Dzisiaj, dzięki emulatorowi DOSBox, mogłem sobie po raz pierwszy po wielu latach zagrać w swoje pierwsze (własne) pecetowe gry. Od czasu Windows 95 były problemy z ich uruchamianiem, udawało się czasem bez dźwięku, a od czasu Windows XP przestały w ogóle działać. A tutaj, dzięki oprogramowaniu Open Source, mogłem chwilkę pocieszyć się starymi grami w pełnej krasie. Dobra emulacja, szczególnie dźwięku, który w naszych pierwszych grach był obsługiwany w dość ciekawy sposób.
Autor strony savetoby.com grozi zjedzeniem ślicznego króliczka, o ile do 30 czerwca nie otrzyma $50,000 w formie darowizn albo zakupów koszulek, kubków i innych gadżetów ze swojej strony. Jak na razie idzie dobrze, bo ma już ponad $28,000.
Zabawne i interesujące japońskie zabawki dla dorosłych.
Jak donosi The Inquirer i Digital Media Europe, rząd Holandii przymierza się do obłożenia podatkiem w wysokości €3.28 za każdy gigabajt pojemności pamięci rozmaitych odtwarzaczy MP3 sprzedawanych w tym kraju, oczywiście w celu rekompensaty za “utracone” wpływy z kopiowania muzyki w tym formacie. Kwota wydaje się może z pozoru niewielka, ale do ceny przecież nie tak taniego iPoda z dyskiem 40GB trzeba będzie dołożyć około €130 na “głodujących artystów”.
To jest kolejne potwierdzenie mojej teorii, że ci wyłudzacze robią tak, bo mogą, a nie, bo tak jest słusznie. Po pierwsze kopiowanie utworów MP3 nie prowadzi do utraty jakichś, inaczej zapewnionych, wpływów. Jestem przekonany, że większość ludzi i tak nie kupiłaby 90% posiadanej przez siebie muzyki w tym formacie. To, że ktoś ma 5000 utworów MP3, nie oznacza, że gdyby nie istnienie formatu, sieci i urządzeń komputerowych, to wyłożyłby kasę, aby nabyć tyle samo utworów na tradycyjnych nośnikach. Ta argumentacja to czysta demagogia, mająca na celu wzbudzenie wyrzutów sumienia wśród “wymieniaczy” plików, oraz zamieniająca każdego z nas w kryminalistę.
Po drugie, znaczna część utworów przechowywanych w odtwarzaczach MP3 (szczególnie w krajach bogatszych) pochodzi z legalnych źródeł, czy to ze zripowanych własnych płyt, czy też legalnych zakupów sieciowych (sam posiadam kilka tysięcy utworów MP3 zakupionych całkiem legalnie w jednym z internetowych serwisów). “Głodujący” artyści otrzymali już zapłatę za te dzieła i nie rozumiem, dlaczego trzeba płacić za to jeszcze raz. Wiem, wiem, bo można.
Po trzecie, należałoby się wreszcie zdecydować. Albo nie wolno kopiować dzieł (filmów, nagrać, książek, itp.) i wtedy nie ma też sensu nakładanie podatków na czyste nośniki, dyski, kserokopiarki, itp. Albo, skoro nakłada się taki “rekompensujący” podatek, to jednak wolno z czystym sumieniem kopiować. Od biedy to drugie rozwiązanie jest lepsze, bo nie czyni z każdego człowieka kryminalisty, choć jak każda redystrybucja, jest nieefektywne i kosztowne oraz powoduje błędną alokację zasobów.
Co ciekawe, z jednej strony konstruuje się prawo, które nazywa przestępstwem proces powielania informacji cyfrowej, co jest jedną z jej wrodzonych właściwości, a z drugiej strony uchwala się podatek, który w pośredni sposób korzysta z tego “przestępczego” procederu. To oczywiście nie jedyny przypadek prawnego rozdwojenia jaźni państwa, patrzmy chociażby na ustawy o trzeźwości i podatek akcyzowy od alkoholu.
Wczoraj spędziłem cały wieczór oglądając fantastyczne zdjęcia samolotów na Airliners.net. Niesamowite i do tego świetna jakość większości z nich. Polecam. Mała próbka:
- http://www.airliners.net/open.file/201517/M/
- http://www.airliners.net/open.file/528889/M/
- http://www.airliners.net/open.file/439874/M/
- http://www.airliners.net/open.file/686219/M/
- http://www.airliners.net/open.file/199869/M/
- http://www.airliners.net/open.file/582446/M/
Powyższe zdjęcia z niesamowitego lotniska Philipsburg / St. Maarten na Antylach Holenderskich. Pas zaczyna się kilkadziesiąt metrów od publicznie dostępnej plaży i drogi, a lądują tam największe samoloty. Nie dziwne, że zdjęć z tego miejsca jest chyba najwięcej.
