W uzupełnieniu do tego, co napisałem w poprzednim wpisie dotyczącym raportu Banku Światowego na temat robienia interesów w różnych krajach, postanowiłem przyjrzeć się kwestii zakładania firmy w USA. USA to wciąż dość wolnościowy kraj, całkiem wysoko w ogólnym rankingu. Proces założenia firmy (spółka z o. o. zdolna do działania i zatrudniania pracowników) trwa w USA 5 dni i obejmuje 5 etapów (po dniu na każdy z nich). Całkowity koszt to $210, a kapitał potrzebny do założenia takiej spółki to $0 lub $1000, w zależności od stanu.
Pierwszy etap, czyli rejestracja samej firmy trwa standardowo dwa dni za $135, ale może zostać przyśpieszony za stosowną opłatą: do 24 godzin za $25, do tego samego dnia za $75, a do 2 godzin za $150 (jak kogoś przyciśnie). I to wszystkie koszty. Pozostałe etapy są bezpłatne, a cały proces to wypełnianie stosownych formularzy, które czasem można załatwić online, czy telefonicznie.
Egzekwowanie umów nie jest już takie szybkie jak w Nowej Zelandii, bo trwa aż 250 dni (wciąż 4 razy szybciej niż w Polsce).
Rak biurokracji pożerający mózgi wielu naszych rodaków, nie pozwala im przyjąć do wiadomości tego, że można większość procedur gospodarczych znacznie uprościć i zmniejszyć ich koszty. A jednak się da i nie oznacza to jednocześnie jakiegoś upadku cywilizacyjnego, jak zdają się sugerować obrońcy „sprawiedliwości społecznej”.
Jak doniósł dziś Telexpress, a co potwierdziło się także w innych źródłach, kwiecień jest ostatnim miesiącem, w którym właściciele wypchanych zwierząt muszą je zarejestrować! Posiadanie zakurzonego i najczęściej ohydnego, wypchanego zwierzaka, który nie zostanie zarejestrowany przez stosownego urzędnika, będzie od przyszłego miesiąca wykroczeniem. Dobrze, że jeszcze nie wsadzają za to do więzienia.
Ja rozumiem, że chodzi o walkę z kłusownictwem, o „prawa” zwierząt i takiem tam bzdety, ale naprawdę sprawdza się powiedzenie, że wystarczy wymyśleć dowolnie głupi pomysł, a oni go wprowadzą w życie.
Prezydent Bush ma na dniach podpisać ustawę, która za umieszczenie online choć jednej kopii filmu, programu czy pliku muzycznego przed oficjalną premierą, przewiduje karę więzienia do 3 lat i grzywny sięgającej do $250,000. Są to znaczące zmiany w karaniu za „piractwo online”, będące efektem znacznych nacisków przemysły rozrywkowego na Kongres USA.
Coż, na razie wszystko idzie w zgodzie z moim, publicznie jeszcze nie prezentowanym poglądem, że będziemy musieli przejść przez „ciemny wiek” praw autorskich, gdy legislacje uczynią większość z nas przestępcami, odbiorą nam nie tylko prawa dozwolonego użytku (fair use), ale także wiele innych praw, np. decydowania w jaki sposób korzystamy z posiadanych legalnie dzieł (kody regionalne, blokady zapisów, uniemożliwienie omijania reklam, restrykcje sprzedaży używanych dzieł, itp.). Pewnie dokona się też zamach na komputery ogólnego zastosowania, które według magnatów medialnych powinny zostać zamienione na ich „godne zaufania” wersje, które będą w stanie uruchamiać jedynie „godne zaufania oprogramowanie”, pochodzące od tych, którym można ufać (np. jedynie z Microsoftu).
Oczywiście filmy i inne ciekawe pliki będą pojawiać się przed premierą, tak jak pojawiają się obecnie. No i w końcu okaże się, że zegara historii nie da się cofnąć i w świecie techniki cyfrowej nic już nie jest takie, jak było dawniej. Że musimy wreszcie wypracować metody tworzenia i zarabiania na efektach pracy naszego intelektu bez konieczności uciekania się do prawem strzeżonego monopolu i zamykania „cyfrowych piratów” w nowocześniejszych wersjach obozów koncentracyjnych.
Dla rozluźnienia – pewien Japończyk rzeźbi sobie w arbuzach. Trzeba to zobaczyć, aby mieć pojęcie, o co naprawdę chodzi. Niesamowite.
Przyznam, że wybór Ratzingera jest dobrym znakiem – wciąż w Kościele nie zwyciężyły siły „postępu”.
