Sprawiedliwość poprzez e-mail

Wolnościowcy są zwolennikami prywatnego rozwiązywania sporów. Jeśli z każda z dwóch strony uważa, że druga dopuściła się napaści (agresji), choćby poprzez oszustwo, czy pozbawienie własności, niekoniecznie napaści w rozumieniu obecnych przestępstw, to muszą znaleźć sobie arbitra, który stwierdzi, kto faktycznie napaści się dopuścił.

Państwo rości sobie prawo do bycia takim arbitrem w większości spraw, go gorsza chce być arbitrem w sprawa, w których ono samo jest agresorem – nic dziwnego, że wolnościowcy za państwem nie przepadają. Taki arbiter-agresor przecież zawsze przyzna sobie rację i jego agresja będzie zawsze „usprawiedliwiona”. Państwo bywa arbitrem w sprawach, w których nie jest stroną – wtedy niespecjalnie jest zainteresowane sprawnym wydaniem wyroków, bo sprawy ciągną się latami i w wielu drobnych sprawach po prostu nie warto czekać na decyzje sądów. Nic dziwnego, konkurencji za dużej nie ma – bo faktycznie istnieje – a i tak państwo zawsze jest ostatecznym arbitrem.

Właśnie, państwo wspaniałomyślnie dopuszcza możliwość arbitrażu, czyli rozstrzygania sporów przed prywatnymi sądami. Aż szkoda, że tak mało ludzi decyduje się na oddanie swoich sporów pod arbitraż, zamiast pozostawać na łasce państwa i jego niewydolnego aparatu sprawiedliwości.

Co gorsza, państwa ze swoim wymiarem sprawiedliwości działają jedynie na swoich terytoria. W czasach globalizacji, gdy transakcje często zawierane są zdalnie, przez strony rezydujące nierzadko po przeciwnych stronach globu, uciekanie się do państwowych aparatów rozstrzygania sporów jest niezmiernie kosztowne i uciążliwe – zupełnie nieopłacalne w przypadku drobnych sporów.

Okazuje się, że w takich sytuacjach cała nadzieja w rozwiązaniach prywatnych, tanich i wygodnych. Najlepiej bez wychodzenia z domu. Przez internet.

Właśnie dowiedziałem się, że taki rozwiązanie już powstało. Chodzi o serwis judge.me. Prywatny są do rozstrzygania drobnych sporów, także pomiędzy stronami w różnych krajach. Całość za przystępną opłatą, poprzez internet, a konkretnie e-mail, szybko i, podobno, skutecznie.

Czyli działa to tak, że dwie strony podpisują kontrakt, w którym decydują się na arbitraż właśnie tego serwisu. Uiszczają solidarnie opłatę, a następnie dostarczają materiały dowodowe i przedstawiają swoje racje. Arbitrator może zadać dodatkowe pytania, a następnie wydaje osąd, który wiąże strony. Jeśli jednak strona przegrana nie zechce uznać wyroku, pozostaje zwrócić się do państwowego ostatecznego monopolisty o egzekucję wyroku.

Serwis jest komercyjny, więc jego celem jest zadowolenie klientów. Niskie, przystępne ceny, dobre wyroki, równe traktowanie stron, a przede wszystkim minimum problemów. Prawnicy są opcjonalni (choć można się nimi posiłkować), a wszystko ma być zrozumiałem dla przeciętnego człowieka, bez prawnego żargonu i kruczków.

Czy to zadziała – zobaczymy. Serwis założył swój chłop, anarchokapitalista z Belgii. Kto ciekaw, może poczytać AMA z nim na Reddicie.