- http://www.airliners.net/open.file/569626/M/
- http://www.airliners.net/open.file/630283/M/
- http://www.airliners.net/open.file/777174/M/
- http://www.airliners.net/open.file/376950/M/
- http://www.airliners.net/open.file/637287/M/
- http://www.airliners.net/open.file/221571/M/
I setki innych, równie ciekawych. Polecam.
Jak wiem, nowi użytkownicy WordPressa, nawet jeśli uporają się z uruchomieniem polskej wersji według mojego opisu, są rozczarowani, gdyż domyślna szata graficzna (WordPress 1.5 Default Theme) nie poddaje się polonizacji.
Jest jednak na to rada. Wystarczy zajrzeć do repozytorium lokalizacji, gdzie w polskim dziale (pl_PL) znajdziemy spolszczone pliki domyślnej szaty (tematu, motywu). Teraz wystarczy je sobie ściągnąć (np. prawy przycisk myszki na każdym pliku i wybranie Zapisz element docelowy jako…) i podmienić we własnej instalacji.
Gary North w artukule Gun Control and Genocide wspomina ludobójstwo ormian w 1915 roku oraz wiele innych masowych morderstw XX wieku, wskazując na łatwy do zauważenia (dla chcących) i bezpośredni związek z rozbrajaniem przez rozmaite państwa własnych obywateli, a późniejszą masową eksterminacją rozmaitych grup tychże obywateli. Świetna lektura. Życie, niestety, dostarczyło wiele dowodów na istnienie takiego nieciekawego związku. Pozwolę sobie zacytować końcowy wniosek:
Ludobójstwo zdarza się. Nie zdarza się, gdy potencjalne cele posiadają broń.
Dlatego też słuchając tych, którzy tak ochoczo postulują pozbawianie nas prawa do posiadania broni, zastanówmy się, jaki naprawdę cel im przyświeca. Czy czasem nie chcą, abyśmy byli łatwiejszymi owieczkami, gdy przyjdzie czas na rzeź.
Bardzo ciekawy artykuł (po angielsku) opisujący zjawisko, o którym już wspominałem - patentowy terroryzm.
Zjawisko to polega na tym, że powstają specjalne firmy, którym jedynym celem jest gromadzenie jak największej liczby patentów, które następnie używane są do wyłudzania pieniędzy od innych firm pod groźbą wytoczenia im kosztownych procesów sądowych. Patentowi terroryści wykupują patenty lub nawet całe upadające firmy z ich patentami, przeważnie pozbawiając wpływu na dalsze losy patentów ich oryginalnych wynalazców. Następnie armie prawników wyszukują inne firmy, których profil działalności lub produkty mają charakter zbliżony do tego, czego strzegą posiadane przez terrorystów patenty. Następnie grożąc kosztownym procesem o naruszenie praw patentowych terroryści wymuszają uiszczanie stosownych opłat licencyjnych. Terroryści dobierają sobie takich przeciwników, którzy wiedząc, jak kosztowne są procesy o udowodnienie swoich praw patentowych, chętnie pójdą na ugodę, która będzie ich znacznie mniej kosztowała. Mniejsze firmy często nie mają nawet takiej możliwości i znalezienie się na celowniku terrorystów oznacza dla nich zagładę.
Oczywiście, nie ma się czemu specjalnie dziwić. Skoro prawo gwarantuje wynalazcy - a właściwie właścicielowi patentu - pełne prawo do wykluczania innych z możliwości używania i rozwijania podobnych ideii i wynalazków, to trudno się dziwić, że znajdują się chętni do skorzystania z takiej możliwości. Argumentacja, że patenty służą promowaniu wynajdowania nowych pomysłów, zapewniają możliwość zwrotu inwestycji, czy chronią wynalazców, nie znajduje w tym przypadku żadnego potwierdzenia. Terroryści patentowi nie są zainteresowani postępem czy udoskonalaniem posiadanych przez siebie wynalazków - używają ich jedynie jako kija bejsbolowego służącego do skuteczniejszego rabowania innych. Oryginalni wynalazcy raczej nie dostają nic z opłat licencyjnych i z pewnością nie zachęca ich to dalszej innowacyjności. Ludzkość niewiele zyskuje, bo chronione produkty i pomysły nie zostają wprowadzone na rynek - terroryści nie są wcale nimi zainteresowani, a jedynie możliwościami wyłudzeń, które oferuje im system patentowego monopolu.
Zamiast spodziewanego postępu mam zastój, a czasem wręcz regres, gdyż wiele innowacyjnych produktów nie pojawia się na rynku właśnie dlatego, że mogłyby zwrócić na siebie uwagę patentowych terrorystów. A nikt nie chce znaleźć się na takiej liście celów, jeśli nie ma równie skutecznej i licznej armii prawników, czy obszernego patentowego portfolio, które mogłoby być użyte przeciwko terrorystom.
