Według tego artykułu, wszystkie kina w Irlandii przechodzą na cyfrową technikę wyświetlania. Zniknie z nich celuloidowa taśma, a każde wyświetlenie będzie z taką samą jakością, jak każde inne – bez żadnych oznak degradacji obrazu związanej ze zużyciem się taśmy. Do tego dojdzie możliwość aktualizacji repertuaru przez satelitę – każde z kin będzie mogło wyświetlać najświeższe hity w tym samym czasie, co największe sale.
Na podobieństwo rozmaitych list zagrożonych wyginięciem gatunków zwierząt i roślin, Electronic Frontier Foundation stworzyła listę zagrożonych gadżetów. Można na niej znaleźć urządzenia, programy czy usługi, który zagrożone są wyginięciem lub już wyginęły głównie z powodu prawnych interwencji koncernów medialnych, które w tych gadżetach widzą zagrożenie dla swoich interesów. Są tam także przykłady gadżetów, które wyginęły (jak serwis Napster), oraz takich, które udało się uratować (jak magnetowid).
Dziś polsatowskie Wydarzenia doniosły o kolejnych sukcesach w wojnie z narkotykami, toczonej na terenie naszego kraju. Otóż okazało się, że CBŚ przechwyciło rekordową ilość amfetaminy, o rynkowej wartości coś koło 1,5 mln złociszy. Ta rekordowa ilość miała objętość jednej torby podróżnej, wcale nie sporej. Do tego kolejna rekordowa ilość – kilkanaście skrzynek z sadzonkami marychy.
Cóż, skoro jedna torba to jest rekord, trzeba uzmysłowić sobie, jak wiele narkotyków (ile takich toreb) przemyka się na teren naszego kraju. Eh, w tym tempie, to zejdzie całe wieki na wygranie tej beznadziejnej wojny.
Okazało się też, że z jednej strony CBŚ łapie więcej – dobrze – ale z drugiej strony, coraz więcej napływa – niedobrze. Czyli sukces niewielki, bo skoro ilość większa, to nawet przy takim samym odsetku skuteczności, musi być więcej „sukcesów”. Złodziei by lepiej połapali.
W zasadzie nie powinienem publikować tego linku, bo to jedynie zwiększa rank w Googlu takim stronom. Ale z drugiej strony takie stężenie lewactwa na jednym ekranie, to jest jakiś ewenement. Toplista – Antykapitalizm (wchodzisz na własne ryzyko, chronić przed dziećmi).
Podejrzane na Slashdocie, w jednym z komentarzy: „Seks jest jak brydż: jak nie masz dobrego partnera, wystarczy mocna ręka.”
Podczas pracy nad tłumaczeniami, muszę sięgać do różnych źródeł, szczególnie, jeśli tłumaczone wyrażenie nie należy do dziedziny, w której jestem, jako tako, obcykany – czyli komputerów. Zaczyna się od Google, potem rozmaitych słowników, czasem Wikipedii. Ale ostatnio okryłem serwis Answers.com, który zbiera definicje zawarte w słowniku, tezaurusie, wikipedii, encyklopedii i temu podobnych źródłach i przedstawia je na jednej stronie. Cóż za ułatwienie. Tyle różnych definicji pod ręką – oczywiście po angielsku. Jak to się stało, że wcześniej nie znałem tej strony?
Moje zdanie na temat patentów ogólnie, a patentów na oprogramowanie, nie różni się od mojego zdania na temat praw autorskich i „własności intelektualnej” ogólnie. Uważam, że należy je zlikwidować. Kwestia patentów nie jest nawet tak kontrowersyjna jak praw autorskich – patent to z definicji prawnie strzeżony monopol na wykorzystanie jakiejś idei. Monopol otrzymuje ten, kto pierwszy zgłosi dany pomysł i otrzyma na niego patent. Nie musi to być ani twórca idei („właściciel”), ani, jak praktyka ostatnio pokazuje, sam pomysł nie musi być oryginalny – wystarczy wypełnić wniosek i jak dostanie się patent, można prześladować innych, którzy z pomysłu korzystają. Nawet tego, kto na ten pomysł wpadł pierwszy, ale nie zdążył go opatentować. Jeśli dwie osoby wpadną na podobny pomysł, tylko jedna z nich otrzyma monopol. A sam monopol nigdy nie jest dobry.
