Dziesięć powodów, dla których dobrowolność jest dobra, a przymus zły

Kompletny przedruk z bloga Jakuba Bożydara Wiśniewskiego:

  1. Swobodna konkurencja, której rezultatem jest konsekwentny spadek cen i wzrost jakości dóbr i usług, może zaistnieć jedynie w warunkach szacunku dla praw własności i nieistnienia politycznych barier wejścia na rynek.
  2. Wspomniane wyżej warunki są również niezbędne dla zaistnienia kultury niskiej preferencji czasowej, nakłaniającej do gromadzenia oszczędności koniecznych dla podjęcia zrównoważonych inwestycji kapitałowych, które powodują wzrost krańcowej produktywności pracy.
  3. To samo tyczy się istnienia rynkowego systemu wyceny, który umożliwia porównywanie zysków i strat związanych z podjęciem dowolnej decyzji gospodarczej, a tym [samym] racjonalną alokację zasobów z punktu widzenia suwerennego konsumenta.
  4. Szacunek dla praw własności i nieistnienie politycznych barier wejścia na rynek to wreszcie warunki niezbędne dla zaistnienia systemu wolnej przedsiębiorczości złożonego z mnóstwa niezależnych ośrodków decyzyjnych, który umożliwia bardzo szybkie i wydajne gromadzenie rozproszonych informacji związanych ze szczegółowymi okolicznościami miejsca i czasu.
  5. Każda dobrowolna transakcja jest z definicji obopólnie korzystna, podczas gdy każda wymuszona transakcja jest z definicji korzystna wyłącznie dla strony wymuszającej.
  6. W przeciwieństwie do podmiotów działających w oparciu o zasadę dobrowolności, monopole przemocy są w stanie prosperować nawet wtedy, gdy nie dostarczają ogółowi konsumentów jakichkolwiek pożądanych dóbr ani usług. Co więcej, nieraz są one w stanie prosperować tym lepiej, im więcej wytwarzają nie dóbr, ale “zeł”, gdyż istnienie tych drugich daje im coraz to nowe uzasadnienia dla coraz dalej idących ingerencji i wywłaszczeń.
  7. Każdy akt przymusu zakłada istnienie po stronie przymuszającego tego samego prawa do swobodnego działania, jakiego pozbawia on przymuszanego, co stanowi jawną sprzeczność logiczną.
  8. Jedynie dobrowolne działania mają wartość moralną, ponieważ każdy akt przymusu sprowadza przymuszanego do roli narzędzia lub środka. W związku z tym na przykład wymuszona redystrybucja zasobów jest całkowicie pozbawiona charakteru dobroczynnego.
  9. Dobrowolne dawanie tworzy kulturę dobroczynności i wdzięczności, podczas gdy przymusowe zabieranie tworzy atmosferę pasożytnictwa i resentymentu.
  10. Przymus jest oparty na groźbie niechcianego bólu, który stanowi immanentnie niepożądane uczucie.

Prawidłowa reakcja

Sytuacja na Ukrainie jest poważna. Nasi politycy groźnie pohukują, apelują o reakcję mocarstw, straszą bojkotem i sankcjami, a najbardziej technicznie zaawansowani groźnie tweetują. My nawzajem straszymy się wojną tuż za naszymi granicami. Ludzie demonstrują pod ambasadami. Przez telewizję przewalają się tabuny gadających głów, każda z inną receptą na rozwiązanie tej sytuacji. Gazety robią infografiki. Straszymy się wrogiem u bram, czy to rosyjskim, czy banderowskim, i ogólnie nadchodzącą wojną światową. Ale generalnie to nic się faktycznie nie dzieje, bo praktycznie wszystko to jedynie grożenie palcem w bucie, które Putin odbiera raczej jako bekę i powód do dobrej zabawy przy wódce i kawiorze (czy co tam teraz na Kremlu się pije i zakąsza). Nikt nie traktuje nas poważnie. I słusznie.