Róbmy gry jak dawniej

Slajdy mojej prezentacji, którą miałem wczoraj przyjemność przedstawić na Targach Kariera Programisty:


The Machinery Of Freedom: Illustrated summary

Znakomity ilustrowany wykład Davida Friedmana o prywatnym systemie tworzenia i egzekwowania prawa:


Jasio w szponach państwa

Żyjemy w objęciach omnipotentnego państwa. Gdy się nad tym zastanowić, to oczywiste, ale w zasadzie rzadko mamy możliwość poświęcić dostatecznie dużo czasu tej refleksji. No i przyzwyczailiśmy się do tego, a dla wielu z nas stan ten wydaje się czymś naturalnym i oczywistym, niewartym dyskusji. Robert Gwiazdowski na swoim blogu zamieścił świetny wpis „ŻYWOT JASIA”, który w dowcipny i obrazowy sposób pokazuje, jak bardzo państwo ingeruje w nasze życie od kołyski aż po grób. Lekka, ale ciekawa i pouczająca lektura. Fajnie byłoby się z państwa wypisać.

Wypisz się z państwa

Przy okazji reklama znakomitego wolnościowego serwisu.


Cenzura w imię interesów

Gdy rozmawiam o przyszłości praw autorskich (czy ogólnie IP), staram się uzmysłowić moim rozmówcom, że jedyną konsekwencją popierania istniejącego systemu będzie rozrastająca się inwigilacja i kontrola komunikacji. W czasach, gdy znacząca większość przedmiotów prawa autorskiego może zostać przeniesiona do postaci cyfrowej, która bez problemu, łatwo i wygodnie może być powielana, rozpowszechniana oraz przechowywana, to nie ma innego sposobu, aby te czynności kontrolować, jak poprzez inwigilację komunikacji oraz tego, w jaki używamy naszych własnych cyfrowych urządzeń.

Naruszanie praw autorskich jest obecnie równie proste jak oddychanie, więc „właściciele” tych praw muszą zatroszczyć się, abyśmy nie mogli sobie swobodnie oddychać. Totalna inwigilacja jest jeszcze poza ich zasięgiem – wciąż mamy miliony komputerów ogólnego przeznaczenia, o których wykorzystaniu jeszcze sami decydujemy, więc automatyczna totalna inwigilacja sprawia pewien kłopot. Tu jeszcze, bez wjazdu na chatę w towarzystwie policji, niewiele się da zrobić.

Natomiast nasza komunikacja w sieci internet to już coś trochę. ACTA to była jedna z wielu prób ograniczenia swobody komunikacji w internecie. W USA właśnie ogłoszono, że dostawcy sieci dogadują się z kartelami medialnymi co do systemu szykanowania i karania tych klientów korzystających z dostępu do internetu, którzy zostaną przez kartele pomówieni o „piractwo”. Im też utrudni się komunikację, jeśli ktoś weźmie ich na celownik.

Gorzej, gdy duża firma, która niewątpliwie jest beneficjentem obecnego reżimu praw autorskich, oferuje jakąś usługę komunikacyjną, z które korzysta wielu użytkowników. Wtedy trudno oprzeć się pokusie, aby z treści przekazywanych właśnie taką usługą wyciąć, niczym cenzorskimi nożyczkami coś, co będzie treścią „niewłaściwą”. Na takim działaniu został właśnie przyłapany Microsoft, który postanowił cenzurować i wycinać odnośniki do serwisu The Pirate Bay w prywatnych wiadomościach, które przekazywali sobie użytkownicy komunikatora Windows Live Messenger. Oczywiście, pod pretekstem, że strona TPB jest niebezpieczna (zawiera złośliwe oprogramowanie) i jest to działanie w trosce o klienta. Każdy, kto korzystał z TPB wie, że to bzdura i jedynie pretekst.

No i na razie jest to działanie jawne – pojawia się komunikat o działaniu cenzury, niczym w gazetach z końca lat 90., ale wiadomo, że kiedyś można przecież pójść dalej i zacząć załatwiać te sprawy bardziej przezroczyście, przynajmniej dla ofiar, pardon, klientów.

Jeśli ktoś potrzebował dowodu, w jakim kierunku musi iść egzekwowanie praw autorskich, to właśnie go dostał. I ja wcale nie przesadzam.


Wcześniejsze wpisy »

  • RSS
  • Twitter
  • Soup.io
  • Facebook
  • LinkedIn
  • Picasa
  • Flickr
  • Vimeo