Obchodziliśmy właśnie wczoraj. Co się nie działo! Tłumy młodzieży, trzymając się za ręce, tańczyły i śpiewały pieśni wychwalające system własności intelektualnej i jego rozliczne zalety. Aktywiści wygłosili płomienne przemówienia potępiające wszelkie przypadku naruszania praw autorskich zagrażające potencjałowi tak wielu “młodych przedsiębiorców, wynalazców i technologów” (za BSA). Wpominano o konieczności promowania bezpiecznego i odpowiedzialnego świata cyfrowego, poprzez stosowne programy edukacyjne. Nie obyło się bez potępienia piractwa i wspominania miliardowych strat, które ono zadaje - to szczególnie oburzyło uczestników święta i na wielu twarzach pojawiły się łzy. “Nigdy więcej!” - rozbrzmiały okrzyki i podniosły się górę zaciśnięte pięści. Piraci, wasze dni są policzone.
Pomimo tych smutnych i gniewnych akcentów, wspaniałej i legalnej (autorzy i wykonawcy piosenek zostali stosownie wynagrodzeni, za pośrednictwem właściwych organizacji chroniących prawa autoskie) zabawie nie było końca. Do następnego święta!
Z moich poprzednich wpisów na temat “małżeństw” homoseksualnych może wynikać, że w tej kwestii jestem konserwatystą. Cóż, uważam, że akurat konserwatyzm w tej sprawie jest ździebko historycznie skuteczniejszy, niemniej jednak nie odmawiam innym możliwości przekonania się na własnej skórze, że tak właśnie jest - niech sobie eksperymentują z innymi formami “małżeństwa”, jak chcą.
Moim zdaniem, prawdziwym wolnościowym rozwiązaniem kwestii związków i adopcji dzieci jest wyeliminowanie możliwości ingerencji państwa w te kwestie i pozostawienie ich w gestii rozmaitych społeczności, czy to sformowanych na bazie wspólnych wierzeń (sekt i kościołów), podobnych moralnych zasad, czy innych form wzajemnych relacji.
Wydobądźmy małżeństwo ze szponów państwa i pozwólmy ludziom załatwiać te kwestie bez pośrednictwa i wtrącania się jednego, wspólnego dla wszystkich prawa i jego urzędników. Niech katolicy zawierają małżeństwa wedle swojej wiary i jej nakazów, a muzułmanie według swojej. Jak ktoś uznaje wielożeństwo, niech tak żyje. Jak ktoś się upiera, że według niego “małżeństwo” oznacza związek homosia z homosiem, niech i tak będzie. W wolnościowym społeczeństwie, czyli takim, w którym dowolny związek (nawet z kozą) nie będzie skutkował ani przywilejami, ani dyskryminacją, nie będzie przecież miało to większego znaczenia.
Wymagałbym jedynie jakiejś publicznej, weryfikowalnej niezależnie deklaracji, wedle jakich reguł dany związek funkcjonuje i kto rozstrzyga ewentualne spory pomiędzy “małżonkami”, ich “rodziną” czy ewentualnymi spadkobiercami. Taki “rejestr” mógłby też pozwalać na sprawdzenie, czy ewentualny partner nie jest stroną związku, którego reguły mogą kolidować ze związkiem, który właśnie zamierza zawrzeć (a co, może ktoś będzie chciał uczestniczyć w różnych formach małżeństwa jednocześnie). Arbitraż w kwestiach spornych najlepiej pozostawić prywatnym instytucjom danych organizacji, społeczności, kościołów.
Pozostaje kwestia adopcji dzieci, które pojawią się w takich związkach. Moim zdaniem, tę sprawę także najlepiej rozwiązuje “prywatyzacja” instytucji małżeństwa, czy innych, quasi-małżeńskich związków. Reguły małżeńskie powinny określać też, kto i na jakich warunkach może adoptować dzieci poczęte w danym związku. W ten sposób katolicy mogą mieć pewność, że ich dzieci trafią jedynie do podobnych im katolików, a nie w szpony rozmaitych “zboków”. A z drugiej strony cudowne dziecko dwóch pedałów (i nie chodzi o sławnego kolarza) może liczyć na cudowną przyszłość w nowej, tęczowej “rodzinie”.
Konserwatyści oczywiście oburzą się, że skazuje to dzieci na nieszczęście w rozmaitych, libertyńskich związkach. No cóż, pora naprawdę przyjąć do wiadomości, że nie wszystkie dzieci są nasze. Naprawdę nie da się zadekretować szczęścia i dobrobytu! Owszem, jakieś dzieci będą ofiarami jakichś pokrzywionych związków, ale na to naprawdę nie ma rady - tak było zawsze, jest i będzie. Podobnie też “ochrona rodziny”, która bywa przyczyną tworzenia rozmaitych praw, nie zapewni każdej rodzinie szczęścia, trwałości i dobrobytu. Dość prawnych eksperymentów, szczególnie na rodzinie.
