Chcecie, aby nas poważano? Chcecie być przygotowani na nieoczekiwany rozwój sytuacji? Chcecie wiedzieć, jaka powinna być prawidłowa reakcja na te zagrożenia? Trzeba mieć jaja i pokazać, że z nami nie będzie żartów. Ale nie metodą wysłania Radka ze smartfonem, ale czymś znacznie skuteczniejszym.

Otwórzmy wojskowe arsenały i wydajmy każdemu dorosłemu obywateli aktualnie używany prze naszą armię karabin szturmowy, czy to Beryl, czy co tam jeszcze mamy w magazynach. Tu uwaga dla genderowców – jeśli takim chętnym obywatelem będzie kobieta, tranwestyta, transeksualista, czy ktokolwiek z tych 40+ płci, które uznaje Facebook, to także niech tę broń przydziałową dostanie. Do tego skrzynka amunicji do ćwiczeń i druga na wypadek wojny. Niech każdy chętny ma obowiązek kupić jakąś niedrogą skrzynkę na to wszystko, aby dzieciaki nie bawiły się bez pozwolenia. Oczywiście chętnych pewnie będzie więcej niż broni, a to chyba będzie dobra wiadomość dla rodzimego producenta tej broni.

Tym, którzy chcą ulepszyć to podstawowe, dostarczone na koszt państwa (czyli nas wszystkich) wyposażenie, należy pozwolić za swoje pieniądze nabywać karabiny z dowolnego kraju, czy to izraelski Tavor TAR-21, czy austriacki Steyr Aug, czy niemiecki HK416, amerykański M4, czy cokolwiek innego, akceptującego standardową amunicję NATO. Bez żadnych akcyz, czy innych dodatkowych podatków – tak tanio, jak każdy inny towar, albo nawet taniej, z obniżoną stawką VAT. Niech kupują sobie kamizelki taktyczne, ładownice, kevlarowe hełmy, zaawansowaną optykę, kolimatory i cokolwiek, co będzie przydatne. Pozwólmy im kupować amunicję do broni, aby mogli ćwiczyć więcej niż pozwolą im państwowe przydziały.

Otwórzmy w każdej gminie strzelnice, zamiast budować lodowiska dla panczenistów, czy orliki dla piłkarzy, bo obiekty sportowe to doskonale spełniają swoją rolę, gdy trzeba spędzić gdzieś cywili przed deportacją czy masowymi egzekucjami, ale nie pomogą nam, gdy wróg stanie u bram. Na tych strzelnicach niech regularnie pracują wojskowi instruktorzy, którzy będą uczyć posługiwania się ową przydziałową bronią. Co więcej, pozwólmy ludziom tworzyć własne strzelnice na terenie własnych posiadłości, o ile zachowają minimum zasad bezpieczeństwa (czyli będzie kulochwyt).

A skoro zdecydowalibyśmy się na powierzenie obywatelom broni samoczynnej, to przecież nic już nie stoi na przeszkodzie, aby mogli kupować i nosić taką mniej groźną broń samopowtarzalną, czyli pistolety, strzelby śrutowe, czy broń myśliwską. Dzięki temu będą mogli bronić się przed bandytami na co dzień, ale także będą mogli intensywniej ćwiczyć korzystając z tańszej amunicji, szczególnie bocznego zapłonu.

Ale to nie koniec. Pozwólmy ludziom i to nie tylko dorosłym łączyć się w organizacje o charakterze obronnym, których jedynym celem nie będzie składanie kwiatów w rocznice rozmaitych wydarzeń historycznych (choć nikt przecież im nie zabroni), ale doskonalenie swojej wiedzy i umiejętności obronnych, szczególnie w wojny partyzanckiej oraz konfliktów asymetrycznych. Niech te organizacje sobie zatrudniają wojskowych specjalistów, którzy podzielą się wiedzą – naszych, krajowych, ale także zagranicznych. Niech prowadzą własny badania w zakresie najskuteczniejszych metod i taktyk w walce z przewyższającym nas liczebnie i technologicznie wrogiem. Niech inwestują w sprzęt i wyposażenie, które może przydać się w razie konfliktu. Za własne pieniądze, bez ustawianych przetargów, przewałów i bezsensownych “strategicznych zakupów”.