Patenty miały za zadanie motywować wynalazców do wynajdowania nowych, fajnych rzeczy. W zamian za ograniczony czasowo monopol, ludzkość zyskiwała po upływie tego czasu coś nowego i przydatnego. I miał być postęp i rozwój. No, ale rzeczywistość okazał się inna – patenty używane są przeważnie do hamowania postępu. Maszyna parowa Watta nie spowodowała gwałtowego rozwoju w tej dziedzinie (w przeciwieństwie do powszechnego mniemania) – dopiero po wygaśnięciu, zresztą przedłużanego przez Watta, okresu ochronnego nastąpił gwałtowny rozwój w tej dziedzinie. Do tego czasu Watt likwidował konkurencję i niezbyt udoskonalał swój wynalazek, nie pozwalając robić tego też nikomu innemu. Zamiast postępu i rozwoju, była stagnacja.
Obecnie patenty służą głównie korporacjom do odpierania oskarżeń o naruszenia patentowe ze strony innych korporacji. Nie patentują one wynalazków, aby je użyć na rynku, ale aby mieć duże patentowe portfolio służące do obrony przez firmami, które także mają sporo patentów. No i oczywiście patenty używane są do walki z konkurencją i wręcz pospolitych wymuszeń.
A patenty na oprogramowanie (odpowiedź dla Critta) są równie szkodliwe, jak każde inne. Co gorsza, dotyczą one znaczącej grupy ludzi, którzy od dawna używają myśli, które powoli staną się monopolem dużych korporacji. Nic dobrego z tego nie będzie.
Rozwiązanie problemów patentów jest, moim zdaniem, stosunkowo łatwe. Na początek ograniczyć drastycznie czas monopolu, powiedzmy do 5 lat (przy obecnym tempie rozwoju technologicznego, to i tak długo). I zobaczyć, co się stanie. A potem zlikwidować.
Zazwyczaj, gdy czytam kolejny artykuł czy news poświęcony „własności” intelektualnej, czy prawom autorskim i współczesnym konfliktom w tej kwestii – a takich wieści ostatnio nie brakuje – wtedy zawsze przychodzi mi na myśl cytat z opowiadania Roberta A. Heinleina, pochodzący z opowiadania „Life-Line” z 1939 roku:
There has grown up in the minds of certain groups in this country the notion that because a man or a corporation has made a profit out of the public for a number of years, the government and the courts are charged with the duty of guaranteeing such profit in the future, even in the face of changing circumstances and contrary public interest. This strange doctrine is not supported by statute nor common law. Neither individuals nor corporations have any right to come into court and ask that the clock of history be stopped, or turned back, for their private benefit.
Po polsku:
Zrodził się w tym kraju w umysłach pewnych grup koncept, ze skoro człowiek czy korporacja czerpali ze społeczeństwa przez kilka lat profity, to rząd i sądy mają za swój obowiązek zapewnić im takie zyski w przyszłości, nawet w obliczu zmieniających się warunków i wbrew interesowi publicznemu. Ta dziwna doktryna nie ma uzasadnienia ani w prawie stanowionym, ani zwyczajowym. Ani jednostki, ani też korporacje nie mają prawa przychodzić do sądu i prosić, aby zegar historii został zatrzymany i puszczony w tył, dla ich własnych korzyści.
W obecnej wojnie z „piractwem”, w obronie „własności” intelektualnej nie chodzi wcale o obronę twórców, o tworzenie dla nich zachęt do dalszej pracy, a jedynie o utrzymanie w mocy określonego sposobu zarabiania pieniędzy – na utrzymaniu sztucznego, gwarantowanego prawnie monopolu.
Najnowszy dodany tekst – „Demokracja, upadły bożek” – jest artykułem autorstwa Hansa-Hermana Hoppe na temat zawartości jego własnej książki: „Democracy: The God That Failed”. Oryginalny artykuł został opublikowany na stronie LewRockwell.com. Byłby nieźle, aby ta książka ukazała się drukiem w Polsce, w kraju, w którym wciąż demokracja ma status bożka, któremu nie wolno się sprzeciwić, i w którym wyjątkowo dobitnie widać te wady demokracji, o których pisze Hoppe.
Przeglądając strony związane z wymazywaniem papierosa z historii trafiłem na ciekawą stronę opisującą kampanie anty-nikotynowe za Adolfa Hitlera (po angielsku), przodownika postępu w tej dziedzinie. Jest się od kogo uczyć, jak dbać o zdrowie narodu.
