Dziś mija kolejna, 12 już rocznica wydarzeń w Waco, w Teksasie. 19 kwietnia 1993 roku agenci rozmaitych agend rządu USA zakończyli oblężenie kompleksu budynków należących do niewielkiej sekty religijnej. Oblężenie zakończyło się śmiercią około 80 cywili, wśród nich wielu kobiet i dzieci. Początkiem tego wydarzenia była próba dokonania nalotu na kompleks sekty 28 lutego przez funkcjonariuszy Biura ds. Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej (ATF). Sekciarze byli dobrze przygotowani na przyjęcie niemiłych i nieproszonych gości, ostatecznie to Teksas, i w wyniku akcji zginęło 4 funkcjonariuszy ATF i kilku członków sekty. Zaczęło się wtedy oblężenie, które po 51 dniach zostało zakończone, niestety w tragiczny sposób. FBI i ATF, używając ciężkiego sprzętu (opancerzonych pojazdów gąsienicowych) rozpoczęło systematyczne demolowanie kompleksu, przez kilka godzin wpompowując i wstrzeliwując do jego wnętrza gaz łzawiący (łatwopalny i niebezpieczny dla osób przebywających wewnątrz, szczególnie dzieci). Podczas tej akcji w kompleksie wybuchł pożar, który wkrótce strawił wszystkie budynki wraz z ludźmi w środku.
Po akcji funkcjonariusze szybko zatarli wszystkie ślady, równając teren kompleksu z ziemią, uniemożliwiając przeprowadzenie później dokładniejszego śledztwa. Oczywiście za taki rozwój sytuacji obarczono winą sekciarzy i ich przywódcę, Dawida Koresha. I tak miało pozostać. Niestety, sprawa była zbyt bulwersująca, aby pozostała bez echa.
Niezależni dziennikarze i eksperci rozpoczęli drążenie tematu. Jak się okazało, wstępny nalot był zupełnie niepotrzebny, gdyż miała to być typowa pokazowa akcja, w celu poprawy wizerunku ATF. Zarzuty o molestowanie seksualne dzieci, czy dokonywanie niedozwolonych przeróbek posiadanej legalnie broni, były bezpodstawne. Poza tym, Koresh oferował wcześniej agentom możliwość wizyty w kompleksie, ale odmówili. Sąd uznał, że sekciarze działali w samoobronie podczas pierwszego nalotu i uwolnił ich od zarzutu morderstwa. Wiele dowodów zebranych po zakończeniu akcji wskazywało, że nie wszystko wyglądało tak, jak opisywali to agenci. Zapisy z kamer podczerwonych sugerowały, że kompleks był ostrzeliwany z wielu stron, co skutecznie uniemożliwiało poddanie się ludziom wewnątrz i bezpieczne opuszczenie go w obliczu pożaru. Agenci najprawdopodobniej używali ładunków zapalających, które mogły wywołać pożar, który strawił cały kompleks. Nie wyjaśniono skąd wziął się silny ładunek wybuchowy na stropie betonowego bunkra, w którym chroniła się znaczna część mieszkańców kompleksu, w tym dzieci. Jego eksplozja zabiła większość z tych, którzy schronili się wewnątrz. Agenci nie dopuszczali straży pożarnej na teren pożaru, demolując go w tym czasie buldożerami. Przeprowadzone po tych wydarzeniach śledztwa, także przed Kongresem USA oczywiście nie znalazły winnych, poza tymi, którzy i tak nie mogli się bronić – ofiarami masakry.
Dzięki dobrodziejstwom Internetu i sieci P2P, można na temat wydarzeń w Waco sporo poczytać i pooglądać, co uczyniłem, a to dość pouczające doświadczenie. I warto, aby o Waco pamiętali zarówno ci, którzy państwo uważają za aparat niezbędny do regulowania naszego życia, a także ci, którzy mają kompletnie przeciwny pogląd.
Postanowiłem dla własnej korzyści wykorzystać system, z którym odrobinę walczę. Od tej chwili moje wypociny udostępniane są w ramach niezmiernie swobodnej licencji Creative Commons. Niewiele to zmienia, dalej można moje teksty dowolnie używać, kopiować i publikować pod jedynym warunkiem – podania ich autorstwa (najchętniej w formie linku do www.miasik.net). Motyw był jeden, wyrażenie poparcia dla pomysłu Creative Commons – lepsze takie podejście do obecnego systemu praw autorskich niż jego pełna akceptacja.