Zamiast w przypadku agresji brać w kamasze przypadkowych ludzi, bez wyszkolenia, umiejętności, a przede wszystkim chęci, stwórzmy największą ochotniczą i zawsze gotową armię obronną w tej części Europy. Chrześcijańsko-ateistyczną armię, która będzie w stanie skutecznie uprzykrzyć życie dowolnym agresorom z bliższej czy dalszej okolicy: Rosjanom, ukraińskim banderowcom, Niemcom, islamskim dżihadystom, a nawet Amerykanom. Bądźmy pod tym względem lepsi niż Szwajcaria. Wyciągnijmy wreszcie wnioski z historii i nie dajmy się znów zaskoczyć licząc na wątpliwych sojuszników. Pokażmy, że trzeba się z nami liczyć i przestańmy liczyć na innych.

Pamiętajmy, że to my jesteśmy swoją pierwszą, a bardzo często ostatnią linią obrony. Niezależnie, czy mamy do czynienia z pospolitym bandytą, czy żołdakiem obcej armii. Nikt nas za nas nie obroni, jeśli nie będziemy bronić się sami. A na razie wmówiono nam, że nie jesteśmy do takiej obrony zdolni, czy to na co dzień, czy w przypadku znacznie rzadszych konfliktów militarnych. W obu przypadkach ma nam z pomocą przyjść państwo, albo poprzez policję, której nigdy nie ma, gdy jest potrzebna, czy niezwyciężoną armię, której zdolność obronna naszego kraju oceniana jest zaledwie na kilka dni obrony naszego terytorium.

Oczywiście żadna z tych propozycji nie nigdy zostanie zrealizowana, bo nasi faktyczni okupanci (niezależnie od politycznej przynależności) doskonale sobie zdają sprawę, że uzbrojone społeczeństwo w końcu powie dość i zafunduje im Dzień Sznura, na który wielu sobie zasłużyło. Teraz czują się bezpieczni, ostatecznie im dostępu do broni oraz uzbrojonych obrońców nikt nie odmawia.

Dobra, jestem radykałem w tej kwestii, ale w sprawach poważnych nie wolno zdawać się na półśrodki, bo one nie działają. Jak ktoś woli łagodniejszy wariant, to ROMB także coś postuluje. Ale to jedynie półśrodek.


Posłuchajmy kobiet

Dwa materiały wideo, w których kobiety wypowiadają się o broni. Warto ich posłuchać (choć po angielsku).


WOŚP zbiera urzędasom na waciki

Po raz kolejny mieliśmy finał WOŚP i znów pojawiło się trochę pytań i wątpliwości dotyczących tej imprezy. Mam wrażenie, że w tym roku wyjątkowo hejtowano wszystkich jurkowych hejterów, co zaczyna sprawiać wrażenie, że Jurek nabiera u nas znamion boskości oraz niekwestionowanego autorytetu i zbawcy ojczyzny. No dobra, przynajmniej zbawcy państwowej słubży zdrowia, który ocalił tysiące istnień ludzkich i gdyby nie on, to ludzie, a na pewno noworodki, umieraliby na ulicach.

Nie lubię pana Owsiaka i jego cyrku, o czym kiedyś pisałem, ale linka nie podam, bo Jurek, choć swój chłop, to lubi podeprzeć się komunistycznym paragrafem 212 kk, a ja nie mam kasy na prawników. A że żadnej charytatywnej imprezy nie organizuję, więc nic mi nawet przypadkiem do słoika nie skapnie. Nie lubię go i już, na szczęście nie ma jeszcze takiego obowiązku, choć wyrażenie niechęci do WOŚP w wielu kręgach grozi przynajmniej nieprzyjemnymi spojrzeniami, o towarzyskim ostracyzmie nie wspominając.

Wszystko mi jedno, co sobie Jurek z kasą robi, czy wydaje ją na łóżka dla staruszków, czy na rozpustę podczas Przystanku Woodstock, czy chowa do legendarnego słoika. Ja mu nie daję, a co inni robią z pieniędzmi, to ich sprawa.

