się budynku. Oficjalne wytłumaczenie zrzuciło winę na pożar paliwa lotniczego, który miał rzekomo doprowadzić do stopienia stalowych konstrukcji i zniszczenia ich. Problem w tym, że paliwo lotnicze nie pali się w temperaturze dostatecznie wysokiej do zmiękczenia stali, na dodatek zabezpieczonej przed pożarem, a o jej stopieniu nie było już mowy. Intensywność pożaru był bardzo niska, objawiał on się głównie wydobywającym się czarnym dymem z niewielką ilością widocznego ognia. No i na dodatek budynki WTC1 i WTC2 zawaliły się w niecałą godzinę po wybuchu pożaru, podczas gdy inne pożary potrafiły trawić podobne budynki przez kilkanaście godzin nie doprowadzając ich do zawalenia się. Co gorsza, pierwszy zawalił się ten budynek, w który uderzył drugi samolot, wywołując w nim później znacznie mniej intensywny pożar, gdyż trafił w róg budynku wystrzeliwując swoje paliwo na zewnątrz. Wniosek – uderzenie samolotów i pożary nie wystarczyły do zawalenia się budynków – zostały one zburzone przy pomocy kontrolowanej detonacji.
Jakie fakty popierają taką teorię? Po pierwsze, zawalenie się WTC2 poprzedza eksplozja WTC6, który nie ma nic wspólnego z uderzeniem samolotów – fakt ten potwierdzają zdjęcia, na których nad WTC6 pojawia się obłok dymu tuż przed finalną eksplozją wieży. W WTC6 powstaje olbrzymi krater, doskonale widoczny na dostępnych zdjęciach z powietrza. Po drugie zawalenie się obu wież ma znamiona kontrolowanej wybuchowej rozbiórki – górne części początkowo rozpadają się w pył w tajemniczej ekplozji, a następnie w podobny sposób zawalają się pozostałe części (pnie) wież, pozostawiają olbrzymie obłoki kurzu rozproszkowanego betonu plus znacznie rozdrobnione elementy konstrukcji. Wszystko czysto i precyzyjnie, jak przy wyburzaniu przez wyspecjalizowaną firmę (przy okazji, taka firma właśnie została wynajęta do zlikwidowania ruin i uprzątnięcia terenu). Budynki WTC zawalają się pionowo w dół, praktycznie omijając sąsiednie zabudowania, zostawiając relatywnie niewielkie ruiny, gdyż znaczna część materiałów budowlanych zostaje zamieniona w obłok kurzu. Na dodatek tempo zapadania się zbliżone jest do spadku swobodnego, co sugeruje, że budynek poniżej nie stawia praktycznie oporu, gdyż został już w tym momencie zniszczony.
Co najdziwniejsze, znacznie później, po południu tego dnia, kompletnie wali się budynek WTC7, dość oddalony od obu wież i oddzielony od nich budynkiem WTC6. Podobnie jak obie wieże, WTC7 zostaje doszczętnie zniszczony, zapadając się do wewnątrz, w sposób charakterystyczny dla wyburzania takich struktur. Dlaczego? Przecież nie ucierpiał on w wyniku uderzenia samolotu, a był równie daleko od walących się wież jak inne, stojące wciąż budynki. Co prawda palił się w nim pożar, ale w tym wypadku potrzebował on dobrych kilku godzin na doprowadzenie do zawalenia się budynku, co nie było koniecznie w przypadku wież.
Przyjrzenie się wielu stronom WWW, które analizują wydarzenia 9/11 z tego punktu widzenia uwidacznia wiele dziur w oficjalnej wersji wydarzeń. Niektórzy autorzy posuwają się nawet do twierdzenia, że nie było nawet samolotów, które zostały wmontowane w dostępne zdjęcia i zapisy wideo, choć ja bym aż tak daleko nie poszedł, bo pachnie to programem „Nie do wiary”. Niemniej jednak luki w dowodach dotyczących samych samolotów też są spore. Zniszczenia w budynkach są nad wyraz małe w porównaniu do innych katastrof lotniczych tego rodzaju. Co dodatkowo potwierdza solidność wykonania budynku. FBI odnajduje paszport jednego z domniemanych porywaczy, ale „nie znajduje” tak istotnych elementów samolotu jak czarne skrzynki czy cały, wielometrowej średnicy silnik.
Szczególnie ciekawe rzeczy wychodzą w sprawie ataku na Pentagon. Oficjalnie w fasadę budynku wbił się kolejny samolot, doprowadzając do eksplozji i zawalenia się fragmentu budynku. Zdjęcia z miejsca wypadku okazują rzeczywiście zaskakujące. W momencie eksplozji nie daje się zauważyć lecącego pasażerskiego odrzutowca, przynajmniej na opublikowanych zdjęciach z kamer dozoru. Po wybuchu fasada stoi sobie w najlepsze, ogarnięta niezbyt intensywnym pożarem, z którym strażacy szybko dają sobie radę. Potem zawala się w tajemniczy sposób, ale jedynie jej niewielki fragment w porównaniu do wymiarów samolotu. No i na żadnym ze zdjęć nie widać szczątków samolotu. Z biegiem czasu jednak zaczęły pojawiać się zdjęcia drobnych elementów samolotu i wyjaśnienia, że tak się zdarza – samolot wbił sie całkowicie w najniższe piętra Pentagonu i rozpadł się na wiele małych kawałków. Teoria o braku samolotu ma też być fałszywką mającą na celu zdyskredytowanie sajtów, które propagują odmienne wytłumaczenia wydarzeń 9/11.
Dużo luk w wyjaśnieniach dotyczacych ataku 9/11 znajduje się na stronie German Engineers Help The USA.
Jak się zdaje, uchwalona szybciutko po wydarzeniach 11 września ustawa Patriot Act dająca władzom federalnym specjalne, wychodzące poza konstytucyjne ograniczenia, przywileje, zostanie apgrejdowana. Senacka komisja tajnie przegłosowała właśnie dalsze rozszerzenie uprawnień FBI w zdobywaniu informacji o podejrzanych o terroryzm. Spekuluje się, że FBI będzie mogła zdobywać informacje z banków, szpitali, bibliotek, itp. za pomocą „nakazów administracyjnych”, które nie będą wymagały nadzoru ze strony sądu. Dodatkowo FBI będzie mogła utajnić fakt wydania takiego nakazu pod karą od roku do 5 lat więzienia ze jego ujawnienie. To oczywiście nie są ostateczne zmiany, które zostaną poddane głosowaniu w Senacie, gdyż prawdopodbnie jeszcze inne komisje będą wnosić poprawki. Nie należy się spodziewać się, że USA stanie się bardziej wolnym krajem w najbliższej przyszłości.
