ZAIKS znany jest ze swojej taktyki wyłudzania (a jakże, w interesie artystów) kasy od ludzi, którzy słuchają muzyki w miejscach „publicznych”, czyli we własnych sklepach, lokalach gastronomicznych, na swoich imprezach towarzyskich (weselach, dyskotekach, itp.) Pomijam teraz wątpliwe moralne uzasadnienie tego procederu, bo przecież w większości przypadków muzyka ta została już raz opłacona – przy zakupie nośnika, albo przez rozgłośnię. Robią to, bo mogą.
Zaciekawiło mnie, podczas wczorajszej wizyty w pubie, czy długie macki ZAIKSU sięgają także po nowoczesne metody przekazu muzyki, czyli radia internetowe. Powiedzmy, że mam taki pub, w nim łącze internetowe typu broadband podpięte do komputera. Na komputerze hula programik typu WinAmp odtwarzający muzę jednego z tysięcy radyj internetowych (dawna forma odmiany naprawdę czasem pozwala wyrazić się lepiej). Czy ZAIKS może domagać się swojego haraczu? Czy polskie prawo mu na to pozwala?
Nie wiem i nie bardzo chce mi się prowadzić w tej kwestii bardziej intensywnego śledztwa – strona ZAIKSU nie działała poprawnie w Firefoxie, a przejście na IE też niewiele pomogło, bo wymagane jest odblokowanie popupów, czego nie umiem. Nie wystarczy nazwać mnie „szanownym użytkownikiem utworów chronionych”, trzeba mi jeszcze jakoś ułatwić płacenie tego haraczu – poprzez umożliwienie mi ściągnięcia licencji na odtwarzanie utworów w miejscu publicznym! No i nie wiem, czy obejmuje taka licencja także radia internetowe, czy też nie. Na więcej nie starczyło mi zapału, szczególnie po wypiciu piwa – oddam się mniej umysłowo wymagającym czynnościom.
Jedno jest pewne, nie trzeba płacić za takie coś innego haraczu, czyli podatku zwanego abonamentem radiowo-telewizyjnym. Dobre i to.
A tak przy okazji, to jest przykład tego, że prawa autorskie (własność intelektualna) stoją wyżej od normalnego prawa własności. Pozwalają takiemu ZAIKSowi wkraczać na czyjś prywatny teren i decydować jak jego właściciel może korzystać z jego własnych urządzeń elektronicznych. To, że np. pub jest miejsce, do którego wpuszcza się ludzi z ulicy, nie oznacza, że stają się oni od razu właścicielami jego wyposażenia – chyba że zapłacą, np. za piwo – a ZAIKS jednak może sprawować kontrolę nad cudzą własnością.
Dziś wpadłem na koncept użycia nowoczesnej technologii i stworzenia internetowej platformy dla kojarzenia usługodawców i usługobiorców szarej strefy – www.szarastrefa.pl. Jakiś mechanizm, oczywiście anonimowy, dobrze zabezpieczony przed dostępem osób niepowołanych (policji skarbowej), z odpowiednim mechanizmem budowania reputacji wśród obu stron szarostrefowych transakcji. Transakcji nie obciążonych watami, zusami, dochodowymi, akcyzą – po prostu tak, jak powinno być. Regulujący kwestie zapłaty, najlepiej w jakimś e-goldzie, czy czymś, do czego nie ma dostępu omnipotentne państwo. Zapewniający arbitraż w sprawie ewentualnych sporów. Hostowany na serwerze w jakimś bezpiecznym miejscu, odpornym na naciski Wielkiego Brata. To na razie koncepcja, ale kto wie? Może kiedyś zbierze się jakiś zespół chętny do realizacji takiego projektu. Taka wolnościowa gospodarka pod powierzchnią tej „normalnej”, czyli zamordystycznej.
Mam w rodzinie osobę chorą na raka, obecnie na chemioterapii. Ze stosowaniem tego leczenia związana jest konieczność przyjmowania leków przeciwwymiotnych. Jedno opakowanie takiego leku (Zofran) sprzedawane jest za 3 złote, ale faktyczna cena tego specyfiku wynosi ponad 180 złotych, którą oczywiście refundują producentowi inni chorzy oraz zdrowi. Nie jest też tajemnicą, że dobre działanie przeciwwymiotne ma marihuana – może nie dorównuje skutecznością Zofranowi (a kto wie?), ale też do jej wyprodukowania nie potrzeba całego kosztownego przemysłu oraz opatentowanych technologii. Nie byłbym wcale zdziwiony, gdyby koncerny farmaceutyczne nie lobbowały za utrzymaniem obecnego stanu rzeczy, dzięki któremu pozbywają się taniej konkurencji, przynajmniej w tej dziedzinie.
