Co nie zmienia faktu, że mogę oceniać pewne aspekty tej imprezy, bo nie sposób jej nie zauważyć i kontrowersji nie brakuje. Obrońcy działalności Jurka Owsiaka w ramach zabijających przeciwnika argumentów rzucają łapiące za serce anegdoty o ocalonych dzieciach i innych chorych, sugerując, że gdyby nie WOŚP, to byłoby z naszą „darmową służbą zdrowia” bardzo źle. Jurek nasz wszystkich ratuje. Choć to nie obciachowy moherowy apel „Jarku Polskę zbaw!”, brzmi jednak trochę podobnie – „Jurku Polskę zbawiasz!”.

Problem w tym, że choć WOŚP zbiera imponujące kwoty (z roku na rok coraz więcej i więcej!), to tych wszystkich okropności, gdyby tego zaprzestał, jest mocno przesadzona.

Idziemy sobie na stronę BIF NFZ i pobieramy arkusz kalkulacyjny zawierający plan finansowy tej instytucji na 2014 rok. Patrzymy, co tam fajnego obliczono i przedstawiamy sobie dokonania WOŚP i Jurka „Zbawcy” Owsiaka we właściwym kontekście.

Na razie mamy zadeklarowane 35,5 mln złotych z tegorocznej zbiórki WOŚP. Zakładając, że cała ta kwota zostanie wydana na sprzęt medyczny i nie prowadząc dochodzeń, ile poszło do słoika, na budynki, do melona, czy gdzieś tam indziej, to jest to kropelka w morzu planowanych wydatków NFZ, które wyniosą 66,37 mld złotych. Jak łatwo policzyć NFZ wyda na „nasze zdrowie” 1880 razy więcej niż Jurek.

Dla lepszej ilustracji tej proporcji stworzyłem taką właśnie „profesjonalną infografikę” pokazującą jedno teoretyczne urządzenie opatrzone serduszkiem WOŚP na tle urządzeń, które NFZ zafundował nam za nasze pieniądze:

Nie mówię, że te miliony WOŚP są nic nie warte, ale warto znać też te inne liczby. To nie Jurek jest prawdziwym zbawcą wszystkich chorych. To każdy, kto odprowadza przymusowe składki na ubezpieczenie zdrowotne leczy wszystkich potrzebujących. Nie naklejamy żadnych swoich serduszek, ale to my faktycznie to wszystko finansujemy. I mogę tym zbijać argument, że „ten co nic nie robi, nie może krytykować” – dorzucam się co miesiąc do tej wielkiej puli. Czy chcę, czy nie chcę – więc choćby w tym aspekcie Jurek ma u mnie plusy. Wrzucać do puszki z serduszkiem nie muszę.

Sukces WOŚP jawi się w jeszcze mniej korzystnym świetle, gdy skonfrontujemy go z inną pozycją planu finansowego – koszty administracyjne. Otóż na swoje funkcjonowanie NFZ zamierza wydać w przyszłym roku 770 mln złotych, czyli ponad 20 razy więcej niż to, co do tej pory zebrał WOŚP. Mają rozmach skur…yny, chciałoby się zacytować klasyka.

W takim świetle działalność WOŚP nie ma większego realnego wpływu na służbę zdrowia. Osłabia to nawet argumenty przeciwników, że WOŚP wspiera naszą kulejącą ochronę zdrowia, gdyż jego faktyczny wpływ na to jest minimalny. Innymi słowy, WOŚP zbiera urzędnikom NFZ na waciki.


Dziewiąty rok

Tylko z obowiązku zaznaczam, ze dziś minęła 9 rocznica prowadzenia tego bloga. Ostatni rok był jeszcze bardziej stracony niż poprzedni. Nawet nie będę składał obietnic poprawy, choć pobić wynik kilkunastu wpisów rocznie nie będzie trudno, więc szansa poprawy wciąż jest.


Wcześniejsze wpisy »

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo